Pierwsze nadchodzące z kontynentu deklaracje nie brzmią optymistycznie. Widać w nich dużą dawkę emocji. Pamiętajmy jednak, że Wielka Brytania jest najstarszą nowożytną demokracją. Chociażby dlatego należy się liczyć z jej głosem. Brytyjczycy pokazali najwyraźniej, że maksyma James Carville (doradca prezydenta Clintona który w trakcie jego kampanii wyborczych wypowiedział słynne słowa: Gospodarka, głupcze!) nie zawsze musi się sprawdzać. Tym razem chyba nie poszło jedynie o gospodarkę. Oczywiście ktoś powie: napływ imigrantów. Ci jednak byli nieodłącznym elementem brytyjskiego krajobrazu od wielu lat, czy dziesięcioleci. Może tym razem poszło o nadużywanie hojnego systemu opieki społecznej przez imigrantów nowej fali. Być może. Śmiem jednak twierdzić, że prawdziwe przyczyny Brexitu leżą gdzie indziej.

Główną przyczyną było jednak zbyt szybkie dążenie do stworzenia unii politycznej na kontynencie. Dlaczego trzeba się wyzbywać swojej suwerenności na rzecz wspólnych instytucji europejskich? Dlaczego o przyszłości Wielkiej Brytanii mają decydować urzędnicy Komisji Europejskiej nie posiadający mandatu demokratycznego (nie wspominając o zrozumieniu spraw Wielkiej Brytanii). Jak można traktować poważnie urzędników europejskich, skoro sam Mario Draghi na ostatniej konferencji EBC w Wiedniu przekonywał, że członkostwo w unii walutowej (!) będzie korzystne dla Wielkiej Brytanii. Przecież taka deklaracja świadczy o całkowitym oderwaniu Draghiego od rzeczywistości.

Jeden największych filozofów napisał w swojej słynnej książce Bunt mas, że motorem napędowym rozwoju Europy był zawsze trójkąt o trzech wierzchołkach: Berlin, Paryż i Londyn. Trudno mówić o napawającym optymizmem przyszłości Europy, skoro od lat ignorowano głos tego ostatniego wierzchołka. A skoro tak, to nic dziwnego, że euroentuzjaści obudzili się dziś w bardzo minorowych nastrojach. Odstawmy jednak emocje na bok i przyjrzyjmy się zarówno przyczynom jak i skutkom wczorajszego referendum.

Czytaj dalej na stronach Obserwatora Finansowego