Rozmawiamy kilka minut po dwunastej. Właśnie odmówił Pan z zespołem „Anioł Pański”
Tak, stawiam na wartości w biznesie. Bez właściwego ich określenia, żadna firma nie odniesie sukcesu. Ja opieram swój biznes na wartościach katolickich. Są one bardzo ważne dla wszystkich moich zespołów. Dla wszystkich współpracowników samoidentyfikacja jako katolicy ma ogromne znaczenie.

Czyli nie zatrudniłby pan niewierzącego?
Zatrudniłbym. Tu nie chodzi o wiarę. Raczej o zasady. Dostałby pracę jeśli nie będzie miał jak to nazywam „zajawki antykatolickiej”, czyli jeśli będzie szanował przekonania innych. Inaczej bardzo łatwo rozwalić zespół. Bo jeśli w zespole pojawią się niesnaski na temat rzeczy najważniejszych, czyli przekonań, to zaczną się tworzyć frakcje, dojdzie do ostracyzmu jakiejś mniejszości, a to z zarządczego punktu widzenia jest totalnie bez sensu. Ludzie mają w pracy się realizować, a nie knuć. Natomiast jeśli taki człowiek, na poziomie czysto ludzkim utożsamia się z zasadami, takimi jak „nie kradnij”, nie zabijaj, miej szacunek do innych, to nie widzę przeszkód dla współpracy.

A co podkreślanie wartości daje pracownikom?
Aspekt religijny jest dla nich motywujący. Praca nie jest pańszczyzną, jest realizowaniem swojego powołania. Taka argumentacja raczej nie trafiłaby do ludzi niewierzących

Bogaty przedsiębiorca, katolik. Coraz więcej takich widać. To efekt „dobrej zmiany”?
Kościół Katolicki jest starszy, niż “dobra zmiana”. Katolik po prostu jest powołany do tego by pomnażać dobra. Również materialne.

Dlatego wielu chce zacząć. Pęd do przedsiębiorczości nie słabnie.
Tak, to jest dobre, choć mam tu swoje uwagi. Jako ludzie mamy taką dziwną chęć do robienia wyłącznie rzeczy wielkich. Jak ruszać z biznesem…to po by przynajmniej drugie Fakro czy Solarisa uruchomić. Chcemy zbawiać świat, zapominając o zapłaceniu rachunku za prąd, albo o zadbaniu o zespół. Często powtarzam młodszym stażem przedsiębiorcom… jeśli nie stać cię na zapłacenie za prąd, nie myśl o zbawianiu świata. Najpierw zacznij robić i sprzedawać coś prostego - na przykład zapiekanki. Ne pewno czegoś się nauczysz. A dopiero potem pomyśl o jakimś innowacyjnym, turbobiznesie.

Czyli łyżeczką, a nie chochlą? Będzie czas przygotować się na miliony?
Do dużych pieniędzy trzeba być psychicznie przygotowanym. Gdy się pocą ręce na widok dużych kwot to jest bardzo niedobrze. Kontrahenci widzą to niezdrowe podniecenie i uważają cię za niedoświadczonego. Poza tym gdy rączki są spocone, to pieniądze lubią się przykleić. Wówczas pojawia się skłonność do podejmowania działań takich, których nie powinniśmy robić.

Ale przecież nie wszyscy muszą być przedsiębiorcami.
Pogubiliśmy się w tej pogoni za przedsiębiorczością. Nie wszyscy się do tego nadają, a programy promujące taką działalność niekoniecznie są dobre. Te wszystkie przekazy: „zerwij z wyścigiem szczurów, przejdź na swoje” pokazują, że to jest ambitne, dające większą perspektywę ale nie ukrywajmy: na wiele osób działa to frustrująco . Siedzą na etacie i słyszą cały czas zewnętrzny przymus bycia przedsiębiorcami. I wtedy powstaje wiele idiotycznych pomysłów na biznes, które z marszu są skazane na porażkę.

Na przykład?
Weźmy pierwszy z brzegu. Pół życia ciułałem pieniądze, coś tam nazbierałem to teraz się porywam na „biznesy” i np. franczyzę z Żabki. W wieku 50 lat taki człowiek bankrutuje, bo nie zna podstawowych prawideł biznesu, choć wszyscy wcześniej mówili mu, że własny biznes to wspaniałe ukoronowanie kariery.

To jak rozpoznać w sobie zdolności do biznesu?
To się po prostu czuje.

Wielu bardzo młodych ludzi mówi: otworzyłbym coś swojego ale nie mam pieniędzy…
Pieniądze są ostatnim, najmniejszych problemem. Ten, kto na początku biznesu myśli o pieniądzach, o dotacji, o dofinansowaniu, to znaczy, że jeszcze nie dojrzał do bycia przedsiębiorcą.

To skąd wziąć kasę?Pieniądze są problemem jedynie przy ogromnych inwestycjach infrastrukturalnych, czyli budowie mostów, dróg, promów kosmicznych. A ponieważ mało kto od początku działalności zakłada takie inwestycje, to kasa nie jest dla niego tak naprawdę problemem. Jeśli ktoś ma dobry pomysł, to wystarczy o nim opowiedzieć i na pewno znajdzie się ktoś, kto pomoże. Najlepsza będzie rodzina. To są ludzie, którzy znają nas najlepiej. Wiedzą o naszych mocnych i słabych stronach. Jeżeli nie jesteśmy w stanie przekonać najbliższych żeby pożyczyli nam kilka tysięcy złotych, bo przecież na początku większość firm nie potrzebuje gigantycznego kapitału, to coś nie gra.

Widzę, że jest pan zwolennikiem organicznego, powolnego budowania biznesu. Dziś jednak mamy do czynienia ze skracaniem modeli biznesowych. Celem startupów jest szybkie odsprzedanie udziałów funduszom inwestycyjnym.
Faktycznie, jestem zdania, że zanim ktoś zrobi coś rewolucyjnego w biznesie, powinien „zawiązać sznurówki” i nauczyć się podstaw sprzedając choćby marchewki na bazarze. Niech zacznie od czegoś mniejszego. Dla wielu startupów sprzedanie się funduszowi venture capital to sukces. Moim zdaniem, nader często to wygrana wyłącznie dla funduszu. Ja patrzę na biznes z perspektywy stu-, dwustuletniej. Lepiej pozostawić dzieciom biznes, który za 3 pokolenia będzie porównywalny z General Electric, a rodzina z Rotschildami. To jest celem biznesu, a nie to, by szybko sprzedać firmę, czy jak to mówią - "skeszować się". To tak, jakby jedynym powodem zostania górnikiem była możliwość wcześniejszego przejścia na emeryturę i wywalenia potem wszystkich pieniędzy z odprawy na telewizor plazmowy, futro dla żony i opla z LPG.

Prowadzi pan firmę konsultingową. Takie biznesy są często oparte na wiedzy. A sukcesja zwykle kojarzy się z przedsiębiorstwami produkcyjnymi.
Potęgi takie jak EY, PwC przecież też rozpoczęły jako firmy rodzinne. Polskie Asseco Business Solution jako lider w regionie to przecież Adam Góral i jego rodzina. To tylko przykłady pierwsze z brzegu, bo przykłady firm produkcyjnych jak Fakro, Solaris, są oczywiste. W takich branżach – jak się wydaje – najłatwiej o przekazanie firmy dzieciom. Ale czym różni się fabryka oprogramowania od fabryki wagonów czy okien? Niczym.

Patrząc na mały i średni biznes w Polsce, łatwo wysnuć wniosek, że jest on jeszcze niedojrzały. Dużo różni go od tego zagranicznego.
Trafiłem ostatnio na badania, z których wynika, że ponad 90 proc. polskich firm z sektora małych i średnich nie korzysta z księgowości zarządczej. Czyli księgowość ogranicza jedynie do sprawozdawczości dla fiskusa. Nie czerpie z księgowości informacji do zarządzania. Przykład? Wielu przedsiębiorców nie jest świadomych faktu, że jeśli nie podniesie sprzedaży to za dwa miesiące straci płynność finansową albo że jest świetnie wobec tego stać go na inwestycje. Te 90 proc. przedsiębiorstw podejmuje te decyzje na przysłowiowego „czuja”. W Polsce wszyscy jadą na ułańskiej fantazji. To może straszne, ale z drugiej strony to też cudowne.

Nie zgodzę się, że polscy przedsiębiorcy nie zarządzają. Ich podstawowa zasada – tniemy koszty. Robimy jak najtaniej.
Ok. Ale korzystają przy tym z intuicji, a intuicja to jest nieuświadomione rozumowanie. Nie neguję jej roli, bo skuteczność intuicji bierze się pod uwagę zupełnie na poważnie np. przy zwalnianiu ludzi, ale wydaje mi się, że powinno się bardziej uwzględniać dane.

Przy zwalnianiu? To nie mają znaczenia umiejętności, kompetencje? A raczej ich brak?
Jak twierdzi Paul Martinelli, zwalniamy w dwóch przypadkach. Po pierwsze, gdy ktoś nie chce się podporządkować zasadom, które określamy w swojej firmie. Wówczas swoją postawą przekonuje, że nie chce pracować na naszych zasadach, czyli de facto rezygnuje z pracy. Drugi przypadek, to właśnie ten, gdy intuicja podpowiada, że należy się rozstać. Dobrze radzą sobie z tym kobiety. Czują, że ktoś nie pasuje do danej organizacji. Moja żona jest w tym genialna.

Stawia pan na networking w biznesie. To nie to samo co znajomości?
W biznesie trzeba mieć przyjaciół, a nie znajomości. Dobrze robi się interesy z ludźmi, których dobrze znamy. Jeśli uda nam się nawiązać prawdziwą relację, to nie trzeba konkurować ceną, nie trzeba tak bardzo zabezpieczać się umowami. Dla klienta jest istotne bowiem, że robi biznes akurat ze mną. Płaci czasem więcej niż u najtańszego dostawcy, ale ma komfort pewności. Nie opłaca mu się sprawdzać kogoś innego.

Na początku drogi wielu dla przyjaciół zwykle pracuje za darmo.W powszechnym mniemaniu należy odczuwać dyskomfort, gdy się nie robi za darmo dla przyjaciół. Ja z kolei uważa, że nie powinniśmy czuć się komfortowo ze świadomością, że daję koledze gigantyczny rabat, przez co robię „po kosztach” i nie zarobię. Nie zarobię na moich ludzi, na swoje dzieci. Tu chodzi o brak jaj. Jeśli stać mnie na rabat, to daję. Ale jeśli nie stać, to powinienem o tym asertywnie poinformować. Jeśli się obrazi, to nie wiem czy to jest przyjaciel. Bo co to za przyjaciel, który nie rozumie, że muszę wyżywić rodzinę i pracowników?