W zeszłym roku koncerny wydobywcze w Norwegii z każdego nowego odwiertu poszukiwawczego pozyskały mniej niż 5 mln baryłek ropy naftowej i gazu – najmniej od 2006 roku – wynika z szacunków Bloomberga na podstawie danych Norweskiego Dyrektoriatu Ropy Naftowej. Średnia dla minionych 25 lat wynosiła ok. 27 mln baryłek.

Tak słabe wyniki to w dużej mierze skutek wyczerpujących się powoli złóż w regionie Morza Północnego. Produkcja ropy naftowej w Norwegii spada już od dłuższego czasu. W porównaniu z 2000 rokiem skurczyła się już o połowę. Spadek cen surowca na światowych rynkach mocno uszczuplił norweskie dochody ze sprzedaży ropy, które zasilają największy na świecie państwowy fundusz inwestycyjny. To ogromny problem dla Norwegów, bo właśnie dzięki naftowej bonanzie stali się jednymi z najbogatszych narodów świata. W styczniu tego roku rząd Norwegii zdecydował się na wycofanie części środków z państwowego funduszu. To pierwszy taki przypadek od czasu założenia funduszu w latach 90.

>>> Czytaj też: Gaz z Norwegii popłynie do Polski przez Baltic Pipe? Jest szansa na nowy gazociąg

Kurczące się zasoby surowców spod Morza Północnego skłaniają największe koncerny norweskie wydobywcze – Statoil i Lundin Petroleum – do poszukiwań ropy na nowych obszarach Arktyki graniczących z wodami należącymi do Rosji. Norweski rząd rozdaje więc koncesje poszukiwawcze w południowo-wschodnim rejonie Morza Barentsa. Pierwsze mają zostać przyznane jeszcze przed latem, a wiercenia mogą rozpocząć się w 2017 roku.

“Te bloki są prawdopodobnie najlepszym areałem oferowanym w Norwegii od lat 90.” – mówi Alex Schneider, szef koncernu Lundin. „Jeśli chce się zwiększyć wielkość zasobów, trzeba iść na północ” – dodaje.

W obliczu faktu, że ceny ropy naftowej na giełdach oscylują wokół 40 dol. za baryłkę, taka rada może wydawać się dość zaskakująca. Koncerny takie jak Statoil czy Royal Dutch Shell już wycofały się z innych części Arktyki, w tym Alaski i Grenlandii, bo panujące tam ekstremalne warunki i ryzyko środowiskowe windują koszty operacyjne wydobycia ropy.

Statoil, Shell i inni naftowi giganci mają jednak chrapkę na koncesje oferowane przez Norwegię w nowych blokach. Region Morza Barentsa przy północnym krańcu Norwegii jest przedmiotem kolejnej, 23. już rundy licencyjnej. Obszar ten jest mniej „wrogi” jeśli chodzi o warunki poszukiwania i wydobycia surowców niż inne regiony Arktyki – wzdłuż wybrzeża Norwegii płynie ciepły prąd morski Golfsztrom, wody są płytsze, a dostęp do złóż lepszy dzięki znikomej ilości lodowców. Najważniejsze jest jednak to, że rejon południowo-wschodniej części Morza Barentsa – pierwszy nowy obszar eksploracyjny w Norwegii od 1994 roku, może kryć w sobie gigantyczne złoża surowców.

“23 runda licencyjna jest bardzo ekscytująca” – mówi dyrektor finansowy Statoil Hans Jakob Hegge. „Łatwiejszy dostęp do areału jest bardzo istotny, by utrzymać stabilną działalność” – dodaje.

Norwegia liczy na to, że region Morza Barentsa stanie się nowym naftowym eldorado dla kraju. Jak do tej pory, koncerny wydobywcze wykonały na tych terenach tylko 125 otworów poszukiwawczych. Dla porównania, w rejonie Morza Północnego jest ich 1 146, w tym odwierty poszukiwawcze i rozpoznawcze – wynika z danych Norweskiego Dyrektoriatu Ropy Naftowej. Według ekspertów, w regionie Morza Barentsa może znajdować się prawie połowa nieodkrytych zasobów ropy i gazu w Norwegii.

>>> Czytaj też: Norwegowie przejedzą majątek? Szef banku centralnego ostrzega