Komercyjny sukces pomysłu Muska - pod względem zyskowności, nie wysokiej kapitalizacji rynkowej – zależy od technologii produkcji akumulatorów. Plany Muska dotyczące budowy solarnego imperium i sięgającej 32,3 mld dol. kapitalizacji rynkowej Tesli, zbudowane są na założeniu, że Tesla opracuje właściwą technologię produkcji baterii i nikt nie wejdzie na rynek z żadnym lepszym rozwiązaniem. Takie założenia są jednak bardzo niepewne.

Tani i niezawodny system magazynowania energii to najważniejszy element koncepcji zasilonego energią solarną domu, niezależnego od sieci energetycznej. Taki dom musi mieć dostęp do energii także wieczorem, kiedy słońce nie świeci. W domu jest przecież lodówka, klimatyzacja i inne urządzenia elektryczne. Do tego samochód Tesli ładujący się w garażu.

Cały dom potrzebuje więc bardzo dobrego akumulatora, a bateria Powerwall Tesli niekoniecznie spełni te wymagania. Choćby dlatego, że koszt energii, którą dostarcza, w tym amortyzacja, jest wyższy niż ceny prądu z sieci. Dodając do tego wysokie ceny samochodów Tesli, okazuje się, że nowy styl życia oferowany przez Muska jest drogi. Pod względem kosztów i wygody nie jest konkurencyjny w stosunku do tradycyjnego sposobu pozyskiwania energii.

>>> Czytaj też: „Nie dogonicie Elona Muska”. Za 10 lat Tesla będzie jedną z największych firm świata

Już wcześniej z powodu niskiego popytu Tesla zabiła mocniejsze wersje Powerwalla. Sam Solar City potrzebował dłuższego czasu, by ustalić w jaki sposób jego systemy fotowoltaiczne będą współpracować z baterią Tesli. W tym roku Tesla wprowadza na rynek nową wersję Powerwalla, jednak może być ona tylko odrobinę lepsza od poprzedniej.

Wydaje się, że Musk nie wierzy w żadną inną technologię działania baterii niż ta, która funkcjonuje w samochodach Tesli – przestarzałe litowo-jonowe akumulatory z ciekłym elektrolitem, których używa się od lat 90-tych. To właśnie nad tym będzie pracować gigafabryka Tesli w Newadzie. Tesla próbuje ulepszyć swoje akumulatory używając większej ilości krzemu zamiast grafitu w anodzie litowo-jonowej, aby zwiększyć pojemność baterii. To obiecująca droga, ale technologia produkcji akumulatorów jest dziś tak gorącym tematem, że setki zespołów na całym świecie pracują nad stworzeniem nowych metod produkcji lżejszych, tańszych i bardziej pojemnych baterii. Kilka tych pomysłów może okazać się bardzo obiecujących.

Nad udoskonalaniem litowo-jonowych akumulatorów pracują chociażby Nissan, Toyota czy Volkswagen. Rozwiązania Nissana wydają się zbliżone do pomysłów Tesli. Nie wiadomo, czy koncern używa już krzemu w akumulatorach nowego elektronicznego Leafa, ale ogłosił już, że Lear nowej generacji będzie w stanie przejechać dwa razy dłuższy dystans na naładowanym akumulatorze – ponad 200 mil. To mniej więcej tyle, co samochody Tesli.

Toyota i VW, które w 2014 roku kupiły udziały w produkującym akumulatory startupie QuantumScape, pracują nad technologią, która może zastąpić ciekłe elektrolity strukturami krystalicznymi. VW ogłosił już plany budowy jeszcze większej fabryki baterii niż Tesla. Oznacza to, że musi być pewny technologii, jaką dysponuje. Z kolei Dyson, producent odkurzaczy, który w zeszłym roku przejął spółkę Shakti3, zapowiada, że wprowadzi na rynek akumulatory o dwa razy większej gęstości energii niż teraz, Co więcej koszt ich wytworzenia będzie stanowił tylko jedną piątą kosztów obecnej technologii.

Jest wiele różnych innowacji na polu technologii akumulatorowej, które są traktowane jak przełomy mogące całkowicie zmienić całą branżę. Wśród najnowszych można wymieć chociażby aluminowo-grafitowo-jonowe baterie z Chin, sodowo-jonowe akumulatory opracowane przez brytyjską spółkę Faradion, czy litowo-powietrzne baterie, nad którymi pracuje wiele firm na świecie.

Musk przyznał ostatnio, że jego firma bacznie przygląda się około 60 różnym projektom na świecie, których celem jest stworzenie lepszej jakości baterii. „Oceniamy je w skali od jednego do pięciu. Pięć punktów oznacza, że powinniśmy robić z nimi biznes” – mówił Musk. Przyznał jednak, że na razie nie ma żadnych „piątek” ani „czwórek”. Jest tylko kilka „trójek”. Szef Tesli zapewnia jednak, że jeśli tylko jakaś przełomowa technologia pojawi się na rynku, z pewnością zostanie zaoferowana jego firmie.

Ciężko jednak uzasadnić takie przekonanie. Większe koncerny motoryzacyjne mają grubsze portfele i w przeciwieństwie do Tesli, która chce za udziały w Solar City zapłacić akcjami, mają mnóstwo gotówki. Poza tym, naprawdę innowacyjna firma technologiczna będzie chciała licencjonować swoją technologię innym firmom motoryzacyjnym, by zebrać pieniądze potrzebne na samodzielną produkcję akumulatorów. Przykładem może być mała hiszpańska spółka Graphenano – może ona stać się właścicielem patentu na produkcję tanich i szybko ładujących się nośników energii i preferować takie rozwiązanie zamiast współpracy Teslą.

Energetyczny przełom nie jest gwarantowany. Bardziej prawdopodobny jest fakt, że przez co najmniej kilka lat podobne technologie będzie oferować kilka firm. Nissan zaczyna doganiać Teslę i Panasonica pod względem jakości akumulatorów elektrycznych aut, a niemiecki Sonnenbatterie już sprzedaje domowe baterie, które z powodzeniem mogą konkurować z Powerwallem Muska. W takim otoczeniu Tesla nie jest już pewnym faworytem – ma ograniczone doświadczenie w masowej produkcji i nie dysponuje tak dużymi przypływami gotówki, jak jej rywale.

Musk pokazał nam przykład wyjątkowej biznesowej intuicji i postawił kilka śmiałych zakładów, które teraz procentują. Jednak cała struktura, jaką zbudował wokół przemysłu czystej energii, jest w istocie czystym, acz inspirującym hazardem.

>>> Czytaj też: Niespodziewany twist Tesli. Firma stawia na produkcję baterii