Według badań Europejskiego Stowarzyszenia Biznesu (EBA) indeks atrakcyjności inwestycyjnej Ukrainy sięgnął w 2015 roku 2,56 pkt w pięciopunktowej skali ocen. To nieco lepiej niż rok wcześniej – poziom ogólnego niezadowolenia inwestorów był o 8 proc. niższy niż w 2014 r. 16 proc. badanych firm wskazało na niewielkie uproszczenie procedur celnych, 11 proc. stwierdziło, że prostsze stało się prowadzenie handlu, jednak podstawowymi problemami, jakie nękają biznes, pozostają presja organów skarbowych i wszechobecna korupcja.

Rosja na czele

Ukraińskie ministerstwo gospodarki poinformowało, że w 2015 r. napłynęło 2,5–3 mld dol. inwestycji zagranicznych. Mimo trwającej wojny i niestabilnej sytuacji politycznej apetyty na rok 2016 są większe – Kijów liczy na 5 mld dol. Według Państwowej Służby Statystyki Ukrainy na koniec 2015 r. bezpośrednie inwestycje zagraniczne liczone łącznie od uzyskania niezależności Ukrainy w 1991 r. sięgnęły 43,4 mld dol. I nie rosną względem lat poprzednich.

Paradoksalnie – przy deklarowanym przez rządzącą ekipę prezydenta-oligarchy Petra Poroszenki prozachodnim kursie gospodarczym i politycznym – liderem przyrostu inwestycji w ukraińską gospodarkę była w 2015 roku okupująca Krym i prowadząca za pośrednictwem kontrolowanych przez siebie bojówek wojnę w Donbasie Rosja. Jej inwestycje wzrosły z 2,7 mld na koniec 2014 r. do 3,4 mld dol. na koniec 2015 r. Jeszcze tylko dwa państwa – Holandia i Węgry – zwiększyły poziom inwestycji w gospodarkę ukraińską.

Trudno jednak mówić o atrakcyjności inwestycyjnej Ukrainy, skoro aż co trzeci dolar przychodzący nad Dniepr z zagranicy nie pochodzi od firm upatrujących swoją przyszłość na tym rynku i gotowych zaryzykować lecz z bardzo zależnych od politycznych ustaleń funduszy Europejskiego Banku Odbudowy i Rozwoju.

Nie kryje tego Francis Malige, dyrektor wykonawczy EBOR na Europę Wschodnią i Kaukaz, wprost uzależniający inwestowanie od kwestii czysto politycznych.

– W 2015 r. osiągnęliśmy pułap 1 mld euro. Spróbujemy tak działać, by wskaźniki były takie same i w tym roku. To nasza „inwestycyjna moc”, mniej więcej tyle możemy inwestować w Ukrainę, ale sukces będzie zależeć od harmonijnej pracy wszystkich gałęzi władzy i istnienia reform. Niezbędne jest, by wszystkie trzy gałęzie władzy, czyli administracja prezydenta, rada ministrów i parlament, pracowały razem – komentował Malige w połowie lutego.

Na razie EBOiR zapowiedział gotowość włożenia w 2016 r. 200 mln dol. w ukraiński sektor rolny.

W efekcie, do planów swojego ministerstwa gospodarki sceptycznie odnosi się nawet premier. Na zamkniętym spotkaniu z ukraińskimi bankowcami, które odbyło się pod koniec stycznia 2016 r. w Kijowie, Arsenij Jaceniuk przyznał, że na zagranicznych inwestorów w najbliższym czasie raczej nie ma co liczyć.

– Zagraniczni inwestorzy jutro tutaj nie przybiegną i wy znacie lepiej ode mnie dziesiątki powodów – cytowała wystąpienie Jaceniuka służba prasowa jego partii Front Ludowy.

Możliwe zyski nie rekompensują zagrożeń

Eksperci ekonomiczni nie mają problemu ze wskazaniem winnego temu, że inwestorzy z prawdziwego zdarzenia nad Dniepr się nie garną.

Jak zauważa Andrij Nowak, szef Komitetu Ekonomistów Ukrainy, dla inwestorów najważniejsze są trzy sprawy – dochodowość, bezpieczeństwo prowadzenia biznesu i perspektywy rozwoju.

– Z tych trzech warunków u nas spełniony jest tylko jeden: dochodowość. Rzeczywiście w Ukrainie w większości sektorów gospodarki można osiągnąć większe zyski niż w tych samych sektorach gosodarki w krajach europejskich. Nie są jednak spełnione dwa pozostałe warunki. Jak inwestor może wyliczyć perspektywę rozwoju swojego biznesu w Ukrainie, jeśli nie może napisać realnego biznesplanu nawet na rok, kiedy w ciągu roku finansowego mają miejsce zmiany w ustawodawstwie podatkowym i celnym, zmiany warunków administracyjnych, polityki kredytowej? Nasz system bankowy już dawno został uznany za jeden z najgorszych na świecie. Nie ma strategii gospodarczej rządu i banku centralnego – konstatuje szef Komitetu Ekonomistów Ukrainy.

Sceptyczny w ocenie inwestycyjnych szans Ukrainy jest Ołeh Ustenko, dyrektor wykonawczy zajmującej się analizami gospodarek krajów postsowieckich Fudacji Bleyzera.

– Inwestycji przychodzących było w zeszłym roku 1 mld dol., czyli tyle co nic. Mamy za sobą czasy, kiedy ukraińska gospodarka otrzymywała kwoty rzędu 10 mld dol. bezpośrednich inwestycji zagranicznych.Tragiczne jest jeszcze to, że ten miliard wlano głównie w sektor bankowy. Powiedzieć, że to były realne inwestycje, które weszły w ukraiński przemysł lub w rolnictwo, nie można – komentował w wywiadzie dla serwisu informacyjnego Obozriewatiel.

W ocenie Ustenki sytuację Ukrainy pogarsza jeszcze niesprzyjająca sytuacja na światowych rynkach: osłabienie tempa wzrostu w Chinach, problemy Brazylii i Wenezueli, a także sytuacja na Bliskim Wschodzie, które sprawiają, że inwestorzy będą unikać rynków wystawionych na zagrożenia takie, jak obecnie Ukraina. W latach 2016–2017 można oczekiwać prawdziwej walki o międzynarodowe kapitały.

– Wygra w niej ten, kto zaproponuje lepsze warunki – konstatuje Ustenko, zauważając, że ze swoją systemową korupcją i kolosalnymi barierami administracyjnymi dla biznesu Ukraina będzie praktycznie bez szans.

Dają impuls czy nie?

– Zagraniczne inwestycje w Ukrainie w dużym stopniu są uważane za pozytywne dla bilansu płatniczego kraju, ale przy tym praktycznie nie tworzą nowego potencjału gospodarczego. Są głównie skierowane w sferę usług, a inwestycje w przemysł są głównie zorientowane na surowce lub wytwarzanie produktów z niską wartością dodaną – ocenia Swietłana Kowalewska, ekspert Instytutu Badań Społeczno-Ekonomicznych.

Potwierdzają tę opinię dane ukraińskiego ministerstwa gospodarki, według których do przemysłu trafia jedynie 30 proc. inwestycji zagranicznych.

Dlaczego nad Dniepr nie przychodzą nowe technologie ani innowacyjny kapitał? Zastanawia się nad tym na łamach portalu Krajina Liberalna ekonomista Wołodymyr Rapoport i dochodzi do wniosku że winę ponosi niezmieniony, a raczej wzmocniony jeszcze po obaleniu ekipy Wiktora Janukowycza, system ukraińskiej oligarchii, w którym najbardziej opłacalne są inwestycje… w łapówki dla urzędników.

„Naukowcy mówią że im bardziej złożona produkcja, tym lepszych instytucji ona potrzebuje. A w Ukrainie wszystko na opak. Zagmatwane ustawodawstwo, dzikie procedury, swawola urzędników. Was zawsze można zmusić, żebyście zapłacili więcej podatków, nałożyć karę, zaplombować dział produkcji, księgowość, zabrać dokumentację i serwery. Główny dochód przynoszą inwestycje w urzędników, a nie w technologie. Dlatego ci, którzy mogą sobie pozwolić na prowadzenie efektywnego biznesu, władają przedsiębiorstwami z dawno znanymi technologiami, rynkami zbytu. Ruda i metal, wagony i pompy, amoniak i cement, ziarno były na rynku jeszcze w latach 30. XX w. Wiadomo jak, wiadomo co, wiadomo gdzie.

Nowe gałezie gospodarki potrzebują codziennej kreatywności. Żeby konkurować na tych rynkach, trzeba ciągle znajdować nowe rozwiązania, wszystkie swoje możliwości kierować na poszukiwanie i wdrażanie nowych technologii, materiałów, produktów, a nie przepychanie swoich deputowanych, urzędników, sędziów. Ten, kto umie pracować na współczesnym rynku, nie chce mieć do czynienia z naszymi realiami – konstatuje Rapoport.

>>> Polecamy: Ostatnia szansa na uratowanie greckich finansów? Zamachy bombowe w Turcji

Zachód stawia na wywóz

W efekcie na ukraińskim rynku pozostają dziś już właściwie tylko dwie grupy inwestorów – oligarchowie, którzy do perfekcji opanowali sztukę kupowania urzędników i obsadzania państwowych stanowisk swoim „personelem”, i zagraniczni łowcy surowców – kapitał, który zamiast inwestować w rozwój, skoncentrował się na tworzeniu znanych z minionych stuleć faktorii. Ich zadaniem jest zabezpieczenie sprawnego pozyskiwania i wywozu za granicę zasobów naturalnych.

Tezy Rapoporta potwierdził niedawno Geoffrey Pyatt, ambasador USA w Kijowie, który podczas odbywającego się w lutym w ukraińskiej stolicy forum na temat bezpieczeństwa stwierdził, że Ukraina będzie mogła liczyć na obecność na swoim rynku wysokotechnologicznych amerykańskich firm zbrojeniowych, dopiero kiedy zwalczy korupcję i przeprowadzi realne reformy sfery gospodarczej, doprowadzając do sytuacji, w której przedsiębiorcy „będą widzieli jedynie ryzyko biznesowe, a nie ryzyko nieprzewidywalnego środowiska”.

Na razie Ukraina może się pochwalić podpisaniem umowy na budowę pierwszej amerykańskiej faktorii. W lutym 2016 r. koncern Cargill zawarł z ukraińską firma MB Cargo umowę, na mocy której włoży 100 mln dol. w rozbudowę portu w Jużnem koło Odessy i budowę tam terminala zbożowego o zdolności przeładunkowej 5 mln t rocznie.

– Mowa nie tylko o pieniądzach, lecz o 350 nowych miejscach pracy, setkach milionów hrywien podatków do budżetu, o dochodach kraju z tytułu eksportu ziarna – komentował zawarcie umowy Andrij Pywowarskyj, minister infrastruktury.

Cargill ma dziś udziały we władającym 654 tys. ha ukraińskich gruntów rolnych agroholdingu UkrLandFarming i kilka tłoczni oleju słonecznikowego. W perspektywie najbliższych trzech lat amerykański koncern ma szansę przejąć za długi także sporą część z 300 tys. ha ziemi od ukraińskiego agroholdingu Mrija (Cargill za pośrednictwem swojego funduszu CarVal Investors wchodzi w skład komitetu wierzycieli władającego w sumie 15 proc. zagrożonych obligacji Mriji z terminem wykupu w 2016 r. i 50 proc. z terminem wykupu przypadającym na rok 2018). Ukraiński agroholding pieniędzy na spłatę zobowiązań nie ma, więc najprawdopodobniej zakończy się na przejęciu przez wierzycieli jego gruntów rolnych.

Inwestycja w terminal zbożowy w Jużnem pozwoli Amerykanom nie tylko eksportować swoją produkcję bez oglądania się na ukraiński rząd i kontrolujących dziś porty morskie oligarchów, lecz również przejąć kontrolę nad lwią częścią ukraińskiego eksportu zbóż. 5 mln t pszenicy to tyle, ile wyeksportowano z Ukrainy w okresie od lipca do października 2015 roku. Żeby Amerykanie mogli łatwiej wywozić ukraińskie zboże, Kijów zobowiązał się do rozbudowy prowadzących do portu linii kolejowych.