Ostatni rok dla przedsiębiorców, którzy zainwestowali w produkcję ekologicznego prądu, był zły, ale ostatnie dwa tygodnie to kompletna katastrofa.

W pierwszej połowie maja ceny zielonych certyfikatów trzeci raz w historii spadły do psychologicznej granicy 100 zł/MWh. Gdy w 2013 roku stało się tak po raz pierwszy, wystarczyła słowna interwencja ówczesnego wiceministra gospodarki Jerzego Pietrewicza, który poinformował o pracach nad wzrostem obowiązku umarzania zielonych certyfikatów (co podniosłoby popyt) i ich interwencyjnym skupem na giełdzie (co ograniczyłoby podaż). Odbicie cen wspierały także przeciągające się spory z Urzędem Regulacji Energetyki ws. wydawania certyfikatów za energię pochodzącą ze współspalania biomasy (wytwórcy mieli problemy z wykazaniem zużycia i pochodzenia biomasy), co także ograniczało podaż.

>>> Czytaj też: Nadchodzi „La Nina”. Tej zimy może zabraknąć energii z OZE

Tym razem inwestorzy nie otrzymali jednak żadnego wsparcia. Ceny certyfikatów 12 maja przebiły barierę 100 zł/MWh i w ciągu kolejnych czterech sesji potaniały do 73,33 zł/MWh. We wtorek, 31 maja, świadectwa pochodzenia można było kupić na Towarowej Giełdzie Energii nawet po 68 zł/MWh. Od początku 2012 roku przecena certyfikatów wyniosła już 74%.
Powodem są ogromne zapasy zielonych certyfikatów u producentów energii. Ostatni gwałtowny spadek notowań może być efektem wyprzedaży tych zapasów np. przez inwestorów wycofujących się z Polski, czy szukających poprawy płynności. Łączny wolumen wystawionych, a jeszcze nie umorzonych świadectw pochodzenia to już niemal 26 TWh, podczas gdy tegoroczne zapotrzebowanie (pokrywające obowiązek 15% udziału zielonej energii) wyniesie ok. 19 TWh. Innymi słowy przez półtorej roku w Polsce moglibyśmy nie wytworzyć fizycznie ani jednej kilowatogodziny „zielonej” energii, a liczba certyfikatów dostępnych na rynku i tak by wystarczyła aby sprzedawcy energii wywiązali się z obowiązku 15% udziału zielonej energii w sprzedaży do klientów.

Problem w tym, że większość instalacji musi wytwarzać energię, otrzymując i sprzedając certyfikaty, aby spłacać zaciągnięte kredyty inwestycyjne. Ponadto Polska nie wywiąże się ze swojego celu udziału energii ze źródeł odnawialnych w 2020 rok w oparciu o certyfikaty, ale realną produkcję zielonej energii.

Niepewny popyt na „rynku” certyfikatów

Niepewność rynku podsyca dodatkowo, uchwalona rok temu, ustawa o odnawialnych źródłach energii. Przepisy określają bowiem popyt na zielone certyfikaty tylko do końca tego roku (sprzedawcy energii muszą kupić i umorzyć certyfikaty pokrywające 15% energii sprzedanej klientom). O obowiązku umarzania świadectw pochodzenia energii z OZE w 2017 roku i kolejnych latach zdecyduje dopiero rozporządzenie. Ministerstwo Energii nie miało jednak do tej pory czasu się nim zająć, a to od tego obowiązku zależeć będą ceny certyfikatów.
Portal WysokieNapiecie.pl ustalił nieoficjalnie, że urzędnicy Ministerstwa Energii będą chcieli, aby obowiązek umarzania świadectw pochodzenia rósł w kolejnych latach tak, aby podtrzymać ich ceny. Nie ma jednak jeszcze politycznej decyzji w tej sprawie. Pytany o to przez dziennikarzy portalu minister Krzysztof Tchórzewski mówił jedynie, że nie chce aby koszty systemu za bardzo obciążały odbiorców, a inwestorzy, którzy mają problem z obsługą zadłużenia inwestycji, powinni przejść do nowego systemu wsparcia, opartego na stałej cenie sprzedaży wywalczonej w aukcji.

Problem w tym, że w sytuacji utrzymywania się tak niskich cen certyfikatów, straty zacznie przynosić większość z instalacji OZE wybudowanych w ciągu ostatniej dekady. Jest mało prawdopodobne, że rząd będzie chciał zakontraktować na aukcjach tak duże wolumeny energii z istniejących już obiektów. W dodatku w tym roku ministerstwo planuje przeprowadzenie najwyżej jednej lub dwóch pilotażowych aukcji i to na nowe moce.

Kto jest w najgorszej sytuacji?

W transakcjach giełdowych sprzedawanych jest ok. 30% zielonych certyfikatów. W ten sposób zbywa je m.in. część dużych producentów energii z węgla zmieszanego z biomasą. Oni tracą największe pieniądze. W tym roku na TGE sprzedano certyfikaty potwierdzające wyprodukowanie 3 TWh zielonej energii, o łącznej wartości 330 mln zł. Jeszcze dwa lata temu za tę samą ilość zielonej energii producenci otrzymaliby wsparcie w wysokości 560 mln zł.

W najgorszej sytuacji są jednak drobni inwestorzy, np. właściciele małych elektrowni wodnych, pojedynczych turbin wiatrowych, czy biogazowni. Jeżeli spłacają kredyty dzięki sprzedaży certyfikatów na giełdzie, to mają niewielkie szanse na obsługę zadłużenia.

>>> Czytaj też: Jeśli nie Rosja, to co? PGNiG stawia na nowe źródła importu gazu

Teoretycznie bezpieczniej powinni się czuć ci inwestorzy, którzy na samym początku podpisali z lokalnym koncernem energetycznym wieloletnią umowę na łączną sprzedaż energii i zielonych certyfikatów. Takie umowy były zawierane z dyskontem, a więc z korzyścią dla grup energetycznych. Dawały jednak inwestorom stabilność, a bankom zabezpieczenie kredytu. Jednak gdy ceny certyfikatów zaczęły spadać, spółka należąca do katowickiego Tauronu wypowiedziała umowy swoim kontrahentom. Do dzisiaj nie zakończył się spór w tej sprawie. Inne koncerny energetyczne zachowały się bardziej fair, ale renegocjowały umowy. W efekcie właściciele „zielonych” elektrowni otrzymują coraz niższe wsparcie, co widać także w indeksie umów dwustronnych, prowadzonym przez TGE. On także spada już od początku 2014 roku. Podczas gdy trzy lata temu wynosił niemal 220 zł/MWh, to w tym roku spadł już do 155 zł/MWh.

Czy nowe przepisy pogrążą inwestorów? O tym w dalszej części artykułu na portalu WysokieNapiecie.pl

Autor: Bartłomiej Derski, WysokieNapiecie.pl