OECD szacuje, że Polskę czeka spadek populacji w wieku produkcyjnym o niebagatelne 40 proc. Zmniejszającej się szybko liczbie osób w wieku produkcyjnym towarzyszyć będzie jednocześnie zwiększanie się liczby emerytów. Dziś współczynnik zależności ekonomicznej w wieku starszym w Polsce to około 33. W 2050 r. ten współczynnik zależności ma podskoczyć powyżej 87.

A jak taka sytuacja przekładałaby się na sytuację budżetową? W 2014 roku skarb państwa wydał 734 miliardy złotych. W tym zawarte są wydatki na usługi publiczne i transfery finansowane ze składek: 231 mld zł na emerytury i renty oraz 76 mld zł na ochronę zdrowia. Deficyt sektora wynosił 55 mld zł i jest on zbliżony do deficytu Funduszu Ubezpieczeń Społecznych, który zamknął się kwotą 61 mld zł.

Gdyby do istniejącego modelu w najprostszy sposób zastosować przewidywane przez OECD parametry spadek o 40 proc. liczby osób pracujących obniżyłby proporcjonalnie wpływy do FUS. Jednocześnie liczba emerytów i wydatki zwiększyłaby się o 60 proc. Wydatki budżetu wzrosłyby wówczas do 365 mld zł, a wpływy zmalały do 102 mld zł. Deficyt wzrósłby wtedy 263 mld zł – o 200 mld złotych więcej niż dzisiaj.

W rachunku tym nie ma uwzględnionych dodatkowych napięć w służbie zdrowia. Obecnie jest to system w całości finansujący się ze składek, a więc niegenerujący deficytu. Jeśli ta zasada miałaby być utrzymana w przyszłości to wydatki na służbę zdrowia musiałyby spaść o 40 proc. Tylko utrzymanie wydatków na obecnym poziomie spowodowałoby powstanie dodatkowego deficytu na poziomie 30 mld zł. Trzeba przy tym zaznaczyć, ze jest to założenie bardzo konserwatywne ze względu na wysokie koszty opieki geriatrycznej. Zapewnienie opieki medycznej będzie musiało generować nawet kilkukrotnie wyższe deficyty.

Dodatkowy deficyt budżetowy przy zgodzie z założeniami OECD to 230 mld złotych rocznie. Byłby to gigantyczny skok z poziomu 3 do 16,5 proc. w relacji do PKB. Kwota niemożliwa do sfinansowania i zwiastująca upadek finansów publicznych.

Powyższa symulacja jest oczywiście uproszczona. Nie bierze pod uwagę zmian w poziomie współczynnika zastąpienia, ani wydłużającego się średniego czasu życia. Daje jednak pojęcie o skali problemu. Co jeszcze powinniśmy wziąć pod uwagę?

Poziom aktywności zawodowej w Polsce jest na tle krajów OECD bardzo niski (62 proc.). Podniesienie go do średniej OECD zmniejszyłoby deficyt o 14 mld zł rocznie. Dogonienie przodującej Islandii (82 proc.) dałoby oszczędność 54 mld zł rocznie. Wciąż nie rozwiązuje to problemu, ale wraz z innymi narzędziami mogłoby osłabić cios.

Problemem pozostaje wdrażanie polityk i zapewnianie infrastruktury mogącej wesprzeć większą aktywność zawodową. Wyraźnie widać tendencję do promowania tradycyjnego modelu rodziny (wydłużenie urlopów macierzyńskich, 500+), który nie sprzyja ani aktywności kobiet, ani dzietności. Zapewne także dlatego Komisja Europejska przewiduje spadek aktywności zawodowej w Polsce do 60 proc.

Spadek liczby osób w wieku produkcyjnym o 40 proc oznaczałby, że by utrzymać dzisiejszy poziom PKB wydajność pracy musiałaby wzrosnąć o dwie trzecie czyli z 27,6 dolara na godzinę do 46 dolarów na godzinę – czyli z grubsza do średniej w UE. Wyzwanie znaczące, ale osiągalne. Tyle tylko, że utrzymanie obecnego PKB jest dalece niewystarczające do sfinansowania dodatkowych 230 mld zł rocznie dla systemu emerytalnego. Pokrycie całości deficytu dzięki rosnącej wydajności wymagałoby wyprzedzenia pod tym względem światowej czołówki. Nierealne.

Polska w raporcie OECD jest wciąż postrzegana jako dostawca emigrantów netto. Przewidywany wpływ emigracji na liczbę osób w wieku produkcyjnym ma być jednak tylko kilkuprocentowy. Mechanizm emigracji wynikający ze zwiększonych obciążeń systemu emerytalnego może być jednak inny. Wzrost obciążeń będzie samonapędzał kolejną falę emigracji. Mniejsza liczba pracujących wymagać będzie większych procentowo obciążeń podatkowych. Wzrost klina podatkowego zachęca do emigracji, emigracja prowadzi do wzrostu klina podatkowego. Projekcja OECD może okazać się zbyt optymistyczna.

Mało prawdopodobnym rozwiązaniem czekających nas problemów wydaje się być imigracja, a to przynajmniej z trzech powodów. Po pierwsze trudno znaleźć źródła emigracji dla Polski. Preferowane kraje wschodniego sąsiedztwa mają nie mniejsze od naszych problemy demograficzne. Po drugie Polacy nie chcą imigrantów. Sentyment społeczny waha się od pogardliwego (dla imigrantów ze wschodu) po otwartą niechęć (imigranci z Afryki Północnej i Bliskiego Wschodu), zaś państwo, poza Kartą Polaka nie posiada żadnej polityki imigracyjnej. Po trzecie zaś, z oczywistych powodów, nie jesteśmy najbardziej atrakcyjnym krajem docelowym i będziemy tracić imigrantów na rzecz np. Niemiec.

Głównym źródłem problemu niezbilansowanego systemu emerytalnego jest niska dzietność w Polsce. Jest to zjawisko długoterminowe – dzietność zmalała do poziomu zastępowalności pokoleń już w 1970 r., od 1986 r. spada ona jeszcze niżej zbliżając się do poziomu Niemiec. Odwrócenie trendu nie rozwiąże problemu, bo wynika on z liczby dzieci, które nie urodziły się przez ostatnich dwadzieścia lat. Z tej perspektywy szok demograficzny jest nieuchronny i żadne programy prorodzinne w tym nie pomogą.

Co gorsza skuteczny program prorodzinny oznacza jeszcze większe obciążenie systemu finansów państwa bo do znaczącej liczby emerytów dodać trzeba będzie znaczną liczbę dzieci, które też nie pracują. Dziś współczynnik całkowitej zależności ekonomicznej to 130 – oznacza to, ze każdy pracujący ma na utrzymaniu 1,3 osoby. Wskaźnik ten ma wynosić w Polsce w 2060 roku 166. To wzrost o 36 osób niepracujących na pracującego. Tymczasem współczynnik zależności osób starszych przytoczony wcześniej ma wzrosnąć aż o 55. Oznacza to tyle, że szacuje się, ze ubędzie proporcjonalnie niepracujących osób, które nie są emerytami – czyli głównie dzieci. Jeśli dzieci miałoby gwałtownie przybywać obciążenie pracujących mogłoby wzrosnąć nawet do poziomu 2 osób na utrzymaniu jednego pracującego. Zatem polityki prorodzinne nie dają nadziei na zmniejszenie problemu gdyż w perspektywie 25 lat problem pogłębiają zamiast go rozwiązywać.

Reforma emerytalna 1999 roku przeniosła nas do systemu zdefiniowanej składki, co wiązało się z planowanym zmniejszeniem stopy zastąpienia o mniej więcej połowę. Jak najbardziej słuszne założenia z punktu widzenia finansów publicznych okazały się jednak nazbyt optymistyczne i redukcja świadczeń wydaje się niewystarczająca do zbilansowania systemu. Z drugiej strony dalsze obniżanie świadczeń poddaje w wątpliwość sens systemu emerytalnego, stąd pomysły na stworzenie instytucji emerytury minimalnej. Byłaby ona jednak elementem destabilizującym system, bo niezależnym od bieżącej sytuacji FUS zarówno w krótkim jak i długim okresie.

Wraz ze zwiększającą się świadomością niskiego przyszłego poziomu emerytur dla wielu osób optymalnym rozwiązaniem jest płacenie jak najmniejszych składek. Skoro większe składki przełożą się na emeryturę niewiele większą niż minimalna to ich odprowadzanie jest bezcelowe. Stąd rozpowszechniona optymalizacja (czyli najczęściej minimalizacja) wpłacanych składek, co przekłada się na bieżącą sytuację FUS, a co za tym idzie wzrost długu publicznego. W długim zaś okresie minimalne emerytury będą destabilizować FUS ze względu na ich bezwzględny charakter nawet w najtrudniejszych latach. Będą one tym trudniejsze do sfinansowania im wyższy był dług publiczny zakumulowany ze względu na optymalizację.

>>> Czytaj też: "Każdy zdecyduje sam, kiedy odejdzie na emeryturę". Niemcy mają nowy pomysł

Podwyższenie wieku oznacza obniżenie świadczeń

Metodą obniżania świadczeń jest podwyższanie wieku emerytalnego. Reformy z 2012 roku zmierzały w tym kierunku i znacząco poprawiały wydolność systemu. Według oceny skutków regulacji ograniczenie deficytu może docelowo sięgnąć 50 mld złotych rocznie – w sumie do 600 mld do 2060 roku. Jak widać zatem do osiągnięcia stabilności niewystarczające było nawet podniesienie wieku emerytalnego do poziomu 67 lat.

Jeszcze wyższy wiek emerytalny byłby jednak problematyczny ze względu na profil umiejętności pracowników. Zakres zawodów możliwych do wykonywania przez osoby starsze jest szeroki, ale zwykle różny od prac wykonywanych przez ludzi młodszych. Konieczne będą zatem programy wspierające przekwalifikowanie. Tymczasem podnoszone argumenty „dlaczego górnik ma pracować na przodku do lat 70” pokazują utrwaloną mentalność jednego zawodu przez całe życie. Jednocześnie bieżąca debata publiczna obraca się wokół obniżania wieku emerytalnego i dalszego rozszczelnienia systemu, a nie dalszego podnoszenia wieku emerytalnego wraz z odpowiednim dostosowaniem pracowników do nowych wymogów rynku.

Pełne wdrożenie reformy z 1999 z ówczesnej perspektywy dawało szansę na uniknięcie niewypłacalności budżetu. Od tego czasu niestety sytuacja znacząco się pogorszyła. Elementy nieuwzględnione w 1999 roku to szybko wydłużający się czas życia oraz fala emigracji po przystąpieniu do UE. To jednak drobiazg w porównaniu z aktywnym psuciem systemu. Mamy tu całą serię działań: brak powszechności systemu, ustanowienie minimalnej waloryzacji, opróżnianie Funduszu Rezerwy Demograficznej przed przewidzianymi terminami, przenoszenie zobowiązań OFE na FUS (umorzenie aktywów z OFE i przeniesienie sald do ZUS, suwak), które mogą poprawiać sytuację doraźnie, ale w długim okresie zwiększą znacząco deficyt. W obecnej formie system emerytalny jest wewnętrznie niestabilny, a niestabilność ta będzie narastać.

Podsumowując: w chwili obecnej system emerytalny w Polsce jest trwale niezrównoważony, co przekłada się na brak równowagi finansów publicznych. Zrównoważenie FUS zamieniłoby deficyt budżetowy w nadwyżkę.

Nierównowaga systemu w nadchodzących dekadach będzie się nieuchronnie i znacząco pogłębiała się z powodów demograficznych. Moment załamania systemu jest zależny od wydolności finansów publicznych, ale wydaje się nieuchronny.

Rosnąca wraz z deficytem presja fiskalna może przyspieszyć procesy migracyjne, co w ramach sprzężenia zwrotnego pogłębi problemy systemu emerytalnego.

Rozwiązania problemu muszą składać się z kompleksowych działań w zakresie:

Obniżenia świadczeń, szczególnie w formie zachęcającej do wydłużenia okresu aktywności zawodowej;

Przywrócenie negatywnej waloryzacji;

Upowszechnienie systemu poprzez eliminację przywilejów i wyjątków;

Zmniejszenie możliwości unikania oskładkowania np. poprzez połączenie składek z podatkami dochodowymi;

Zwiększenia aktywności zawodowej;

Dostosowanie rynku pracy do zwiększonej aktywności osób starszych;

Opracowania polityki imigracyjnej i remigracyjnej;

Konsolidację finansów publicznych i wypracowanie nadwyżek z przeznaczeniem na finansowanie późniejszych deficytów;

Wspierania przedsiębiorczości, liberalizacji i prywatyzacji.

Kroki te powinny zostać podjęte jak najszybciej, póki presja nierównowagi sytemu nie jest jeszcze zbyt duża. Analiza przeszłych i zapowiadanych zmian w polityce nie nastrajają jednak optymistycznie. Obserwujemy bowiem:

Zwiększenie transferów socjalnych nastawionych na dezaktywizację zawodową;

Powiększanie bieżącego deficytu budżetowego;

Zwiększanie przyszłych obciążeń FUS dla uzyskania doraźnych celów (przejęcie zobowiązań wobec OFE, suwak);

Bieżące wykorzystywanie Funduszu Rezerwy Demograficznej;

Wycofanie się z obniżenia wieku szkolnego;

Zapowiadane obniżenie wieku emerytalnego;

Waloryzacje kwotowe lub kwotowo-procentowe.

Wszystkie te działania problem zaostrzają i przybliżają moment niewypłacalności systemu. Wygląda na to, że należy przygotować się na twardy reset w kwestii emerytalnej. Pozostaje jedynie pytanie – kiedy?

dr Tomasz Kasprowicz jest adiunktem Wyższej Szkoły Biznesu w Dąbrowie Górniczej, redaktorem działu ekonomia w kwartalniku Res Publica Nowa, specjalizuje się w tematyce finansów publicznych, systemów emerytalnych i przedsiębiorczości.