Żaden inny kraj na świecie, w tym nawet Chiny, nie może się pochwalić tak wysokim dodatnim saldem w handlu zagranicznym. Pracownicy widzą w tym jednak zagrożenie, a nie sukces. To kosztem pracowników przedsiębiorcy odnoszą swoje eksportowe sukcesy – od dłuższego czasu alarmują niemieckie związki zawodowe i domagają się wyższych płac.

Niemiecki rynek pracy przestał być zorientowany na potrzeby pracowników, a zaczął na ich aktywizowanie po reformach wprowadzonych pod patronatem Gerharda Schrödera. To one odwróciły filozofię niemieckiego rynku pracy.

Nawet nisko płatna praca miała się bardziej opłacać niż życie z zasiłków socjalnych. Dlatego je zmniejszono i zmieniono zasady wypłacania. O ile wcześniej osoby powyżej 55. roku życia, które straciły pracę, otrzymywały zasiłki dla bezrobotnych przez 32 miesiące, to okres ten skrócono do 18 miesięcy. Dawne uprawnienia sprawiały, że część pracobiorców korzystała z nich jako możliwość de facto wcześniejszego przejścia na emeryturę. Przedsiębiorstwa częściej mogły zatrudniać pracowników na umowy, od których nie odprowadzono pełnych składek na ubezpieczenie społeczne (tzw. mini jobs), powstały możliwości większego zatrudniania pracowników tymczasowych, a system porozumień taryfowych został osłabiony poprzez liczne wyjątki na korzyść pracodawców.

Wszystko to sprawiło, że realne płace w Niemczech spadły, zaś niemieckie towary stały się za granicą bardziej atrakcyjne cenowo. W ostatniej dekadzie wartość nadwyżki niemieckiego eksportu nad importem wyniosła łącznie ponad 1,84 biliona euro!

Na układ sił w niemieckiej gospodarce skarżą się jednak zagraniczni konkurenci – domagają się zmian. Ich zdaniem Niemcy sprzedają swoje towary poniżej wartości i niszczą w ten sposób inne przedsiębiorstwa.

Wielu ekspertów uważa też, że to właśnie rosnąca nadwyżka Niemiec w handlu z krajami strefy euro doprowadziła do kryzysu zadłużeniowego w strefie euro. Niedawno prezes Europejskiego Banku Centralnego Mario Draghi stwierdził, że EBC zmuszony jest to prowadzenia polityki rekordowo niskich stóp procentowych z powodu niemieckiej nadwyżki w bilansie płatniczym. Wywołało to furię niektórych ekonomistów w Niemczech, którzy uznali te opinie za „śmieszne, groteskowe i nieodpowiedzialne”.

Ale czy rzeczywiście te zarzuty nie mają uzasadnienia? Ostatni raz deficyt w handlu zagranicznym RFN odnotowała w 1951 r. Zaś w ubiegłym roku dodatnie saldo w wymianie handlowej z czterema południowymi krajami strefy euro (Hiszpanią, Portugalią, Włochami i Grecją) wyniosło ponad 26 mld euro.

By debata stała się bardziej rzeczowa, pod egidą Bundesbanku powstało specjalne opracowanie autorstwa ekonomistów Timo Bettendorfa i Miguela León-Ledesmy. Zanalizowali oni wpływ niższych płac w Niemczech na salda na rachunkach bieżących dziewięciu krajów eurogrupy w latach 1992-2007.

Ich główny wniosek: osłabienie pozycji pracowników w Niemczech nie ma jednorodnego wpływu na bilanse płatnicze poszczególnych państw. O ile poprawia się saldo Niemiec (co jest oczywiste), a także Hiszpanii, Francji i Finlandii, to gorsze wyniki odnotowują Holandia i Grecja.

Według tych samych wyliczeń bilanse płatnicze Austrii, Włoch i Portugalii były odporne na sytuację na niemieckim rynku pracy. Zdaniem autorów analizy Bundesbanku poszczególne kraje nie tylko konkurują ze sobą na rynkach, ale również współpracują w różnych rolach w międzynarodowym łańcuchu tworzenia wartości. Po dokonaniu dodatkowych obliczeń doszli oni do wniosku, że „niemieckie ograniczenia płacowe nie są głównym powodem nierównowag w międzynarodowych stosunkach gospodarczych w strefie euro”.

„Nagonka na Niemcy prowadzi prosto na manowce” – triumfalnie komentował badania analityków Bundesbanku dziennik „Die Welt”. Jego zdaniem przypisywanie Niemcom winy za kłopoty gospodarcze innych państw nie ma żadnych podstaw. „Ci, którzy nas oskarżają, nie chcą uczynić europejskich firm lepszymi, ale chcą sprawić, by niemieckie przedsiębiorstwa stały się gorsze. To nikomu nie służy, bo konkurencyjna niemiecka gospodarka potrzebna jest także południowej Europie. Poza tym punktem odniesienia powinna być nie strefa, ale gospodarka światowa i rywalizacja z krajami spoza UE” – oceniał sytuację „Die Welt”.

Stawka jednak jest zbyt wielka, by jedno badanie i komentarze konserwatywnego dziennika mogły zakończyć debatę.

Nawet w Niemczech duma z niemieckich firm, które robią świetne biznesy za granicą, nie jest przez wszystkich podzielana. Poza związkowcami sceptycznie się jej przypatrują nawet niektórzy wybitni niemieccy ekonomiści.

„Niemiecki model funkcjonuje tylko dlatego, ze inne kraje zadłużają się w dramatyczny sposób. Gdyby tego nie robiły, nie mielibyśmy nadwyżki w bilansie płatniczym. A gdyby jeszcze zechciały zejść do zera z deficytem budżetowym, jak robi to Wolfgang Schäuble, to światowa gospodarka znalazłaby się w czarnej dziurze. Niemcy są po prostu pasażerem na gapę, który jedzie dzięki ekspansywnej polityce fiskalnej innych wielkich krajów” – tak sytuację w wywiadzie dla „Saarbrücker Zeitung” opisał niedawno prof. Peter Bofinger z Uniwersytetu w Würzburgu.

Jego zdanie ma duże znaczenie, bo Bofinger jest członkiem pięcioosobowej tzw. rady mędrców raz w roku przedstawiającej raport o stanie niemieckiej gospodarki, do którego rząd federalny musi się oficjalnie ustosunkować. Opinia profesora to nie jest jeszcze rekomendacja całej rady i z pewnością nie wystarczy, by minister Schäuble zmienił swoje preferencje i zrezygnował z oszczędnościowej polityki. Nie może jednak jej zlekceważyć. Prof. Bofingerowi po drodze jest bowiem ze związkami zawodowymi i podobnie jak one opowiada się on za zwiększeniem roli instrumentów propopytowych w polityce gospodarczej.

Wliczając najmniejsze wyspy na Karaibach Niemcy prowadzą handel z 240 krajami. 180 sprzedają więcej niż od nich kupują. Spośród dużych partnerów handlowych tylko Chiny, Holandia i Rosja mogą pochwalić się nadwyżką handlową wobec Niemiec. Nie może więc dziwić fakt, że nie tylko niemieccy związkowcy i kraje południa UE domagają się korekt w polityce gospodarczej Berlina. Niedawno sekretarz generalny OECD Angel Gurría wezwała niemiecki rząd i sektor prywatny do większych nakładów na inwestycje.

Co ciekawe, w podobnym duchu wyraził się Stefan Bielmeier, główny ekonomista DZ Bank zrzeszającego ponad 900 banków spółdzielczych. „Pozytywny rozwój naszego bilansu płatniczego przykrywa strukturalne słabości niemieckiej gospodarki. Nasze oszczędności inwestowane są za granicą, a za mało wydajemy na inwestycje i konsumpcję w kraju. W ten sposób niewystarczająco wiele robimy, by niemiecka gospodarka sprostała przyszłym wyzwaniom” – pisał w prestiżowym tygodniku „Wirtschaftswoche”.

Niemiecka ekspansja handlowa nie mogła oczywiście pozostać niezauważona w świecie anglosaskim. USA i Wielka Brytania to kraje, które notują największe deficyty w handlu z Niemcami. Tylko w 2015 r. wyniósł on łącznie ponad 105 mld euro. Kampanijne sukcesy Donalda Trumpa i Berniego Sandersa sprawiły, że za oceanem coraz więcej się mówi o wspieraniu rodzimej produkcji i dbałości o miejsca pracy w Ameryce.

Nic więc dziwnego, że także obecna administracja Baracka Obamy czuła się zobowiązana, by ostrzej wystąpić przeciwko niemieckiej polityce gospodarczej. Główny doradca ekonomiczny prezydenta USA Jason Furman w serii wywiadów dla niemieckich mediów przestrzegał Niemców, że tak silnie nastawienie na eksport nie służy nie tylko innym krajom, ale w dłuższym terminie zaszkodzi także samym Niemcom.

Możliwe, że także te słowa potraktowano by jako kolejne dobre rady, które można zignorować. Pod koniec kwietnia departament skarbu USA ogłosił jednak, że jest zaniepokojony rosnącą nadwyżką Niemiec w bilansie płatniczym i umieścił ten kraj na specjalnej liście. Niemcy znalazły się tam w towarzystwie m.in. Japonii, Chin i Korei. Praktyki handlowe tych krajów mają być monitorowane, a w razie braku zmian podjęte będą „odpowiednie działania”.

W latach 80. podobny konflikt z Japonią sprawił, że japońskie firmy musiały „dobrowolnie” ograniczyć swój eksport do USA. Możliwe więc, że zagranica wymusi na Niemcach zmianę polityki gospodarczej, z której oni sami będą ostatecznie najbardziej zadowoleni.

>>> Czytaj też: Banki na razie radzą sobie zaskakująco dobrze. O ich rentowności przesądzi zarządzanie marżą