Pod koniec 2015 r. w naszym kraju były 24 mln osób w wieku produkcyjnym. Ich liczba zmniejszyła się w porównaniu z poprzednim rokiem o 228 tys. Był to największy spadek od pięciu lat, czyli od momentu, w którym ten wskaźnik zaczął spadać. W rezultacie w całym tym okresie liczba osób w wieku produkcyjnym zmalała o 829 tys. Natomiast ich udział w ogólnej liczbie ludności naszego kraju zmniejszył się o 2 pkt proc. do 62,4 proc.

Ma to oczywiście wpływ na rynek pracy, ponieważ większość osób po przekroczeniu wieku produkcyjnego przechodzi na emeryturę. Statystycznie dla kobiet kończy się on po osiągnięciu 59 lat, a dla mężczyzn 64 lat, ale w rzeczywistości – jeśli się uwzględni podwyższenie wieku emerytalnego – jest on trochę, bo o trzy czwarte roku, dłuższy.

Część miejsc pracy po osobach, które skończyły karierę zawodową, zajmują ci, którzy wcześniej nie mogli znaleźć zajęcia. Między innymi dlatego bezrobocie jest coraz niższe. W końcu ubiegłego roku liczba zarejestrowanych bezrobotnych była o 262 tys. mniejsza niż w tym samym okresie roku poprzedniego.

Na ratunek roboty

Problem w tym, że przy kurczącym się bezrobociu i spadku liczby osób w wieku produkcyjnym podaż pracowników jest już stosunkowo mała. Innymi słowy, przedsiębiorcy mają kłopoty ze znalezieniem kandydatów do pracy. Ten problem będzie narastał. Według prognozy GUS już w 2020 r. liczba ludności naszego kraju w tradycyjnym wieku zdolności do pracy będzie o 1,2 mln mniejsza niż w roku ubiegłym. Tego trendu nie da się odwrócić ze względu na małą liczbę rodzących się u nas dzieci.

Odczuje to cała gospodarka. – Przedsiębiorcy w dłuższej perspektywie mogą się ratować inwestycjami w robotyzację i automatyzację produkcji. Ale to kosztowne rozwiązanie – ocenia prof. Zenon Wiśniewski z Uniwersytetu Mikołaja Kopernika w Toruniu. Dodaje, że najprawdopodobniej przedsiębiorcy będą częściej niż dotychczas zatrudniać osoby starsze, ponieważ tu rezerwa jest jeszcze dość duża. Z danych Eurostatu wynika, że w ubiegłym roku zatrudnienie miało u nas tylko 44 proc. osób w wieku 55–64 lata, podczas gdy przeciętnie w UE było to 53 proc.

Problem mogłoby złagodzić stworzenie warunków, które zniechęcałyby Polaków do emigracji. – Jednocześnie musimy szerzej otwierać nasz rynek pracy dla obcokrajowców i zachęcać ich do osiedlania się w naszym kraju – twierdzi prof. Wiśniewski. Bez nich rozwój gospodarki będzie utrudniony – już w ubiegłym roku pracodawcy zgłosili chęć zatrudnienia 800 tys. Ukraińców. Byli oni nie do zastąpienia w sadownictwie, na plantacjach malin czy truskawek. Wielu znalazło zatrudnienie w przemyśle, transporcie, handlu i przy opiece nad dziećmi oraz osobami starszymi.

Dramatyczne prognozy

Drugą stroną medalu jest wzrost obciążenia osób w wieku produkcyjnym, które pracują na coraz większą liczbę ludzi starszych. W porównaniu z początkiem lat 90. oczekiwana długość życia wydłużyła się o sześć, siedem lat. Z danych GUS wynika, że w końcu ubiegłego roku ludność w wieku poprodukcyjnym liczyła ponad 7,5 mln i była o 228 tys. większa niż w tym samym okresie roku poprzedniego. Był to największy wzrost od 1990 r., od kiedy tego rodzaju dane są dostępne. W efekcie na jedną osobę w wieku poprodukcyjnym przypadało 3,2 osoby w wieku produkcyjnym, a przed zaledwie pięcioma laty było ich 3,8.

Według najnowszej prognozy demograficznej w 2020 r. wskaźnik ten ma wynieść 2,7, a w 2050 r. – nawet 1,3. Ta tendencja może nawet przyspieszyć, jeśli rząd Prawa i Sprawiedliwości wprowadzi w życie to, co obiecywał w swojej kampanii wyborczej, czyli obniżenie wieku emerytalnego.

– Jeśli nawet do tego dojdzie, w niedługiej perspektywie trzeba będzie ponownie podnieść wiek emerytalny, ponieważ będą się piętrzyć problemy związane z niedoborem pracowników. To proces nieuchronny, to samo dzieje się na Zachodzie – podkreśla prof. Zenon Wiśniewski.