Przez ćwierć wieku, od dnia niepodległości w 1975 roku do początku XXI stulecia, Angola była areną jednej z najkrwawszych wojen współczesnej Afryki. Szacuje się, że zginęło w niej co najmniej pół miliona ludzi, a kraj, dawna portugalska kolonia, stał się synonimem upadku.

Angolański konflikt wybuchł, gdy po partyzanckiej wojnie władzę w Luandzie przejął wspierany przez komunistyczny Wschód (ZSRR i Kuba) Ludowy Ruch Wyzwolenia Angoli (MPLA), który w wyścigu do stolicy wyprzedził konkurencyjne ugrupowania UNITA (Narodowy Związek na rzecz Całkowitej Niepodległości Angoli) i FNLA (Narodowy Front Wyzwolenia Angoli), popierane przez Zachód (USA i apartheidowska RPA). Wojnę przerwał dopiero upadek komunizmu i koniec zimnej wojny. W 1992 roku w Angoli odbyły się pierwsze wolne wybory, do których rywalizujące o władzę ugrupowania stanęły jako partie polityczne. Wybory zakończyły się wygraną rządzącej MPLA, ale pokonana UNITA, już pozbawiona wsparcia Zachodu, nie pogodziła się z porażką; wojna wybuchła więc z nową siłą i trwała przez kolejne 10 lat. Ostatecznie przerwała ją dopiero śmierć przywódcy UNITA Jonasa Savimbiego w 2002 roku.

Podnieść się z wojennych zniszczeń pomogła Angoli ropa naftowa z przebogatych złóż angolańskiego szelfu. Rządząca MPLA, która po upadku komunizmu z partii lewicującej przerodziła się w ugrupowanie wyznające jedynie ideologię utrzymania się u władzy, oddała pola naftowe zachodnim koncernom. Wkrótce Angola stała się drugą po Nigerii potęgą naftową w Afryce i trzecim, po Nigerii i RPA, najbogatszym krajem kontynentu - tak zamożnym, że gdy kryzys gospodarczy dotknął Europę Zachodnią, Angola wspierała pożyczkami dawną metropolię kolonialną, Portugalię.

Angolańskie bogactwo zostało jednak niemal w całości zawłaszczone przez rządzącą elitę, a przede wszystkim przez rządzącego od 1979 roku prezydenta Jose Eduardo Dos Santosa, jego rodzinę i przyjaciół. Według magazynu „Forbes” najstarsza córka prezydenta, 43-letnia Isabel, jako pierwsza kobieta w Afryce dorobiła się majątku szacowanego na miliardy dolarów. Do elitarnego grona afrykańskich milionerów zalicza się też jej przyrodni brat, 39-letni „Zenu” Jose Filomeno de Sousa dos Santos.

Za sprawą petrobogaczy i zachodnich nafciarzy Luanda od lat cieszy się opinią najdroższego miasta Afryki, a Angola jednego z najbardziej skorumpowanych państw na świecie. Bank Światowy zaliczył 22-milionową Angolę do sześciu państw świata, w których przepaść między bogatymi i biednymi jest najgłębsza. Co gorsza, Angola stała się zakładniczką swojego naftowego bogactwa – petrodolary stanowią ponad 90 proc. jej dochodów z eksportu. Utrzymujący się drugi rok spadek cen ropy na światowych rynkach sprawił, że rządowi w Luandzie zaczęło brakować pieniędzy. Na początku roku naftowe potęgi, Angola i Nigeria, zwróciły się o pomoc do Banku Światowego.

Póki co kłopoty dotykają tylko biedotę. Zmniejszone o połowę wydatki publiczne odbiły się np. na stanie sanitarnym wielu biednych dzielnic Luandy, gdzie pod koniec zeszłego roku wybuchła epidemia żółtej febry, a lekarze notują coraz częstsze przypadki malarii i cholery.

Nawet w czas kryzysu rządząca MPLA nie musi jednak obawiać się opozycji. Pozbawiona lidera UNITA w wyborach ponosi klęskę za klęską i wykrwawia się we frakcyjnych wojnach. Za to coraz częściej i coraz odważniej przeciw dyktaturze MPLA występuje młodzież. Obawiając się najwyraźniej ulicznej rewolty, władze surowo tłumią każdy jej przejaw. Pod koniec marca sąd w Luandzie skazał na kary od dwóch do ośmiu lat więzienia 17 młodych ludzi (w tym popularnego rapera Luaty „Ikonoklastę” Beirao) z Luandyjskiego Klubu Książki. Zostali oskarżeni o spisek przeciwko prezydentowi, bo jesienią 2015 roku podczas jednego ze spotkań omawiali książkę amerykańskiego uczonego Gene’a Sharpa, poświęconą rewolucjom bez użycia przemocy. Kolega skazanych, który na sali sądowej zawołał, że proces jest farsą, dostał karę ośmiu miesięcy więzienia.

Sensacją większą niż proces młodzieżowych dysydentów stała się jednak marcowa deklaracja 73-letniego prezydenta Dos Santosa, że za dwa lata złoży urząd. Znawcy angolańskiej polityki ostrożnie odnieśli się do tej deklaracji. Podobne oświadczenia składał już wcześniej, a ponadto postanowił przejść na emeryturę nie przed wyborami, które przypadają na 2017 roku (szef zwycięskiej partii zostaje prezydentem kraju), ale rok po nich.

Najwięksi sceptycy podejrzewają, że zapowiadając własną emeryturę, prezydent chciał jedynie odwrócić uwagę rodaków od problemów i spacyfikować ich narastające niezadowolenie, a po cichu zająć się sprawą sukcesji. Wśród kandydatów na jego następcę najczęściej wymienia się wiceprezydenta, 60-letniego Manuela Vicente, byłego szefa państwowego koncernu naftowego Sonangol, który zarządza największym skarbem kraju.

Znany angolański dziennikarz i pisarz Rafael Marques de Morais uważa jednak, że głównym celem Dos Santosa nie jest dziś polityczna sukcesja, ale zapowiedziana restrukturyzacja Sonangolu, by nawet po dymisji starego prezydenta kontrola nad petrodolarami przypadła firmom i fundacjom zarządzanym przez dzieci Dos Santosa, Isabel i Jose Filomeno. Panujący czwartą dekadę przywódca wydaje się przekonany, że prawdziwą władzę zapewnia nie najwyższy choćby urząd, lecz pieniądze.

Wojciech Jagielski (PAP)