A zdania, jak może wyglądać ten proces, są podzielone nawet wśród zwolenników Brexitu. Artykuł 50 Traktatu o UE mówi o co najmniej dwóch latach negocjowania wyjścia, ale wiadomo, że taki proces musi potrwać dłużej. Kiedy Grenlandia opuszczała EWG, choć negocjacje dotyczyły tylko jednej kwestii, czyli rybołówstwa, i tak trwały aż trzy lata.

Niektórzy politycy, jak Boris Johnson, mówią, że jeśli Brytyjczycy powiedzą „tak” wyjściu, powinien zostać wcielony wariant zerowy, czyli bardzo szybkie opuszczenie Unii. Mam nadzieję, że taka decyzja nie zostanie podjęta. Opcja zerowa mogłaby oznaczać natychmiastowe wypowiedzenie wszystkich regulacji, w  tym brytyjskiego wkładu do unijnego budżetu czy ochrony socjalnej dla pracowników z innych krajów unijnych. Pytanie, co to właściwie oznacza. Czy ci wszyscy pracownicy mieliby natychmiast wyjechać z Wielkiej Brytanii? Czy do Wielkiej Brytanii mieliby wrócić rezydenci Brytyjczycy, którzy kupili domy letniskowe w krajach UE? Co z City? Czy to mogłoby oznaczać kłopoty z realizacją transakcji w euro? Jak widać, taki scenariusz jest trudny nie tylko do wyobrażenia, lecz także do zrealizowania. Prawdopodobnie negocjacje trwałyby kilka lat, zapewne co najmniej do 2020 r. i w tym czasie brytyjska składka nadal płynęłaby do unijnego budżetu, a brytyjscy posłowie do tego czasu zasiadaliby w  europejskim parlamencie. Ale problemów, jakie będzie do rozwiązanie, byłoby sporo.

Duży dylemat to kwestia jednolitego rynku, bo nawet jeśli Wielka Brytania opuściłaby Wspólnotę, to nadal będzie chciała z nią handlować. Może dojść do paradoksalnej sytuacji, gdy będąc poza UE, nadal będzie musiała stosować większość jej przepisów, tak jak to czyni Norwegia. Brytyjczycy będą musieli zaakceptować większość unijnego prawodawstwa, bo bez tego ich produkty nie zostaną wpuszczone na unijny rynek. Oprócz tego grozi im jeszcze bariera celna. Konsekwencją Brexitu mogłaby być też utrata przez City roli finansowego centrum świata. Do tego mogą dojść kłopoty wewnętrzne: spór o granice między Irlandią i Irlandią Północną czy proeuropejskie sympatie Szkotów, które w przypadku wyjścia z UE mogą ponownie zadać pytanie o status Szkocji w Wielkiej Brytanii. Osobną kwestią byłaby negocjacja przez Wielką Brytanię umów handlowych z innymi państwami, które dziś są zawierane w  ramach Unii. Druga strona nie musi być zainteresowana dawaniem Brytyjczykom lepszych warunków niż dziś.

Konsekwencją Brexitu na pewno byłoby osłabienie UE. Pojawią się pomysły konsolidacji w ramach strefy euro, co dla nas – zwłaszcza przy obecnym, nieprofesjonalnym i pozbawionym sojuszników rządzie – mogłoby być niebezpieczne, bo doprowadziłoby do marginalizacji Polski. Już teraz pojawiają się głosy, że UE musi się ściśle zintegrować, a nasza część Europy – w tym Węgry czy Polska pod obecnymi rządami – ani tego nie chce, ani do tego nie pasuje. Są w UE politycy nam niechętni, którzy zostawiliby nas na marginesie, a PiS przy swojej dogmatycznej niechęci dotyczącej pogłębiania integracji może wpaść w tę pułapkę. To największe niebezpieczeństwo.

Brexit mógłby być dla nas szkodliwy także z innego powodu. Mamy z Wielką Brytanią podobne spojrzenie na wiele spraw: przeciwdziałanie protekcjonizmowi, stosunki z USA, twardą postawę wobec Rosji czy niektóre elementy polityki energetycznej. W wielu tych kwestiach mamy w Wielkiej Brytanii sojusznika, co równoważy naszą politykę wobec innych państw członkowskich. Bez Wielkiej Brytanii trudniej będzie bronić naszej racji stanu. Wielka Brytania nie powinna być naszym najważniejszym sojusznikiem strategicznym, jak chce PiS, ale powinna pozostać naszym ważnym partnerem. Kolejną potężną obawą jest to, że wyjście Wielkiej Brytanii mogłoby doprowadzić do pogłębienia kryzysu gospodarczego, a wtedy państwa naszego regionu byłyby narażone na odpływ kapitału. ©

>>> Polecamy: Brytyjczycy boją się referendum. Rośnie popyt na euro i dolary