Budowa NS2 ułatwi Rosji wywieranie presji na Kijów i zwiększy groźbę jego powrotu w strefę wpływów Kremla.

Gazprom i spółka projektowa Nord Stream 2 AG zapewniają, że budowa nowego gazociągu nam nie zagraża. „Kraje, które najbardziej obawiają się zależności od jednego dostawcy gazu, dzięki projektowi NS2 najwięcej zyskają” – czytamy w komunikacie tej drugiej firmy. W rzeczywistości jest zupełnie inaczej. Wystarczy prześledzić wypowiedzi przedstawicieli Gazpromu niższego szczebla.

Choćby Aleksandra Babakowa, szefa spółki Gazprom Transgaz Moskwa, który oznajmił, że wydano już zgodę na czteroletni plan „optymalizacji mocy” obsługiwanych przez firmę gazociągów, który zakłada „likwidację niepotrzebnej infrastruktury” w Rosji. Nastąpi to poprzez zamknięcie szeregu tłoczni gazu i obniżenie ciśnienia w gazociągach obsługujących dostawy surowca na Ukrainę i  de facto dalej w kierunku UE.

Optymalizacja mocy spowoduje, że od 2020 r. gazociągi tej spółki córki Gazpromu przestaną obsługiwać eksport w kierunku ukraińskim. W ten sposób wyłączony z eksportu i przeznaczony jedynie do dostaw krajowych zostanie m.in. system gazociągów Braterstwo. W ostatnich latach ten największy korytarz transportu gazu z Rosji do UE o  mocy 107 mld m sześc. rocznie odpowiadał za ok. 60 proc. rosyjskich dostaw na Ukrainę.

Wprawdzie nadal będzie funkcjonować infrastruktura obsługiwana przez pozostałe spółki koncernu, ale należy podać w wątpliwość techniczną i finansową możliwość ich wykorzystania. Gazociągami tymi w ostatnich latach dostarczano na Ukrainę 29–36 proc. rosyjskiego gazu, z czego 3/4 było następnie przesyłane dalej na południe (Rumunia, Bułgaria, Turcja). Jeśli Gazprom zrealizuje ten plan, zmniejszy się bezpieczeństwo dostaw i zwiększą się ich koszty, szczególnie w wypadku Ukrainy, Słowacji i Węgier. Jednocześnie pojawi się szantaż: tylko NS2 utrzyma bezpieczeństwo dostaw.

Prezes Gazpromu Aleksiej Miller stara się udowodnić, że NS2 nie podlega przepisom III pakietu energetycznego. Dzięki tej interpretacji prace przy NS2 mają być prowadzone niezależnie od decyzji krajowych (w tym polskich) regulatorów i Komisji Europejskiej. By przekonać państwa i instytucje europejskie o nieuchronności budowy NS2, w marcu Gazprom zakończył przetarg na dostawę rur dla budowy odcinka morskiego, a w maju ogłosił kolejny – na budowę części głębokowodnej.

Podobnie było przy budowie NS1, gdy rury zakupiono przed uzyskaniem zgód, mimo ryzyka zamrożenia projektu na rok, dwa lata. Strategia inwestycyjna rosyjskich spółek państwowych opiera się na wizji „optymistycznego scenariusza” przyszłych wydarzeń. Język polski ukuł na taki sposób rozumowania pojęcie chciejstwa. Strategia ta nie zawsze kończyła się zgodnie z   planem.

Przykładem jest zamrożenie budowy elektrowni atomowej w  obwodzie kaliningradzkim, na którą wydano 1 mld euro. Kolejny przykład to wycofanie się z budowy gazociągu South Stream. Szacuje się, że niepotrzebne inwestycje w budowę infrastruktury kosztowały rosyjski holding od kilku do kilkunastu miliardów euro. Fiasko tych projektów było efektem skutecznie wyrażanej niezgody najważniejszych państw bądź instytucji unijnych. Chcieć to nie zawsze znaczy móc.

Największymi europejskimi orędownikami NS2 są Niemcy i Austria. Rola RFN jako głównego państwa tranzytowego po zrealizowaniu inwestycji wzrośnie. Dalej gaz popłynie do austriackiego hubu Baumgarten, a stamtąd do Włoch. Rząd niemiecki stoi na stanowisku, że jest to projekt czysto komercyjny. Jednym z argumentów jest wysokie wykorzystanie NS1 (71 proc. w 2015 r.), co jednak wynika z redukcji przepływu via Ukraina.

Badanie rynku przeprowadzone przez niemieckich operatorów wykazało duże zapotrzebowanie na dodatkowy przesył na kierunkach Rosja – Niemcy (via Bałtyk) i Niemcy – Czechy. Nie podano nazw firm, które zgłosiły takie zapotrzebowanie, ale nietrudno się domyślić, że zrobiły to Gazprom i spółki z nim powiązane. Deklarowane wielkości pasują do innych oświadczeń tych podmiotów. Teraz wykorzystywane jest to jako argument, że kosztowna rozbudowa sieci w Niemczech ma sens.

Rząd w Berlinie twierdzi, że realizacja projektu zwiększy bezpieczeństwo energetyczne UE. Nie jest to argument czysto polityczny. W tej batalii wszystko ma swoje drugie dno. Ma to ułatwić wyłączenie z zasad III pakietu energetycznego projektu gazociągu Eugal, łączącego NS2 z Czechami. Prawdopodobnie to właśnie odcinek lądowy gazociągu będzie przedmiotem największych negocjacji z   KE.

Beneficjentem projektu będą też Czechy. Zwiększy się ich bezpieczeństwo dostaw i wpływy z tranzytu. Stąd ich pozycja jest dwuznaczna. Protesty dotyczące zabezpieczenia Ukrainy są jedynie formalne, a podobną taktykę wkrótce może przyjąć Słowacja. Jeśli Bratysława uzyska gwarancję, że jej pozycja w tranzycie będzie zapewniona, opór osłabnie. Operatorzy czeski, słowacki i austriacki będą mogli zwiększyć integrację sieci, aby gaz z NS2 łatwiej i taniej przesyłać na południe Europy. Wtedy znacznie wzrośnie izolacja polskiego rynku gazu. Na dłuższą metę wspólne stanowisko Warszawy, Bratysławy i Pragi może się nie utrzymać, dlatego należy jak najpełniej wykorzystać obecne możliwości.

Determinacja Gazpromu

Determinacja Gazpromu nie oznacza ostatecznej realizacji inwestycji. Uzyskanie pozwoleń na budowę NS1 trwało wiele miesięcy i przyczyniło się do opóźnienia budowy gazociągu. Również teraz dużo wysiłku przeciwników NS2 jest skierowanych na blokowanie odcinka morskiego. Jest to potrzebne, ale piętą achillesową rosyjskiego projektu jest co innego. To część lądowa zdecyduje o rentowności i skutkach politycznych.

Zmiany w sieci gazociągów w Niemczech i Czechach, w mniejszym stopniu na Słowacji i w Austrii, są kluczowe dla wyeliminowania Ukrainy z  tranzytu i dla zapewnienia dostaw do Włoch. NS1 i NS2 będą miały łączną przepustowość 120 mld m sześc. na rok. Dla porównania w 2015 r. Gazprom wysłał do UE 114 m ld.

Tymczasem niemieckie gazociągi NEL do Holandii i Opal do Czech, którymi transportowany jest gaz z NS1, mogą przesłać jedynie 56 mld na rok. Żaden rozsądny bank nie zgodzi się kredytować budowy bez pewności, że znajdą się odbiorcy. Dlatego planuje się rozbudowę NEL, a firma Gascade (de facto w połowie własność Gazpromu) zapowiedziała budowę Eugalu, łączącego NS2 z siecią czeską. Będzie on miał prawdopodobnie przepustowość do 50 mld m sześc. Wystarczającą, by wyeliminować tranzyt przez Ukrainę.

Eugal, w przeciwieństwie do Nord Stream, musi podlegać wszelkim unijnym regulacjom. Polska i inne kraje regionu mają najwięcej do powiedzenia w tym aspekcie projektu. Możliwości kontrataku jest wiele: od zasad dostępu Gazpromu do Eugalu (dla Rosjan kluczowa jest długoterminowa rezerwacja mocy) poprzez prawo konkurencji (trwa dochodzenie KE wobec Gazpromu) aż po kwestie środowiskowe. Gdyby Eugal został wybudowany, ale swobodny dostęp do rury mieliby wszyscy uczestnicy rynku, Gazprom miałby ograniczony wpływ na nasz region. Można też sobie wyobrazić, że PGNiG sprowadza gaz z Holandii lub Norwegii do Polski, wykorzystując rewers na NEL, Opal albo Eugal kosztem Gazpromu.

Analizy prawne i ekonomiczne to najlepsza amunicja, a lobbing przeciwników na poziomie instytucji – najskuteczniejsza forma walki. Nie należy się jednak ograniczać jedynie do poziomu Brukseli. Operatorzy niemieckich gazociągów szykują obecnie plany rozwoju sieci do 2027 r. (de facto podłączenia się do NS2). Gaz-System i PGNiG mogą zgłosić wątpliwości prawne i  ekonomiczne dotyczące budowy Eugalu i rozbudowy NEL. Na poziomie unijnym pozwoli to skuteczniej blokować plany niemieckich operatorów, ponieważ muszą one zostać zatwierdzone przez Brukselę.

Jeśli nie uda się zablokować NS2, najbardziej poszkodowana będzie Ukraina. Przez NS1 straciła część zysków z tranzytu, a jej bezpieczeństwo spadło. Budowa NS2 ułatwi Rosji wywieranie presji na Kijów i zwiększy groźbę jego powrotu w strefę wpływów Kremla. Kolejnym zagrożeniem jest izolacja Polski na rynku gazu. Bratysława i Praga, mając zapewniony tranzyt rosyjskiego gazu, będą mniej zainteresowane dostawami LNG z Polski. To ostatni dzwonek, by zintensyfikować prace nad łącznikami gazowymi z  tymi państwami.

Przed zupełną izolacją chroni nas łącznik z Niemcami (Mallnow). Trzeba zadbać, aby w planach niemieckich operatorów nie uległ on marginalizacji w razie budowy Eugalu. To kolejny aspekt wymagający lobbingu w UE i Niemczech. Budowa NS2 stwarza także ryzyko, że przez Mallnow będzie przepływał tylko gaz kontrolowany przez Gazprom. Negocjacje nowego kontraktu jamalskiego w sytuacji, gdy gazociąg Jamał przestaje być Rosjanom potrzebny, a my nie zdążymy zabezpieczyć dostaw taniego gazu, mogą ułatwić szantaż: droższy gaz z NS2 blokujący zachodnią granicę albo brak umowy. NS2 ma być wybudowany przed zakończeniem kontraktu jamalskiego.

Jeśli głównym celem rozgrywki jest tani gaz dla polskiego przemysłu, mamy poważny dylemat. NS2 to ryzyko dalszej izolacji i szantażu, a więc droższy surowiec. Rozbudowa infrastruktury (Baltic Pipe, interkonektory, magazyny, rozbudowa gazoportu) to z kolei duże koszty. Najtańszy jest lobbing uniemożliwiający Gazpromowi wykorzystanie lądowej infrastruktury w Niemczech. Jeśli nie przyniesie on rezultatów, potrzebujemy dodatkowych inwestycji, które powstaną na czas i o najlepszym stosunku kosztów do korzyści.

Biorąc pod uwagę, że pieniądze unijne na rozbudowę terminalu LNG czekają na wykorzystanie, a rynek LNG przez kolejne 10 lat będzie rynkiem kupującego, wydaje się, że priorytetem może być rozbudowa Świnoujścia. Zwłaszcza że negocjacje z Norwegami o dostawach można zacząć od kontraktu na LNG, a po 2020 r. przenieść się na Baltic Pipe. ©

>>> Polecamy: Fala protestów trzęsie Francją. Na stacjach benzynowych brakuje paliwa