Najwyraźniej zaspał; zazwyczaj chodził do macierzystej rozgłośni na piechotę, ale tym razem wziął samochód partnerki, właścicielki „Ukrajinśkiej Prawdy” Ołeny Prytuły. Zdążył przejechać kilkadziesiąt metrów. Gdy stanął na skrzyżowaniu ulic Iwana Franki i Bohdana Chmielnickiego, by przepuścić przejeżdżające samochody, rozległ się wybuch. Ładunek o mocy bliskiej połowy kilograma trotylu był umieszczony dokładnie pod fotelem kierowcy.

Pasza zginął na rogu ulic nazwanych imionami dwóch symbolicznych postaci w historii Ukrainy. Ale on sam również był symbolem – dziennikarskiej niezależności i wysokiej ceny, jaką czasem się za nią płaci. Znał go chyba każdy dziennikarz zajmujący się Białorusią, Rosją i Ukrainą. Urodzony w 1971 r. w Mińsku – jak sam się przedstawiał – wnuk i prawnuk białoruskich partyzantów, już po trzech latach pracy w zawodzie został redaktorem naczelnym. „Biełorusskaja Diełowaja Gazieta” była najważniejszą gazetą ekonomiczną Białorusi. Dobre czasy dla dziennikarzy powoli się jednak kończyły. Wybrany w 1994 r. prezydent Alaksandr Łukaszenka w ciągu dwóch lat wprowadził dyktaturę. Szaramiet, zmienił pracodawcę i związał się z rosyjską telewizją ORT. Na reportaże często jeździł z operatorem Dźmitryjem Zawadskim, który przed przejściem do ORT był osobistym kamerzystą Łukaszenki. Mężczyźni zaprzyjaźnili się i utrzymali kontakt także po tym, jak Pasza przeniósł się do Moskwy.

źródło: Dziennik Gazeta Prawna

A przeprowadził się po tym, jak sąd skazał go na dwa lata w zawieszeniu za rzekome nielegalne przekroczenie granicy białorusko-litewskiej podczas pracy nad jednym z materiałów. Trzy miesiące spędził w areszcie, a wyszedł dopiero wówczas, gdy ujął się za nim osobiście Borys Jelcyn. Gdy odwiedzał ojczyznę, na lotnisko zazwyczaj przyjeżdżał po niego Zawadski. Tak też się stało 7 lipca 2000 r. Przed lotniskiem Szaramiet znalazł samochód kolegi, ale jego samego nie było. Zniknął, a jego ciała do dziś nie odnaleziono. Zawadski był ostatnim z grupy kilku osób, głównie opozycjonistów, ofiar białoruskich szwadronów śmierci. Były szef mińskiego aresztu nr 1 Aleh Ałkajeu, który nadzorował wykonywanie sądowych wyroków śmierci, sugeruje, że zleceniodawcami tamtych zbrodni byli ludzie z najbliższego otoczenia Łukaszenki. Daty wypożyczeń pistoletu służącego wówczas do wykonywania kary głównej zgadzały się z datami zaginięć.

Szaramiet odtąd nazywał Łukaszenkę swoistym osobistym wrogiem. Wspólnie ze Swiatłaną Kalinkiną napisał książkę „Słuczajnyj priezidient” (Przypadkowy prezydent), ujawniającą wiele niewygodnych faktów z jego biografii. Szef państwa zemścił się, odbierając Paszy obywatelstwo. To jedyny taki przypadek w historii Białorusi. Ale i nad dziennikarstwo w Moskwie nadciągały czarne chmury. Putinowska Rosja coraz bardziej przykręcała śrubę wolnym mediom. Na redakcyjnych korytarzach co bardziej opozycyjnych tytułów wydłużały się szeregi czarno-białych fotografii pracowników, których zamordowano ze względów zawodowych. Szaramiet nigdy nie okazywał strachu. Później ukraińscy koledzy nazwali go Pał Herojicz, w wolnym tłumaczeniu „Paweł Bohaterski”. A gdy dla dziennika „Wiedomosti” napisał tekst zatytułowany „Łukaszenkizacja Rosji”, stracił etat w państwowych mediach.

Osiadł w Kijowie, bo uznał, że dla rosyjskojęzycznego uczciwego i bezkompromisowego dziennikarza nie ma lepszego miejsca do pracy. Z miejsca odnalazł się w kijowskim światku medialno-politycznym. Związał się z „Ukrajinśką Prawdą”, tytułem założonym przez Heorhija Gongadzego, którego śmierć w 2000 r. uczyniła z prezydenta Łeonida Kuczmy, podejrzewanego o zlecenie morderstwa (nigdy nie udowodniono tej wersji), pariasa na skalę europejską i stała się katalizatorem społecznego przebudzenia Ukraińców, zakończonego pomarańczową rewolucją. Szaramiet na Ukrainie znalazł nie tylko relatywnie wolne media. Wczoraj znalazł również śmierć.

Pasza mówił i pisał to, co myślał, niezależnie od opinii innych. Nie bał się niezależnie myśleć nawet wówczas, gdy demokratycznie nastawieni koledzy niektóre tezy mieli mu za złe. Był umiarkowanie prorosyjski – a właściwie byłby prorosyjski, gdyby Rosja była normalnym krajem, bo jego prorosyjskość była powiązana z głęboką antykremlowskością. Język białoruski, świętość dla wielu opozycjonistów, traktował – łagodnie mówiąc – z dużym dystansem. Dopiero w swoim ostatnim tekście przeprosił się z „biełaruską mową”. Zrozumiał jej znaczenie w Kijowie, dostrzegając, jak ważny dla Ukrainy jest język ojczysty. „Niedawno byłem w Mińsku i kupiłem podręcznik białoruskiego Haliny Mycyk. Nie wiem dlaczego. Po prostu poczułem wielką chęć, by go kupić” – pisał.

Opisywał politykę – ostatnio zbierał informacje o zamordowanym rok temu, zaprzyjaźnionym z nim opozycjoniście Borysie Niemcowie – ale znajdował też czas, by uczyć swoich następców na kursach dla studentów dziennikarstwa. Podczas jednego z takich kursów, wczesną wiosną tego roku, w kijowskim Media Hubie przy ulicy Suworowa, rozmawialiśmy po raz ostatni. Szaramiet, otwarty na innych ludzi, pogodny i roześmiany, chętnie dzielił się własnymi kontaktami i spostrzeżeniami dotyczącymi jednego z tematów, nad którym pracowaliśmy.

Nie wiadomo, czy celem wczorajszej zbrodni był on, czy też Ołena Prytuła. Partnerka Szaramieta dostała państwową ochronę. Prezydent ściągnął do Kijowa ekspertów amerykańskiego FBI, by pomogli znaleźć sprawców. 

>>> Czytaj też: Poroszenko: celem zabójstwa dziennikarza destabilizacja na Ukrainie