Dwa bloki jądrowe w  Hinkley Point o łącznej mocy 3200 MW miała rozpocząć wielki powrót energii jądrowej w Wielkiej Brytanii. Rząd w Londynie skłonił Komisję Europejską do zaakceptowania kontraktu różnicowego, teoretycznie gwarantującego opłacalność całej imprezy. Jeśli cena energii na rynku hurtowym spadnie poniżej 92,5 funta, rząd dopłaci inwestorom różnicę. Ale główny udziałowiec czyli francuski EDF zwleka z decyzją.

Zgodnie z brytyjską strategią pierwsze, zbudowane przez Francuzów bloki jądrowe powinny ruszyć około 2025 r. Brytyjska minister energii i klimatu Amber Rudd prezentowała niedawno w Warszawie urzędowy optymizm, jednak Brytyjczycy muszą być już solidnie zaniepokojeni, bo dalsze opóźnianie inwestycji może wysadzić ich dekarbonizacyjny harmonogram.

Budowa dwóch francuskich reaktorów EPR w Hinkley Point C ma kosztować około 23 mld euro, z czego jedną trzecią sfinansują Chińczycy. Dla EDF oznacza to konieczność wyłożenia ok. 15 mld euro.

Tu schody robią się bardziej strome, bo EDF ma już ponad 37 mld długu. Francuski gigant w historii bywał już bardziej zadłużony, jak choćby w 2012 r., kiedy to dług sięgał 40 mld euro. Tym razem jednak sytuacja jest nieco gorsza. EDF, podobnie jak inne wielkie koncerny energetyczne Europy systematycznie traci na wartości.

Kapitalizacja przy dzisiejszej cenie akcji to zaledwie ok. 20 mld euro, prawie dwa razy mniej niż dług. Oczywiście nie oznacza to groźby upadku, firma generuje solidne zyski – 5 mld euro w zeszłym roku – ale dług ciąży na ratingach. Agencja Standard & Poor’s zagroziła nawet wprost, że obniży rating długu EDF, jeśli koncern weźmie się za budowę brytyjskiej elektrowni.

Zasiadający w radzie nadzorczej przedstawiciele związków zawodowych oświadczyli niedawno, że inwestycja powinna być wstrzymana co najmniej do 2019 r., tak aby wcześniej rozwiązać wszystkie problemy napotkane w czasie budowy pierwszych EPRów we francuskim Flamanville i fińskim Olkiluotto. W przeciwnym razie dodatkowy dług zagraża całej firmie – argumentowali związkowcy. Z drugiej strony przedstawiciele francuskiego rządu, kontrolującego firmę twierdzą, że brytyjski projekt to świetny interes, bo ma zagwarantowaną rentowność, chociaż ogólne warunki na rynku energii w UE „tworzą pewne napięcia”.

Prezes EDF Jean-Bernard Levy otwarcie wezwał ostatnio Komisję Europejską do poważnej reformy rynku energii, który powinien generować odpowiednie bodźce inwestycyjne. Reforma miałaby się składać po pierwsze z określenia minimalnej ceny emisji CO2 na poziomie 30-40 euro za tonę, a po drugie z prowadzenia klasycznych mechanizmów rynku mocy. Wszystkie dzisiejsze inwestycje są pochodną takich czy innych regulacji a nie sygnałów rynkowych – zauważył Levy. Na razie jednak do dymisji podał się dyrektor finansowy EDF, co pogłębiło spadek kursu akcji, ale zostało też zinterpretowane jako sprzeciw wobec planów inwestycji w Hinkley Point w obecnych warunkach.

Niewykluczone jednak, że EDF wspólnie z rządem Francji podejmie próbę ograniczenia wysokości zadłużenia. Otóż koncern ma szacowane na 20-25 mld euro rezerwy, gromadzone na potrzeby przyszłej rozbiórki eksploatowanych dziś elektrowni jądrowych. Tymczasem francuska minister ekologii i energii Segolene Royal opowiedziała się kilka dni temu za przedłużeniem z 40 do 50 lat czasu eksploatacji działających reaktorów. W takiej sytuacji EDF mógłby sięgnąć do rezerw i zmniejszyć dług.

Oczywiście ostateczną decyzję podejmuje niezależny dozór jądrowy, ale co dalej? Czy decydujący głos będzie miała polityka? O tym w dalszej części artykułu na portalu WysokieNapiecie.pl