Zastrzeżenia wobec propozycji KE zgłosiły parlamenty Polski, Bułgarii, Czech, Danii, Słowacji, Estonii, Chorwacji, Węgier, Łotwy, Litwy i Rumunii. Bruksela nie wzięła ich jednak pod uwagę. – Spodziewałam się takiej decyzji po wcześniejszych wystąpieniach komisarz Marianne Thyssen, która proponowała zmiany w dyrektywie. Decyzja o podtrzymaniu projektu może dla nas oznaczać koniec delegowania pracowników – mówi Małgorzata Handzlik, była europoseł.

Polska deleguje do innych krajów UE ponad 400 tys. osób rocznie. Jeżeli propozycja KE zostanie przyjęta, ta liczba gwałtownie spadnie. Bo komisja chce wprowadzenia do dyrektywy podstawowej o delegowaniu pracowników zasady, zgodnie z którą polski pracownik wysyłany do pracy w innym kraju UE zarabiałby tyle, ile lokalny. Przysługiwałyby mu też dodatki czy bonusy (np. za dojazdy). W takich warunkach nasze firmy delegujące stałyby się niekonkurencyjne.

Nasz rząd sprzeciwił się planom KE. Sejm i Senat podjęły uchwały, z których wynikało, że projekt jest niezgodny z zasadą pomocniczości (wedle tej reguły UE podejmuje działania tylko wówczas i tylko w takim zakresie, w jakim zakładane cele nie mogą zostać osiągnięte w sposób wystarczający przez państwa członkowskie). Podobne uchwały podjęło 10 innych krajów Unii. Jednak KE na wczorajszym posiedzeniu nie przyznała im racji i zdecydowała o dalszym procedowaniu projektu. – Zmiany te zapewnią pracownikom lepszą ochronę, większą przejrzystość i pewność prawa – podkreślała Marianne Thyssen, komisarz ds. zatrudnienia, spraw społecznych i mobilności pracowników.

– Decyzja ta budzi rozczarowanie. Pod pozorem walki o lepsze warunki dla pracowników uderza się głównie w legalnie działające firmy. Boli to, że uwidacznia się podział na kraje starej i nowej UE, którego już nie powinno być – komentuje Elżbieta Rafalska, minister rodziny, pracy i polityki społecznej.

Z kolei Marcin Kiełbasa, prawnik z Inicjatywy Mobilności Pracy, zwraca uwagę, że proponowane zmiany są przedwczesne. – Powinniśmy poczekać na efekty dyrektywy wdrożeniowej. Miała zostać wdrożona przez państwa członkowskie do 18 czerwca 2016 r., zatem obowiązuje dopiero od miesiąca. Jej celem było właśnie ograniczenie nieprawidłowości w delegowaniu. Przyjmowanie kolejnych przepisów teraz, kiedy nawet nie wiemy, jaki efekt przyniosła poprzednia zmiana, to nieporozumienie – stwierdza.

Zaproponowane przez KE zmiany mogą też przynieść negatywne skutki społeczne. – Zamiast wyjeżdżać do pracy za granicę na kilka miesięcy, Polscy będą migrować na stałe – wróży Marcin Kiełbasa.

Zadowolona ze zmian jest w zasadzie tylko jedna grupa: związkowcy. – Cieszymy się, że komisarze przychylili się do naszego wniosku i nie wycofali się z projektu zmian w dyrektywie – komentuje Ryszard Grąbkowski z Ogólnopolskiego Porozumienia Związków Zawodowych. – Nie możemy pozwolić, aby obywatele polscy byli w Unii traktowani jako pracownicy drugiej kategorii – kwituje.

Polska ma jednak jeszcze możliwość zablokowywania projektu KE. – Trzeba w tym celu zbudować koalicję, która zagłosuje przeciwko projektowi – wyjaśnia Kiełbasa. Taką szansę będziemy mieli na etapie prac w Radzie. – Jeżeli będziemy mieli przynajmniej 241 głosów, uda się odrzucić projekt – mówi. Polska ma ich zaledwie 27, ale 11 krajów, które były przeciwko propozycji KE, ma ich aż 260. Z tym że z korzystnego dla nas systemu głosowania (nicejskiego) można skorzystać tylko do końca marca 2017 r. Po tym terminie trzeba będzie zebrać 15 państw, które sprzeciwią się projektowi i będą reprezentowały co najmniej 65 proc. ludności UE. – A to może okazać się bardzo trudne – mówi Marcin Kiełbasa.