PAP: Jak daleko powinniśmy cofnąć się, aby zrozumieć to co stało się na Wołyniu? Czy takie wydarzenia jak zamordowanie przez ukraińskich nacjonalistów ministra Bronisława Pierackiego można z dzisiejszej perspektywy jako swoistą zapowiedź wybuchu tego konfliktu?

Prof. Grzegorz Motyka: Do pewnego stopnia tak. Było to bowiem świadectwo używania przez nacjonalistów ukraińskich metod terrorystycznych. Pokazywało to radykalizm członków Organizacji Ukraińskich Nacjonalistów (OUN). Już wówczas zaczęły się pojawiać w OUN pomysły rozwiązania konfliktu z Polakami poprzez dokonanie czystki etnicznej.

Z drugiej jednak strony należy pamiętać, że dopiero II wojna światowa i zniszczenie państwowości polskiej umożliwiło antypolskie czystki. OUN przed wojną była małą formacją, nie cieszącą się wśród ukraińskiej społeczności dużym poparciem. Ponadto polskie władze potrafiły ją kontrolować i ograniczać jej działalność do pewnego minimum. Nie była ona wówczas zdolna do przeprowadzenia jakichkolwiek większych działań zbrojnych. Polska policja po zamachu na Pierackiego potrafiła dokonać bardzo szeroko zakrojonych aresztowań, zamrażając jej działalność na kilka lat.

PAP: W dyskusjach publicznych jest wiele nieporozumień wokół takich terminów jak banderowcy, UPA, OUN. Często może się wydawać, że to sam Stepan Bandera podejmował decyzję o rozpoczęciu tej ludobójczej akcji na Wołyniu. Spróbujmy nakreślić podziały wśród ukraińskich nacjonalistów i motywy podjęcia przez część z nich decyzji o działaniach, które zaowocowały Rzezią Wołyńską.

Prof. Grzegorz Motyka: OUN w 1940 r. podzieliła się na dwie frakcje nazywane od nazwisk ich przywódców Andrija Melnyka i Stepana Bandery melnykowcami i banderowcami. Ich profil ideowy był podobny, ale różniło je nastawienie wynikające z różnic pokoleniowych. Melnykowcy byli starsi, doświadczyli walki o niepodległość Ukrainy po I wojnie światowej. Banderowcy byli młodzieżą ukraińską, która nie wzięła udziału w tamtych wydarzeniach. Z tej przyczyny byli oni znacznie bardziej radykalni.

To w środowisku banderowców pojawił się pomysł rozwiązania problemów polsko-ukraińskich za pomocą czystki etnicznej. W sposób bezwzględny wprowadzili ten pomysł, ku konsternacji wielu melnykowców. Oddziały melnykowskie na Wołyniu brały udział w napadach na niektóre polskie miejscowości, jednocześnie jednak działacze OUN-M uważali, że generalna rozprawa z Polakami jest bezsensowna i odnosili się do niej z dystansem.

Mitem jest więc przekonanie, że wszyscy Ukraińcy wystąpili przeciwko Polakom. W rzeczywistości inicjatywa i organizacja czystek spoczywała od początku do końca w rękach kierownictwa OUN-B. Jest wiele świadectw na temat chłopów z Wołynia, którzy nawet jeśli sympatyzowali z postulatem niepodległości Ukrainy wysuwanym przez Ukraińską Powstańczą Armię to jednocześnie z dużym dystansem patrzyli na akcje, w których ginęli ich polscy sąsiedzi.

PAP: Czy jesteśmy w stanie oszacować skalę poparcia dla ukraińskich organizacji nacjonalistycznych?

Prof. Grzegorz Motyka: Według moich szacunków na Wołyniu i w Galicji Wschodniej wzięło udział w napadach na Polaków około 35-45 tysięcy Ukraińców. Proszę pamiętać, że społeczność zachodnioukraińska liczyła około pięciu milionów osób. To pokazuje różnicę pomiędzy stereotypowym spojrzeniem widzącym wszędzie antypolską nienawiść, a tym jak było naprawdę.

PAP: Jakie były reakcje Polskiego Państwa Podziemnego i władz na uchodźstwie na te wydarzenia? Wiele kontrowersji w dyskusjach polsko-ukraińskich wywołuje kwestia akcji odwetowych Armii Krajowej. Ukraińcy często zrównują je z działaniami UPA. Jak odnieść się do takich argumentów i porównań?

Prof. Grzegorz Motyka: Polskie Państwo Podziemne zostało zaskoczone tym, że ukraińskie podziemie zdecydowało się przeprowadzić tego rodzaju czystkę etniczną. Jednak wystarczy przejrzeć sztandarowe wydawnictwo „Armia Krajowa w dokumentach”, aby zorientować się, że już od lata 1943 r. nikt nie miał wątpliwości, że to banderowcy są sprawcami napadów. Trzeba przyznać, że w trakcie działań przeciw UPA nie ograniczano się do tradycyjnych działań wojskowych, ale miały również miejsce wypadki zemsty. Najbardziej spektakularny wymiar przybrały na Lubelszczyźnie w 1944 r. i w Rzeszowskiem na początku 1945 r.

W Lubelskim można wymienić przede wszystkim wydarzenia w miejscowości Sahryn, gdzie zginęło wielu ukraińskich cywilów. W działaniach w tym regionie nie chodziło wyłącznie o ślepą zemstę, ale też zastraszenie ludności ukraińskiej. Zakładano, że brutalność tej akcji wywrze wrażenie na upowcach i dojdzie do zahamowania antypolskich czystek w tym regionach.

Zbrodnie na ukraińskich cywilach nie dadzą się w żaden sposób usprawiedliwić, ale z całą pewnością nie można mówić o symetrii tych wydarzeń z działaniami UPA. Celem UPA była depolonizacja ogromnego obszaru kilku województw II RP, zaś po polskiej stronie wyłącznie zemsta i zastraszenie. Odwet dotyczył wyłącznie wybranych ukraińskich wiosek. Nie można więc mówić o symetrii działań polskiego i ukraińskiego podziemia.

Warto dodać, że poparcie dla UPA wzrosło gwałtownie po wkroczeniu na te ziemie Armii Czerwonej. Wówczas walka z Sowietami była jednoznacznie kojarzona jako coś dobrego i służącego odzyskaniu niepodległości.

PAP: Wśród Ukraińców poza osobami pozostającymi z boku tych strasznych wydarzeń było również wielu tzw. „ukraińskich sprawiedliwych”. Jak byli traktowani przez innych Ukraińców, czy spotykały ich represje ze strony nacjonalistów?

Prof. Grzegorz Motyka: Wiemy, że na samym tylko Wołyniu, według bardzo wstępnych szacunków, było 800 Ukraińców, którzy uratowali prawie 2000 Polaków. Tego typu przykładów zachowań życzliwych wobec polskich sąsiadów było bardzo wiele. Dodajmy, że za pomoc udzielaną Polakom groziły represje ze strony OUN-B – niektórych sprawiedliwych zabito, innym np. spalono stodołę, itp.

PAP: Jaki był stosunek okupantów niemieckich i sowieckich do konfliktu polsko-ukraińskiego? Wielu historyków krytykuje teorie, wedle której Sowieci świadomie podsycali te antagonizmy.

Prof. Grzegorz Motyka: Niemcy i Sowieci wywołując II wojnę światową doprowadzili do zburzenia porządku, co umożliwiło dokonanie antypolskiej irredenty. Poza tym dokonując zbrodni na skalę przemysłową pokazali innym, że dokonywanie takich okrucieństw jest w ogóle możliwe.

Sami Sowieci byli zainteresowani w podsycaniu konfliktu polsko-ukraińskiego, ale nic nie wskazuje na to, żeby pragnęli jego rozwinięcia w stronę totalnej rzezi ludności polskiej. Nie ma żadnego potwierdzonego przypadku prowokacji polegającej na ataku na polską wioskę przez sowiecką partyzantkę udającą UPA. Wiemy też, że rozkazy o zorganizowaniu antypolskiej czystki wydawali Dmytro Klaczkiwski ps. „Kłym Sawur” i Roman Szuchewycz „Taras Czuprynka”, czyli dowódcy UPA. W scenariuszu zakładającym prowokację sowiecką trzeba by przyjąć, że byli oni agentami sowieckimi lub ich otoczenie było całkowicie zinfiltrowane przez wywiad sowiecki. Ale w takim razie także powojenny antysowiecki opór byłby organizowany przez sowieckich agentów, a to przecież absurd.

PAP: Jaki był stosunek Sowietów do UPA już po zakończeniu II wojny światowej? Czy formacja ta była całkowicie przemilczana lub traktowana jako sojusznicza III Rzeszy?

Prof. Grzegorz Motyka: Ta sprawa była całkowicie zakłamana. UPA przedstawiano jako formację wrogą narodowi ukraińskiemu, jej członków nazywano burżuazyjnymi nacjonalistami oraz agentami Hitlera, a następnie państw zachodnich. Według propagandy ZSRS celem UPA było zniewolenie dobrego narodu ukraińskiego. W tej narracji nie było oczywiście miejsca na jakiekolwiek wzmianki o gigantycznych represjach, które przetoczyły się przez Zachodnią Ukrainą po 1944 r. Proszę pamiętać, że nawet Wielki Głód, który pochłonął kilka milionów istnień został przez Sowietów wymazany z historii. Podobnie było z tymi represjami, których ofiarą padło pół miliona Ukraińców z których 150 tysięcy zostało zabitych.

PAP: W ostatnich dwudziestu pięciu latach zrobiono bardzo wiele dla wyjaśnienia i upamiętnienia ofiar ludobójstwa na Wołyniu. Jednak w ostatnich latach dialog polsko-ukraiński w tej sprawie wydaje się być w pewnym zawieszeniu.

Prof. Grzegorz Motyka: Mój pogląd jest nieco inny niż wielu uczestników tej dyskusji. Spojrzenie na ówczesne wydarzenia nie zmieniło się zasadniczo od roku 2003, czyli od dyskusji, która towarzyszyła obchodom 60. rocznicy zbrodni wołyńskiej. Wówczas została odsłonięta głęboka różnica pomiędzy polskim i ukraińskim spojrzeniem na Wołyń ‘43. Ten konflikt pamięci wciąż się utrzymuje. Niektórzy nie chcą tego widzieć i dziwią się, że w okresie rocznic ta dyskusja przybiera tak gwałtowny charakter.

Bardzo ubolewam nad tym, że w ostatnim czasie, doszło do takich incydentów jak wystąpienia przeciwko procesji religijnej Ukraińców w Przemyślu. W trakcie dyskusji nad Rzezią Wołyńską możemy różnić się w ocenach historycznych, ale różnice te nie mogą usprawiedliwiać niegodnych zachowań, których we współczesnych relacjach między naszymi narodami być nie powinno. Możemy spierać się o historię, ale nie powinniśmy przenosić tych sporów na obecne stosunki, ponieważ jest to dla nich katastrofalne.

PAP: Wspomniał Pan, że przygotowuje kolejną publikację poświęconą stosunkom polsko-ukraińskim.

Prof. Grzegorz Motyka: Mam nadzieję, ze jesienią ukaże się moja książka poświęconą sprawom Wołynia ‘43. Staram się pokazać zorganizowany charakter tej antypolskiej czystki, omawiam kwestię polskiego odwetu, ale zajmuje się również sprawami polityki historycznej Polski i Ukrainy w ostatnich dwudziestu pięciu latach. Próbuję również pokazać analogie Zbrodni Wołyńskiej, takie jak antyserbskie czystki etniczne do jakich dochodziło w Chorwacji w trakcie II wojny światowej. Między działaniami ustaszy i upowców można zauważyć wiele podobieństw.

Rozmawiał Michał Szukała (PAP)