„Jest tylko jeden kraj tak głupi by sprzedać swój przemysł energetyczny. To Wielka Brytania” – powiedział jeden z członków francuskich związków zawodowych brytyjskiemu związkowcowi z branży Gregowi Thomsonowi. Jak pisze autor w publikacji (jej polski tytuł to „Prywatna wyspa: Dlaczego Wielka Brytania należy do kogoś innego”) rząd Partii Konserwatywnej, który objął władzę w 1979 r. a na którego czele stała Margaret Thatcher obiecywał, że skutkiem nowej polityki będzie większa niezależność Wielkiej Brytanii od Europy.

Sprywatyzowany brytyjski przemysł energetyczny częściowo należy do firmy Electricité de France znanej lepiej jako EDF (ma jedną szóstą brytyjskiego rynku). Znaczącą rolę odgrywa także producent elektrowni atomowych Areva. Większościowym udziałowcem obu tych firm jest rząd Francji. W praktyce więc doszło do częściowej renacjonalizacji, z tym że rząd brytyjski zastąpił rząd francuski.

Co ciekawe, EDF ma monopol na produkcję i dostawę energii we Francji a politycy francuscy nie ukrywają, że robią wszystko by wesprzeć państwowe firmy w przejęciach zagranicznych spółek. Państwowa agencja, do której należy EDF – L’Agence des participations de l’Etat – we wstępie do raportu za 2010 r. Christine Lagarde, ówczesna minister gospodarki w rządzie François Fillona, napisała, że państwo będzie tak aktywne, jak nigdy wcześniej w „budowie państwowych czempionów mogących konkurować na globalnych rynkach”.

„Energetycznie i barwnie opowiedziana polemika przeciwko prywatyzacji” – napisał o tej książce recenzent „Financial Times”. I faktycznie. Czytając publikację wyraźnie widać, że pisał ją reporter – James Meek jest dziennikarzem. Regularnie pisuje w „Guardianie” „New York Times” i „International Herald Tribune”.

Autor na jej potrzeby przeprowadził wywiady z ok. 150 osobami, choć opiera się ona także na wcześniej opublikowanych przez niego artykułach. Meek poświęca każdy z rozdziałów innej sprywatyzowanej branży od poczty, przez koleje, mieszkania komunalne aż do energii elektrycznej.

Mimo, wydawałoby się mało atrakcyjnego tematu, książka nie nuży. Interesujące jest to, że dotyczy rynku rozwiniętego, który swoje procesy prywatyzacyjne widzi już z perspektywy kilku dekad. Dotychczas podobne krytyczne publikacje dotyczyły krajów rozwijających się, w tym także Polski. Widać, że prywatyzacja ma swoich zatwardziałych krytyków również w krajach rozwiniętych.

Kiedy w 1990 r. Margaret Thatcher broniła swojego programu prywatyzacji podkreślała, że dzięki niemu miliony zwykłych obywateli Wielkiej Brytanii będą mogły stać się współwłaścicielami sprzedawanych koncernów i w ten sposób władza „powróci do ludzi”. Jednak mniejszościowi brytyjscy akcjonariusze nie mają wiele do gadania, gdy decyzje podejmują zagraniczni większościowi właściciele. Pozorny, zdaniem autora, jest też wybór po stronie konsumentów, ponieważ mogą jedynie zamienić jednego oligopolistę na drugiego.

Thatcher obiecywała także, że dzięki otwarciu się rynków brytyjskie spółki zdobędą rynki w innych krajach. To się nie stało. Pomimo że Wielka Brytania otworzyła swój rynek energetyczny inne kraje tego nie zrobiły. W efekcie – twierdzi autor – kraj zamiast stać się centrum światowych koncernów energetycznych stał się prowincją w której energię dostarczają firmy z innych krajów.

Początkowo Thacher była sceptycznie nastawiona do prywatyzacji, pisze Meek. Kiedy w 1968 r. partyjny think tank zaczął lobbować za tym pomysłem Thacher oświadczyła, że „nie da się mieć dwóch sprzedawców prądu konkurujących ze sobą”. Nawet w 1979 r. manifest Partii Konserwatywnej ledwo co wspominał o prywatyzacji -„denacjonalizacji” , jak ją wówczas nazywano.

Sytuacja gospodarcza kraju była zła. Ponad 10-proc. inflacja i bezrobocie na podobnym poziomie zaostrzały nastroje społeczne. Wówczas na scenie politycznej pojawił się 38-letni ekonomista z Birmingham Univeristy Stephen Littlechild. Uznał on, że kryzys jest doskonałą okazją do przetestowania jego teoretycznych rozważań o skutkach prywatyzacji. W październiku na łamach periodyku wolnorynkowego think tanku „The Institute of Economic Affairs” opublikował on artykuł zatytułowany „Dziesięć kroków do denacjonalizacji” (w tym samym numerze znalazł się także tekst zatytułowany „Dlaczego Wielka Brytania korzysta na kryzysie”).

Jego ideę szybko wprowadzono w życie w latach 80. W 1984 r. sprywatyzowano telekomunikację, w 1986 r. dostawę gazu, w 1987 r. lotniska, w 1989 r. wodociągi (pociągi i rynek energetyczny poszły pod młotek w latach 90.) W Wielkiej Brytanii wyobrażano sobie, że ich kraj staje się w ten sposób podobny do USA, gdzie – jak sądzono – wszystko jest dostarczane przez prywatne spółki. Była to tylko częściowa prawda. Littlechild wiedział o tym, jednak sądził, że Amerykanie popełnili błąd nie pozwalając działać w pełni wolnemu rynkowi.

Ostatecznie w Wielkiej Brytanii wprowadzono ograniczenie na wzrost cen prądu. Mogły one rosnąć jednie o inflacje minus wskaźnik „X”, który określano co pięć lat. W praktyce miały więc realnie maleć. Wydawałoby się, że to dobry pomysł, jednak po latach państwowego zarządzania firmy energetyczne miały olbrzymie możliwości cięcia kosztów i nie musiały korzyści z tych cięć przekazywać klientom w postaci niższych cen. Zamiast tego wypłacano je w postaci dywidendy akcjonariuszom. Littlechild uważał, że to dobrze, bo wysokie zyski zachęcą nowe firmy do wchodzenia na rynek, a to będzie z korzyścią dla klienta. Tak się jednak nie stało.

Hiszpański ekonomista Germà Bel podawał, że słowo „prywatyzacja” pochodzi od niemieckiego słowa „reprivatisierung” użytego w 1936 r. przez korespondenta magazynu „The Economist”, piszącego z Berlina o polityce ekonomicznej nazistów. Słowo „prywatyzacja” pojawiło się po raz pierwszy w języku angielskim w opublikowanej w 1943 r. w „Quarterly Journal of Economics” analizie programu gospodarczego Hitlera. Sidney Merlin napisał, że przez prywatyzację Partia Nazistowska „ułatwia akumulację prywatnych fortun i imperiów przemysłowych jej członków.