Już nie jesteśmy w ogonie, dziś średni wskaźnik UE (dane Eurostatu za 2013 r.) to 6 promili.

Najlepiej jest w woj. zachodniopomorskim (3,1), a najgorzej w łódzkim (5,7 promila) – wynika z danych resortu zdrowia.

Pomimo dużych różnic regionalnych, tak widoczna poprawa to sukces – uważa prof. Stanisław Radowicki, konsultant w dziedzinie położnictwa. Zwłaszcza że liczba kobiet z patologią ciąży rośnie (matkami zostają coraz starsze kobiety). Fatalną niedawno sytuację można było poprawić dzięki wdrażaniu standardów opieki okołoporodowej i planów naprawczych stosowanych w zagrożonych województwach. – Przychodnie i szpitale dysponują coraz lepszym sprzętem diagnostycznym. Wady, które niedawno były trudne do wykrycia, są obecnie leczone jeszcze w trakcie trwania ciąży – dodaje Rafał Kuźlik, ordynator Oddziału Położniczo-Ginekologicznego w Szpitalu św. Anny w Piasecznie.

– Ratujemy coraz mniejsze noworodki – przyznaje prof. Ewa Helwich, konsultant w dziedzinie neonatologii. W ciągu ostatnich 15 lat liczba wcześniaków, które przeżywają, zwiększyła się o ponad połowę. – Kiedyś noworodka ważącego dwa kilogramy, ale w ciężkim stanie, trudno było uratować. Teraz ratuje się te między 24. a 28. tygodniem życia z wagą poniżej 500 gr. To efekt wiedzy i wyposażenia szpitali – tłumaczy prof. Helwich.

Przełomem było wprowadzenie trójstopniowej opieki okołoporodowej. Zasada jest prosta: do placówek z III stopniem referencyjności (najlepszy sprzęt i zespół) trafiają najcięższe przypadki. A na I poziomie są przyjmowane porody bez komplikacji. Pomysły na wprowadzenie takiego systemu pojawiły się już w połowie lat 90. Ale i dziś system nie zawsze działa ze względu na „papierowość” przepisów – choć nakazują szpitalom współpracę, to nie zawsze jest to przez lekarzy realizowane. Powinno to wyglądać tak, że kiedy do szpitala o najniższym poziomie referencyjności trafia pacjentka z powikłaniami, placówka przekazuje ją w ręce kolegów ze szpitala z wyższym. Ale wtedy ten pierwszy nie otrzyma finansowania za poród. Zdarza się też, że placówki z wyższym stopniem niechętnie przyjmują pacjentów. To często szpitale w dużych miastach, które nie muszą konkurować o klientów.

Województwo dolnośląskie przez lata było na pierwszym niechlubnym miejscu, jeżeli chodzi o wskaźniki umieralności noworodków. Konsultant krajowy po przeanalizowaniu sytuacji stwierdził, że problemem jest nieprzekazywanie pacjentek między szpitalami: zdarzało się kilka takich transferów rocznie. Lekarze tłumaczyli, że jak dzwonią, żeby „sprzedać” pacjentkę, są zbywani. Konsultant zarządził, by pytania były wysyłane faksem, a placówka specjalistyczna miała obowiązek w ciągu 15 minut odpowiedzieć. W razie odmowy należało podać przyczynę. Gdyby odmówiły dwie placówki, problemem miał się zająć konsultant wojewódzki. I liczba transferów zwiększyła się do ponad stu rocznie. A woj. dolnośląskie jest w połowie listy ze wskaźnikiem umieralności 4,5 promila. „Akcja fax” była jednym z wielu działań (obok szkoleń matek, lepszego wyposażenia oddziałów etc.) prowadzonych w ramach programu naprawczego na Dolnym Śląsku.

Dwa lata temu podobny program realizowało Świętokrzyskie. W 2012 r. były tam najgorsze wskaźniki w kraju. Na poprawę sytuacji przeznaczono ok. 4 mln zł – dofinansowano oddziały neonatologiczne, zatrudniono nowy personel, kupiono sprzęt, a część oddziałów awansowała na wyższy stopień referencyjności, aby mogła przejmować powikłane przypadki. Wcześniej dzieci w złym stanie wożono do Warszawy i Łodzi.

Jednak zdaniem prof. Radowickiego kluczowe było położenie nacisku na przestrzeganie standardów (w kontrole włączył się regionalny oddział NFZ) i współpraca między placówkami o różnych stopniach referencyjności – tak by pacjentki, w zależności od stopnia patologii ciąży, trafiały tam, gdzie otrzymają najlepszą opiekę. W ciągu roku „przepływy” pacjentek wzrosły o 300 proc.

Dziś najgorzej jest w woj. łódzkim, w którym wskaźnik umieralności za zeszły rok wynosił 5,7 przypadków zgonu na tysiąc. Jednym z powodów jest brak przestrzegania trójstopniowej hierarchii. Zły stan zdrowia matek. Ale także fakt, że do Instytutu Centrum Zdrowia Matki Polki trafia wiele skomplikowanych przypadków, również z innych województw. Inna sprawa, że jeżeli chodzi o wskaźniki zdrowotne, Łódzkie zajmuje pierwsze pozycje od tyłu. ©?

W woj. łódzkim ponad połowa dzieci przychodzi na świat drogą cesarskiego cięcia

Po raz kolejny wzrosła liczba cesarek. W 2015 r. wynosiła 43,2 proc. To najwyższy dotąd zanotowany wskaźnik. W województwach, w których wzrosły cięcia, nie przełożyło się to na spadek umieralności okołoporodowej. Na odwrót: w łódzkim jest zarówno najwyższy wskaźnik umieralności (5,7 promila), jak i cesarskich cięć (51 proc.). Piętnaście lat temu, w 2000 r., cesarskie cięcia należały do rzadkości. Dotyczyły 19,6 proc. rodzących. Nie było też dużych różnic między województwami. Najmniej było ich w woj. pomorskim (15,5), najwięcej w łódzkim (23). Od tego czasu wskaźnik wzrósł ponad dwukrotnie. W zeszłym roku wskaźnik ten wynosił 43,2 proc. I wzrósł o blisko 1 pkt proc. w porównaniu z zeszłym rokiem. Wzrosła również ponad dwukrotnie różnica między regionami – w 2000 r. rozrzut wynosił 7,5 pkt proc., w zeszłym już 16,8 pkt proc.

Jak wynika z szacunków, powodem ok. 40 cesarskich cięć są tzw. powody pozapołożnicze. Chodzi np. o wskazania od okulisty, internisty czy psychologa (paniczna obawa przez bólem). Około 16–17 proc. to cesarskie cięcia na życzenie.

>>> Czytaj też: Do Polski płynie coraz większa fala uchodźców, ale nie z Syrii