Najłatwiejszą i najbardziej realną opcją na pozostanie Szkocji w Unii Europejskiej jest secesja z Wielkiej Brytanii, ale i ona nie gwarantuje automatycznego bądź szybkiego członkostwa. Poza tym utrzymanie związków z Brukselą kosztem zerwania z Londynem wcale nie będzie dla Szkocji korzystne.

Po unijnym referendum, w którym większość Brytyjczyków opowiedziała się za wystąpieniem z Unii Europejskiej, ale większość Szkotów za pozostaniem w niej, premier autonomicznego rządu w Edynburgu Nicola Sturgeon zapowiedziała, że zrobi wszystko, by Szkocję w UE utrzymać. W zeszłym tygodniu powołała zespół ekspertów z różnych dziedzin, którzy mają ocenić i doradzić, w jaki sposób najlepiej zabezpieczyć szkockie interesy, i pojechała do Brukseli, gdzie rozmawiała z szefem Komisji Europejskiej Jean-Claude Junckerem i przewodniczącym Parlamentu Europejskiego Martinem Schulzem. Konsultowała także temat wspólnej strategii z władzami Londynu, Irlandii Północnej i Gibraltaru, czyli tych obszarów, gdzie przewagę uzyskali zwolennicy pozostania w UE. Jednak mimo sympatii i zrozumienia dla szkockiej sprawy unijni urzędnicy nie chcieli składać żadnych obietnic. – Ani Donald Tusk, ani ja nie mamy zamiaru ingerować w wewnętrzny brytyjski proces, który jest poza naszym zakresem kompetencji – oświadczył Juncker.

Sturgeon na razie bardzo ostrożnie mówi o przeprowadzeniu nowego referendum w sprawie niepodległości, wspominając tylko, że jest to jedna z opcji branych pod uwagę. Ale zdaniem ekspertów, którzy wystąpili przed parlamentarną komisją ds. europejskich i zewnętrznych, choć można próbować wszystkich opcji, w tym wynegocjowania specjalnego statusu dla Szkocji, mało prawdopodobne, by to się udało i najprostszą drogą do pozostania w Unii jest niepodległość. – Warto się temu przyjrzeć, choć w tym momencie trudno mi sobie wyobrazić, by Szkocja mogła być jednocześnie w Wielkiej Brytanii i Unii Europejskiej, a nie w jednej albo drugiej – mówiła Kirsty Hughes z organizacji Friends of Europe.

Niepodległa Szkocja byłaby w świetle prawa międzynarodowego zupełnie nowym państwem, zatem musiałaby się dopiero ubiegać o przyjęcie do różnych organizacji, w tym do Unii Europejskiej. Już przed referendum niepodległościowym w 2014 r. Komisja oraz kilka państw członkowskich ostrzegało władze w Edynburgu, że nie mają co liczyć na przyspieszoną czy uproszczoną procedurę akcesyjną. Na dodatek Szkocja nie miałaby żadnych klauzul wyłączających, które wynegocjowała Wielka Brytania i byłaby zobligowana do przyjęcia euro. Stąd też pojawiły się rozważania, czy Szkocja mogłaby zostać uznana przez Unię Europejską za sukcesora Wielkiej Brytanii. To oznaczałoby, że nie opuszczałaby ani na chwilę UE, tylko automatycznie przejęłaby miejsce Londynu. O ile od strony prawnej takie rozwiązanie wydaje się teoretycznie możliwe, szczególnie że Bruksela w czasie kryzysu zadłużeniowego nieraz naginała w razie potrzeby prawo, to politycznie wymagałoby to dużo dobrej woli ze strony pozostałych państw członkowskich. A z tym będzie trudniej. W zeszłym tygodniu premier Hiszpanii Mariano Rajoy i prezydent Francji Francois Hollande oświadczyli, że Brexit oznacza, że cała Wielka Brytania wychodzi z UE i nie podlega to dyskusji. Ich stanowisko poprą też szefowie innych krajów, w których istnieją ruchy separatystyczne.

Szkoci zastanawiają się też, czy możliwe jest, aby zostając w składzie Wielkiej Brytanii, nie wychodzili z Unii. Pewien precedens w historii już jest, bo Grenlandia, która stanowi autonomiczną część Królestwa Danii, w latach 80. wyszła ze Wspólnot Europejskich, podczas gdy metropolia w nich pozostała. Oczywiście tu sytuację komplikuje fakt, że to metropolia zamierza z Unii wyjść, a część składowa pozostać, ale w razie potrzeby jakąś konstrukcję prawną można by stworzyć. Sprawa jednak i tak rozbije się o brak woli politycznej ze strony państw obawiających się własnego rozpadu jak Hiszpania.

Najpewniejszą opcją pozostaje zatem secesja. Po referendum unijnym faktycznie wzrosło poparcie Szkotów dla niepodległości, ale nie jakoś zdecydowanie. Według dwóch w miarę wiarygodnych sondaży wynosi ono – wyłączając głosy niezdecydowanych – 52 i 54 proc. To za mało, by Sturgeon forsowała referendum, bo nie ma pewności, że je wygra, a druga porażka przekreśliłaby temat niepodległości Szkocji na długie dziesięciolecia. Zresztą pomijając argumenty emocjonalne, Szkotom bardziej powinno zależeć na utrzymaniu dobrych relacji gospodarczych z resztą Zjednoczonego Królestwa niż z Unią. 65 proc. szkockich obrotów handlowych przypada na resztę kraju, podczas gdy UE odpowiada tylko za 15 proc. Niepodległość oznaczałaby, że Szkocja pozostanie we wspólnym unijnym rynku, ale znacznie ważniejsze dla niej relacje z resztą Wielkiej Brytanii ucierpią wskutek wprowadzenia odrębnej waluty, a być może także ceł i ucieczki części firm na południe wyspy. ©

>>> Polecamy: Rozpaczliwa walka o brytyjską gospodarkę. PKB kraju może spaść o 4,5 proc.