Porównania do samozagłady są w obecnej sytuacji dość banalne, ale ja chciałbym zwrócić Państwa uwagę na trochę inną sprawę. W swojej znakomitej książce poświęconej wybuchowi wielkiej wojny Christopher Clark pokazuje mechanizm, który zabójstwo arcyksięcia z incydentu zmienił w huragan. Brak komunikacji, narastająca spirala strachu, niepewność i brak zrozumienia intencji innych państw. Europejscy dyplomaci, zamiast spór zażegnać, w perfekcyjny sposób zamienili go w katastrofę.

Marek Tejchman

Marek Tejchman

źródło: DGP / Wojtek Gorski

Warto, żebyśmy uniknęli takiego błędu. Nie jesteśmy w XVII wieku – współczesne państwa są bardziej złożone i wielopodmiotowe. To nie czasy Hobbesa i jego Lewiatana. Polska w UE ma relacje nie z 27 jednolitymi bytami, ale z 27 podmiotami pełnymi wewnętrznych napięć. Warto, żebyśmy to zrozumieli i dostrzegli napięcia w państwie na kontynencie najsilniejszym – w Niemczech.

>>> Czytaj też: Szefowie dyplomacji Berlina i Paryża chcą superpaństwa zamiast UE

Republika Federalna Niemiec nie zniknie. Nie rozpłynie się w powietrzu wraz z końcem Unii. Niemcy są naszym sąsiadem już od 1000 lat i będą nim jeszcze długo po naszej śmierci. Nawet jeżeli Unia Europejska zniknie, będziemy sąsiadami jednej z największych gospodarek i społeczeństw świata. Musimy więc ułożyć wzajemne relacje. Żeby to jednak zrobić, trzeba zrozumieć, z kim rozmawiamy.

Naszym partnerem nie jest jakaś monolityczna magma mająca tylko jeden głos, ale jedno z najbardziej zróżnicowanych i wewnętrznie dynamicznych społeczeństw europejskich. Państwo federalne, w którym pomysły na politykę międzynarodową, gospodarczą czy społeczną poddawane są publicznemu dyskursowi. Warto dostrzec, że np. Zieloni, nawet jeżeli dalecy ideologicznie od obecnego rządu polskiego, są mu bliscy w kwestii stosunku do Rosji, warto zobaczyć podziały pomiędzy CDU i CSU, zrozumieć walkę o władzę w SPD i dostrzec, jak coraz bardziej radykalne wypowiedzi polityków tej partii są sposobem walki z jej trwającym lata osłabieniem.

Nie chodzi o to, żeby budować naszą politykę zagraniczną na partyjno-personalnej współpracy – to gra na krótką metę. Chodzi o to, by zrozumieć, że w ostatecznym rozrachunku rozmawiając z niemieckimi politykami, rozmawiamy z niemieckim społeczeństwem. Warto więc wykorzystywać jak najwięcej kanałów komunikacji, jasno i wyraźnie przedstawiać nasze stanowisko i w ten sposób bronić naszych interesów, rozumiejąc interesy partnerów. Warto mieć świadomość, że słowa, które słyszymy na arenie międzynarodowej, adresowane są przede wszystkim do odbiorców w kraju, trzeba więc podchodzić do nich z dystansem. Jeżeli zabraknie nam zimnej krwi i zrozumienia rzeczywistości, może to się źle skończyć. Drugie Sarajewo raczej nam nie grozi, ale w Europie historia lubi płatać figle.

>>> Czytaj też: Woś: To my uratowaliśmy Niemcy przed problemami