W trwającej właśnie kampanii referendalnej premier wspiera obóz zwolenników pozostania w Unii Europejskiej. Jednak wielu konserwatywnych polityków, w tym byli i obecni ministrowie, namawia Brytyjczyków do zagłosowania za odejściem z Unii. Siłą rzeczy wywołuje to tarcia wewnątrz partii. Do niedawna jednak torysi nie pozwalali sobie na mocną, publiczną krytykę swojego premiera. To oznacza, że wraz z walką o rząd dusz przed referendum toczy się walka o przywództwo w Partii Konserwatywnej.

Na trzy tygodnie przed referendum brexiterzy postanowili skoncentrować się w swoim przekazie na gorącej dla Brytyjczyków kwestii – imigracji. Moment na uderzenie wybrali doskonały, bowiem w ubiegłym tygodniu brytyjski urząd statystyczny opublikował najnowsze dane dotyczące migracji. Wynika z nich, że w 2015 r. saldo wyjazdów i przyjazdów w Wielkiej Brytanii wyniosło 333 tys. Chociaż wartość ta nie różni się bardzo od wyniku z kilku ostatnich lat, zwolennicy wyjścia z UE traktują to jako dowód na porażkę polityki migracyjnej Davida Camerona, który obiecywał ograniczenie salda migracji do poziomu 100 tys. osób rocznie.

Samo złożenie takiej obietnicy Boris Johnson, były burmistrz Londynu, wielokrotnie nazywał „cynicznym”. – Obietnicy tej nie da się zrealizować, dopóki Wielka Brytania jest w Unii Europejskiej, a porażka w jej spełnieniu stanowi poważny uszczerbek dla publicznego zaufania do polityki – napisał wspólnie z ministrem sprawiedliwości Michaelem Gove’em w liście otwartym opublikowanym w niedzielę na łamach „The Sunday Times”.

Tego samego dnia na stronach dziennika „The Telegraph” zaatakowała minister pracy Priti Patel. Zarzuciła liderom kampanii na rzecz pozostania w UE brak wrażliwości na codziennie problemy mniej zamożnych Brytyjczyków. – Jeśli ktoś dysponuje sporym majątkiem albo pracuje dla banku Goldman Sachs, nie będzie miał problemu. Ale jeśli dostęp do usług publicznych nastręcza coraz więcej trudności, to najbardziej narażeni są ci, którzy nie mają luksusu opłacenia sobie alternatywnych rozwiązań – napisała Patel. Chociaż w tekście nie padają nazwiska, jest to oczywiste nawiązanie do premiera i kanclerza skarbu George’a Osbourne’a, polityków wywodzących się z majętnych rodzin.

Brexiterzy poszli za ciosem i przedstawili własny plan reformy migracyjnej, która miałaby zostać wprowadzona po rozwodzie Londynu z Brukselą. Zakłada ona rozciągnięcie obecnego systemu punktowego stosowanego względem osób spoza Europejskiego Obszaru Gospodarczego na wszystkich imigrantów, włącznie z obywatelami Unii. System ten uzależnia otrzymanie wizy od liczby punktów przyznanych – w zależności od kategorii, których są cztery – od takich czynników jak wykształcenie, doświadczenie zawodowe, znajomość angielskiego czy majątek. System ten, podobnie do stosowanego w Australii, premiuje „pożądanych” imigrantów, przyznając im dodatkowe punkty np. za uprawianie zawodu znajdującego się na rządowej liście profesji deficytowych. Zwolennicy wyjścia z UE zapowiedzieli również chęć obniżenia lub zniesienia VAT od energii elektrycznej i gazu ziemnego nabywanego przez gospodarstwa domowe.
Strategia ta może przynosić efekty, bowiem w dwóch sondażach – telefonicznym i internetowym – przeprowadzonymi przez firmę ICM dla dziennika „The Guardian” przewagę mieli zwolennicy opuszczenia Unii. Trudno jeszcze mówić o stałym, sondażowym trendzie, tym bardziej że opublikowane wczoraj wyniki sondażu internetowego przeprowadzonego dla dziennika „The Times” pokazywały, że głosy za i przeciw Brexitowi rozkładają się równomiernie.
Oczywiście publiczna krytyka premiera i jego polityki służy nie tylko walce o wynik referendum, ale także walce o przywództwo w Partii Konserwatywnej. Kwestia referendum mocno bowiem podzieliła torysów, a w partii nie brakuje zagorzałych krytyków obecnego premiera. Jeden z nich – poseł Andrew Bridgen – oznajmił w weekend w wywiadzie radiowym, że już w tej chwili nie miałby problemu ze zdobyciem 50 poselskich podpisów pod wnioskiem o wotum zaufania dla gabinetu Camerona. Biorąc pod uwagę, że torysi dysponują w Izbie Gmin większością zaledwie 16 głosów, premierowi byłoby bardzo trudno wyjść z tej potyczki z tarczą.

>>> Coraz bliżej do referendum ws. Brexitu. Sprawdź, co cię czeka. Pobierz darmowy raport Forsal

Brytyjscy publicyści spekulują, że dni premiera mogą być policzone – zwłaszcza jeśli w referendum niewielkim marginesem głosów zwyciężą zwolennicy pozostania w Unii. Nawet jeśli wściekłym partyjnym eurosceptykom nie udałoby się zmusić Camerona do ustąpienia, mogliby mu odmówić poparcia w Izbie Gmin, zmuszając premiera do stanięcia na czele rządu mniejszościowego. Ponieważ taka sytuacja byłaby nie do utrzymania, Cameron prawdopodobnie zgodziłby się na przyspieszone wybory. Podobnie mało prawdopodobne jest, żeby Cameron pozostał na stanowisku w razie zwycięstwa zwolenników opuszczenia Unii.

Niektórzy konserwatywni posłowie starają się jednak bagatelizować wewnętrzne problemy konserwatystów. Jacob Rees-Mogg w liście opublikowanym w połowie miesiąca na łamach „Financial Times” postawił tezę, że partii nie grozi rozłam, bo torysi nie będą kwestionować wyniku plebiscytu. Co więcej, szanse Camerona na pozostanie na stanowisku są nawet wyższe, jeśli wygrają zwolennicy opuszczenia UE, bowiem zwycięży wtedy świadomość, że potrzebny jest ktoś proeuropejski, kto uspokoi rządy na Starym Kontynencie odnośnie do brytyjskich priorytetów poreferendalnych. Poza tym, pisze poseł: „Brytyjczycy uwielbiają dzielnych przegranych”. Z tego samego względu w razie zwycięstwa obozu proeuropejskiego większe szanse na partyjne przywództwo ma eurosceptyk, aby zawczasu zahamować wszelkie tendencje ku ściślejszej integracji, jakie mogłyby się ewentualnie pojawić pod wpływem referendalnej euforii.

>>> Czytaj też: Szykuje się mieszkaniowy boom. Nowy program rządu zmusi deweloperów do obniżek cen?