Reforma ustroju szkolnego ma się zacząć już od 2017 r. – wtedy MEN zacznie wygaszać gimnazja. W ich miejsce pojawi się ośmioklasowa szkoła powszechna. Resort wydłuży też liceum oraz technikum – do czterech i pięciu lat. Łącznie liczba lat nauki pozostanie taka sama – 12 dla licealistów oraz 13 dla uczniów, którzy wybiorą technikum. Ile będą kosztować zmiany? W czasie prezentacji reformy minister Anna Zalewska wyjaśniała, że „zmiana będzie bezkosztowa”. Samorządowcy, dyrektorzy i politycy opozycji mają jednak duże wątpliwości.

Pierwszy poważny koszt będzie się wiązał z dopłatą na sześciolatki. Choć nie będzie dla nich obowiązku szkolnego, samorządy dostaną środki na ich edukację. – Obojętnie, czy sześciolatek będzie w przedszkolu, czy w szkole, subwencja na niego będzie wynosić 4,3 tys. zł – zapewniła minister podczas prezentacji reformy edukacji. MEN będzie zatem zmuszone dopłacić samorządom o 1,6 mld zł rocznie więcej.

Oznacza to wydatek na dodatkowe 380 tys. dzieci w systemie edukacji. Skąd MEN weźmie pieniądze? Nie wiadomo. W planach reformy nie znalazło się bowiem nawet jedno słowo na temat zwiększenia wydatków budżetowych na oświatę.

Krystyna Szumilas, była minister edukacji w rządzie Donalda Tuska, zwraca uwagę, że problem pojawi się dopiero wtedy, kiedy reforma edukacji będzie już kompletna – w 2023 r., gdy uczniami wypełnią się już czteroletnie licea i pięcioletnie technika. – To odroczony rachunek, z którym będzie musiał zmierzyć się następny rząd – uważa. – Obietnica złożona przez minister to zwodzenie samorządów, które na razie dostaną podobne pieniądze co przed ogłoszeniem reformy – przekonuje. A nawet nieco mniejsze. Gdyby sześciolatki były w szkole, gminy otrzymałyby za nie po 5,3 tys. zł. Teraz dostaną o tysiąc złotych mniej. To oznacza dla nich stratę ponad 380 mln zł.

Dodatkowy rocznik to niejedyny koszt reformy. MEN musi do 2017 r. opracować nowe podstawy programowe. – Wdrożenie poprzednich kosztowało ok. 50 mln zł – przypomina Magdalena Kaszulanis, rzeczniczka Związku Nauczycielstwa Polskiego. Jaki będzie ostateczny koszt wprowadzenia programów dla nowych szkół – to niewiadoma. Z dokumentów, do których na początku roku dotarł DGP, wynikało, że MEN zamierza wydać do 2019 r. tylko na przygotowanie podstaw programowych 17,3 mln zł. Środki mają pochodzić z programu operacyjnego POWER. Z niego również mają być finansowane szkolenia nauczycieli – łącznie MEN chce przeznaczyć na nie 1,1 mld zł. 270 mln zł ma kosztować cyfryzacja szkół, którą resort oświaty realizuje razem z Ministerstwem Cyfryzacji.

Główny koszt reformy MEN przerzuca jednak na samorządy, a zwłaszcza na gminy. To one będą musiały ponieść koszty restrukturyzacji sieci szkolnej tak, by znalazły się w niej ośmioklasowe powszechniaki, zamiast sześcioklasowych podstawówek i trzyletnich gimnazjów. Samorządowcy przypominają, że to samo działo się w 1999 r., kiedy gimnazja do systemu wprowadzano. Od tej pory gminy wydały 130 mld zł na ich budowę.

– Szkoły będą musiały zmieniać stan liczebny, więc potrzebne będą kolejne inwestycje. Każda zmiana wieku dzieci w szkole to także kolejne koszty. Można uważać to za błahą sprawę, ale placówki muszą przecież dostosować meble. Ledwie skończyły kupować mniejsze krzesła i ławki dla sześciolatków, a znów będą zaopatrywać się w większe – dla 13- i 14-latków – zwraca uwagę Marek Pleśniar z Ogólnopolskiego Stowarzyszenia Kadr Kierowniczych Oświaty.

Według założeń ministerstwa gminy oraz powiaty będą musiały znaleźć pieniądze na doszkalanie nauczycieli. Ma być to 1 proc. kosztów osobowych – czyli ponad 300 mln zł. Nauczyciele mają się przekwalifikować, aby móc podejmować w szkołach inne zadania niż samo nauczanie, na przykład według szacunków MEN ma przybyć w ten sposób 900 doradców zawodowych.

Jednak gminy czekają także oszczędności. Plan MEN zakłada łączenie gimnazjów ze szkołami podstawowymi, co oznacza zwolnienia dla ok. 7,5 tys. dyrektorów tych pierwszych szkół. Według danych serwisu Wynagrodzenia.pl średnia pensja dyrektora szkoły wynosi 5,6 tys. zł brutto, co rocznie oznacza dla gmin 500 mln zł więcej w ich budżetach. A to nie koniec zwolnień. – Szacujemy, że przy likwidacji każdego gimnazjum z pracą będzie musieli się pożegnać dyrektor, jedna osoba z administracji i jeden nauczyciel. To ostrożne wyliczenia – przekonuje Kaszulanis. Lekko licząc, to jednak kolejnych 500 mln zł oszczędności rocznie.

Możliwość przeprowadzenia zwolnień może być jedną z prawdziwych przyczyn likwidacji gimnazjów. Z wyliczeń MEN wynika, że przy obecnych nakładach na oświatę nie stać nas na utrzymanie tych szkół. – Od roku szkolnego 2005/6 liczba uczniów systematycznie spada, zmniejszając się o ok. 33 proc. w roku szkolnym 2016/17. Jednocześnie liczba etatów nauczycieli zmniejszyła się w tym samym czasie o 13 proc., a liczba gimnazjów w każdym kolejnym roku była większa niż w poprzednim – wyliczała minister.

W przyszłości wielkimi wygranymi zmiany będą powiaty. Kiedy reforma będzie już kompletna, do ich kasy będzie wpadać o 1,7 mld zł więcej, ponieważ będą prowadzić o rok dłuższe szkoły. Minister Zalewska nie ukrywa, że to był jeden z celów reformy. – Ratujemy powiaty, których finanse są w katastrofalnym stanie – mówiła, prezentując założenia zmian.