Moskwa zgromadziła w Kaliningradzie największe siły wojskowe od końca zimnej wojny. To niewielki terytorium leżące pomiędzy Polską a Litwą próbowało stać się po tym okresie bramą dla europejskich inwestycji. Po zmianie rosyjskiej polityki z ostatnich lat zaczyna jednak znowu spełniać rolę podobną do tej, którą pełniło w okresie istnienia ZSRR.

Różnica polega oczywiście na tym, że kraje bałtyckie są obecnie członkami NATO, a nie państwami znajdującymi się w strefie wpływów Związku Radzieckiego. Jak Sojusz ma je chronić? Było to teoretyczne pytanie, aż do momentu aneksji Krymu przez Rosję w 2014 roku.

Geograficzne położenie państw bałtyckich, które są odcięte od innych członków NATO przez Kaliningrad, czyni z nich przerośniętą współczesną wersją Berlina Zachodniego, który w okresie Sowieckiej blokady z lat 1948-49 musiał liczyć na utworzenie przez NATO specjalnego powietrznego mostu. Litwa, Łotwa i Estonia są z jednej strony zbyt wyeksponowane na Rosję, by je skutecznie bronić, z drugiej natomiast zbyt ważne, by Sojusz mógł zlekceważyć ich sytuację. Zaatakowanie któregokolwiek państwa bałtyckiego teoretycznie spowodowałoby wybuch wojny NATO-Rosja.

Aby pokazać Kremlowi swoją zdolność do obrony państw bałtyckich NATO planuje rozmieścić w regionie cztery rotacyjne bataliony. Chociaż nigdy nie miało tam tak dużych sił, byłyby one wciąż znacznie skromniejsze od rosyjskich, które znajdują się po drugiej strony granicy.

Rosja przeznaczyła na zbrojenia do 2020 roku kwotę ok. 313 mld dol. Tak duże wydatki argumentuje potrzebą reakcji na wzmożone działania NATO w pobliżu jej granic. W maju ogłosiła, że utworzy dwa nowe oddziały w regionie zachodnim i jeden w południowym. Oznaczałoby to, że w regionie Morza Bałtyckiego na 4 tys. żołnierzy NATO przypadnie aż 30 tys. rosyjskich. W obliczu tego przyłączenie się do Sojuszu planują neutralne w okresie zimnej wojny Szwecja i Finlandia.