Bukmacherzy oceniają szansę wyjścia Wielkiej Brytanii z UE ledwie na 31 proc., a tu przecież wchodzą w rachubę prawdziwe pieniądze (bukmacherzy nie lubią tracić, choć zdarzają się im wpadki, np. kiedy Leicester City zdobył mistrzostwo Anglii w piłce nożnej). Z kolei jeśli popatrzymy na sondaże, to w badaniach telefonicznych, w których pytanie zadaje człowiek, również znacząco przeważają głosy za pozostaniem w UE (w przypadku ostatniego telefonicznego sondażu „Guardiana” – o 10 proc.). W przypadku sondaży internetowych przewaga przeciwników opuszczenia Unii jest skromniejsza (w ostatnim internetowym sondażu „Guardiana” było to 3 proc.). W obu przypadkach wykorzystano podobną metodę doboru próby. Czyżby Brytyjczycy cierpieli na schizofrenię? Tak, ale nie w większym stopniu niż inne narody.

Przede wszystkim trzeba uczciwie przyznać, że UE daje swoim obywatelom wiele powodów do zaniepokojenia. To niezdolność do poradzenia sobie z kryzysem migracyjnym i żenujące porozumienie z Turcją; ignorowanie opinii publicznej w wielu kwestiach, m.in. w sprawie umowy TTIP; uleganie międzynarodowym lobbystom w kwestiach dotyczącym GMO i zgoda na niedopuszczalne praktyki koncernów, takich jak Monsanto; ukrzyżowanie Grecji i złożenie jej w ofierze na ołtarzu oszczędności; proponowane kary dla Hiszpanii i Portugalii za deficyt budżetowy mimo braku wzrostu gospodarczego i utrzymującego się wysokiego bezrobocia; niezdolność do poradzenia sobie z korupcją i przestępczością w Bułgarii i Rumunii lub autorytaryzmem na Węgrzech oraz, z żalem muszę powiedzieć, w Polsce. Wszystko to daje podstawy do poważnego niepokoju.

Niepokój ten przejawia się na różne sposoby, od wzrostu popularności skrajnej prawicy we Francji i w Austrii po stworzenie przez byłego ministra finansów Grecji Janisa Warufakisa paneuropejskiego ruchu na rzecz demokratyzacji Europy DiEM15, który stanowi ostatnią desperacką próbę przywrócenia w UE demokracji i przejrzystości i utrzymania przy życiu europejskich ideałów. W Wielkiej Brytanii przejawem tego niepokoju jest referendum w sprawie pozostania w UE, które organizuje premier David Cameron, by w ten egoistyczny sposób rozwiązać wewnętrzne problemy własnej partii.

>>> Czytaj też: Coraz więcej Brytyjczyków chce zostać w UE. Największa od stycznia przewaga przeciwników Brexitu

Panującą w Zjednoczonym Królestwie ignorancję w kwestiach Unii Europejskiej pogarszają media, interesujące się głównie błahostkami, oraz ich antyunijnie nastawieni właściciele. Wszystkie główne gazety, z wyjątkiem „Guardiana” i  popularnego tabloidu „The Mirror”, entuzjastycznie popierają pomysł wyjścia z UE. Niestety, uprzedzenia nie ograniczają się do rozważań redaktorów i działu opinii. Wiadomości dotyczące Unii są wypaczane – i taki stan rzeczy trwa od dawna. Nawet Alistair Campbell, jeden z niesławnych speców od propagandy za czasów Tony’ego Blaira, był zmuszony powiedzieć, że choć od dłuższego czasu wiedział, że brytyjska prasa znajduje się w godnym pożałowania stanie, to obecny poziom zgorszenia jest szokujący – „z tak ślepej antyunijnej propagandy mogłaby być dumna radziecka komunistyczna »Prawda«”.

Polityczna walka rządzi się własnymi prawami, lecz celowe zniekształcanie i ignorowanie informacji to całkiem inna sprawa. Prawda jest taka, że za wyjściem z Unii Europejskiej nie przemawia żaden argument, źródłem którego nie jest ignorancja lub tęsknota za dawną imperialną wielkością. Problem polega na tym, że istniejąca sytuacja, łagodnie mówiąc, różowa nie jest. Mało kto nie zgodzi się z tym, że Unia Europejska wymaga gruntownej reformy, choć kształt tej reformy trzeba przedyskutować. Przede wszystkim Unia powinna zbliżyć się do swojego europejskiego elektoratu.

Brexitu nie popiera żadna wiarygodna opinia. Do spojrzenia na problem z szerszej perspektywy wzywają brytyjskich wyborców liczne międzynarodowe autorytety, w tym papież, arcybiskup Canterbury i prezydent USA Barack Obama. Zaniepokojenie możliwym wyjściem z UE wyraża brytyjski przemysł, od Rolls-Royce’a po instytucje finansowe w londyńskim City; przed ogromnymi kosztami tego posunięcia ostrzegają skarb państwa i Bank Anglii. Zagrożone jest utrzymanie przez Wielką Brytanię Gibraltaru i Falklandów, o możliwych konsekwencjach dla bezpieczeństwa mówią szefowie służb specjalnych i wojsko.

Wielka Brytania już ponosi straty ekonomiczne z powodu możliwego wyjścia z Unii. Zmniejszyły się inwestycje, co spowolniło wzrost gospodarczy, spadł kurs funta, zaufanie do brytyjskiej gospodarki, według ostatniej oceny agencji Deloitte, jest najniższe wśród wszystkich państw europejskich. Tymczasem duch Dunkierki, pozwalający przekuć porażkę w zwycięstwo (ewakuacja armii brytyjskiej i jej sojuszników spod Dunkierki na początku II wojny światowej jest jednym z mitów założycielskich współczesnej Wielkiej Brytanii), nadal napędza przewodniczącego Partii Niepodległości Zjednoczonego Królestwa Nigela Farage’a i innych zwolenników Brexitu.

Kolejne dowody na to, że wystąpienie z Unii szkodzi brytyjskim interesom, pojawiają się tak szybko, że śmiem twierdzić, pomijając możliwość nagłego katastrofalnego wydarzenia świadczącego o końcu UE, że bukmacherzy mają rację.

Istnieje, oczywiście, kilka problemów. W referendum nie będą mogli uczestniczyć Brytyjczycy mieszkający za granicą (mimo że Brexit w pierwszej kolejności dotknie właśnie ich), a ostatnie zmiany w prawie o rejestracji wyborców wykluczyły z udziału w głosowaniu około miliona obywateli, przeważnie młodych ludzi mieszkających poza domem, którzy zwykle są zwolennikami członkostwa w UE. Wyjście z Unii popiera niewielka grupa demograficzna, przede wszystkim Brytyjczycy po sześćdziesiątce i ludzie w średnim wieku z podstawowym wykształceniem, ale w tej grupie frekwencja najprawdopodobniej będzie bardzo wysoka.

Jednak na scenie pojawił się rycerz, który dołączył do obozu zwolenników pozostania w Unii Europejskiej – możecie mi wierzyć lub nie, lecz jest nim przywódca Partii Pracy Jeremy Corbyn. Partia prowadzi zdecydowaną kampanię za pozostaniem w UE. Corbyn to polityk cieszący się w Wielkiej Brytanii znaczącym zaufaniem i szacunkiem zarówno ze strony zwolenników, jak i przeciwników (choć nie jest lubiany przez skrzydło własnej partii związane z Tonym Blairem i media kontrolowane przez zagranicznych oligarchów, takich jak Rupert Murdoch). W odróżnieniu od tych, którzy nawołują do głosowania za status quo, odwołując się do strachu, Corbyn i jego zwolennicy podkreślają, że Unia Europejska pomoże osiągnąć sprawiedliwość społeczną. Inaczej mówiąc, tworzą pozytywny obraz UE jako potencjalnego mechanizmu poprawienia warunków życia zwykłych Europejczyków w  różnych aspektach – od ochrony środowiska po prawa człowieka. Uznając jednocześnie, że Unia ma wady.

>>> Czytaj też: Utrata 800 tys. miejsc pracy, spadek pensji, inflacja. Oto możliwe skutki Brexitu

Z takim postrzeganiem zgadzają się brytyjscy wyborcy. Dowodem może być niedawny wybór muzułmanina na burmistrza Londynu mimo odrażającej taktyki zastraszania wybranej przez jego przeciwnika z Partii Konserwatystów. Prounijna kampania laburzystów zaczęła się zaledwie tydzień temu, ale już wniosła wizję i świeże spojrzenie, których brakowało dotychczasowym mało zachęcającym apelom o pozostanie w Unii ze względów oportunistycznych.

A wracając do różnicy wyników telefonicznych i internetowych sondaży. To bardzo proste. Internetowy kwestionariusz ma rubrykę „nie wiem”, natomiast w sondażach telefonicznych lub podczas głosowania, odpowiadając na pytanie, czy jesteś za pozostaniem lub opuszczeniem Unii Europejskiej, niezdecydowani najczęściej opowiadają się za zachowaniem status quo. Dlatego poparcie dla pozostania w UE w internetowych badaniach jest niedoszacowane. Jeśli dodać do tego pojawienie się na scenie naszego rycerza, który może dodać trochę wigoru obozowi zwolenników Unii (i tym samym zwiększyć frekwencję), można śmiało zapowiedzieć, że zrzędliwa Wielka Brytania pozostanie w Unii Europejskiej. Co oznacza, że nie stracę 20 zł, które nieopatrznie postawiłem na taki wynik głosowania. Choć mogę się mylić i te 20 zł stracę, co byłoby dobrą nauczką za uleganie hazardowi.

>>> Miesiąc do Brexitu. Sprawdź, co cię czeka. Pobierz darmowy raport Forsal.pl