Część mieszających tam Polaków ma brytyjskie paszporty. Obok siebie mieszkają w tej dzielnicy polscy weterani drugiej wojny światowej i imigranci ekonomiczni, którzy przyjechali do Wielkiej Brytanii po 2004 roku, a polskie sklepy, restauracje i punkty usługowe widoczne są na każdym rogu.

Mieszkańcy Ealing, z którymi rozmawiała PAP, byli w czwartek mocno podzieleni co do tego, czy kraj powinien pozostać w Unii Europejskiej. Wielu ludzi jest zaniepokojonych skutkami imigracji po rozszerzeniu UE w 2004 roku; mówią o dużym obciążeniu sektora usług publicznych. Inni - wskazują na niebywałe bogactwo kulturowe, które nowo przybyli wnieśli do lokalnej społeczności.

"Wielu Europejczyków przyjeżdża tutaj i zabierają nam miejsca pracy, zgadzając się na płacę poniżej wszelkiej godności. Mieszają po pięć osób w pokoju, dwanaście osób w domu, oszczędzają na wszystkim - to nie ma żadnego sensu z punktu widzenia gospodarki. Poza tym jest nas po prostu za dużo - czasami wręcz trudno przejść ulicą, żeby nie wpadać na siebie nawzajem" - argumentowała Margaret, która głosowała przed południem w komisji wyborczej w Grove Hall, niedaleko stacji kolejowej Ealing Broadway.

Jej opinia jest charakterystyczna szczególnie dla starszego pokolenia mieszkańców dzielnicy, którzy nie odnajdują się w nowej, wielokulturowej rzeczywistości.

"Nasza społeczność tutaj zmieniła się kompletnie w ciągu ostatnich lat. W szkole mojego wnuka dzieciaki w klasie mówią szesnastoma różnymi językami - przecież tak się nie da uczyć w szkole" - tłumaczyła inna głosująca mieszkanka dzielnicy.

Wielka Brytania "powinna odzyskać kontrolę" - podkreśliła inna rozmówczyni PAP, powtarzając hasło kampanii za wyjściem z Unii Europejskiej. "Przy obecnym tempie imigracji do Wielkiej Brytanii, w pewnym momencie po prostu zabraknie tu miejsca, żeby normalnie żyć" - dodała kolejna mieszkanka Ealing.

Jak przyznała jednak, sama także czerpie korzyści z polskiej imigracji do Wielkiej Brytanii. "Moja fryzjerka jest Polką, zawsze jak się coś popsuje wzywamy polskiego technika - tu nie chodzi o was. Martwię się o przyszłość, szczególnie biorąc pod uwagę fatalne rządy gospodarcze Unii Europejskiej, zwłaszcza na południu Europy" - podkreśliła.

Jej argumentów zupełnie nie potrafią zrozumieć Brytyjczycy, którzy głosowali za pozostaniem kraju w Unii Europejskiej.

"Jestem bardzo mocno przekonana, że głos za dalszym członkostwem to właściwy wybór. Nie boję się imigracji - ona ma pozytywny wpływ na naszą lokalną społeczność" - powiedziała jedna z głosujących, oskarżając część mieszkańców o „zagubienie we współczesnym świecie, które przejawia się niezdrową ksenofobią”.

"Myślę, że nie powinniśmy stawiać się w sytuacji gospodarczej niepewności tylko po to, żeby udowodnić sobie, że jesteśmy silnym narodem i możemy przetrwać. Pewnie, że dalibyśmy sobie radę po wyjściu, ale to nie ma żadnego sensu" - frustrował się trzydziestokilkuletni Tim.

W głosowaniu biorą udział też Polacy, których w Ealing mieszka kilkadziesiąt tysięcy.

"Anglia jest potrzebna w Unii Europejskiej" - przekonywał w rozmowie z PAP Krzysztof, który od 15 lat mieszka w Londynie i kilka lat temu uzyskał brytyjski paszport. "Wiele osób, które pracują w mojej firmie budowlanej martwi się, że dzień po Brexicie zapadnie ciemność i wszyscy będziemy musieli wyjechać. Myślę, że nie ma się czego bać. Wszyscy Anglicy, których znam, są za pozostaniem i liczę na to, że rozsądek zwycięży" - tłumaczył tuż po oddaniu głosu w komisji wyborczej przy stacji Northfields.

Dwie Polki Marzena i Anna podkreślały, że nie boją się wyników referendum, bo niezależnie od tego, co się wydarzy, zamierzają pozostać w Wielkiej Brytanii. "Nie wyobrażam sobie, żeby nasz status jakoś się zmienił - mamy obywatelstwo, płacimy podatki, to nasz dom" - podkreślały. Obie zagłosowały jednak za dalszym członkostwem w Unii Europejskiej.

Szefem komisji w polskim kościele pod wezwaniem Najświętszej Maryi Panny był Thomas Marmaros, syn polskiego żołnierza Jerzego, który trafił do Szkocji z armią generała Maczka. "Widzę wielu Polaków z tzw. starszej Polonii, ale młodzi jeszcze zazwyczaj nie mają brytyjskiego paszportu, więc nie mogą głosować" - tłumaczył. Jak podkreślił, mieszkał w Ealing przez ponad 50 lat, więc doskonale widział, jak zmieniła się lokalna społeczność.

"Jak się idzie ulicą, to ciągle słyszymy Polaków. W prawie każdym sklepie, restauracji, kawiarni jest jakiś Polak lub Polka, więc zawsze można rozmawiać po polsku" - opisywał.

Pytanie tylko, czy właśnie ten fakt - tak miły mieszkającym tutaj Polakom - nie sprawi, że Ealing zagłosuje jednak w większości za wyjściem ze wspólnoty. Według badania YouGov w tej dzielnicy Londynu - pomimo napływu imigrantów - wciąż dominują eurosceptycy.

>>> Czytaj też: Orban do Brytyjczyków: maradjatok, zostańcie!