Dotarliśmy do danych pokazujących efekty funkcjonowania systemu automatycznego nadzoru nad ruchem drogowym w I półroczu 2016 r. Dzięki nim po raz pierwszy widać, jaki wpływ na statystyki miało uruchomienie w listopadzie ubiegłego roku nowych gadżetów inspekcji, takich jak odcinkowy pomiar prędkości.

Przez sześć miesięcy inspektorzy z Centrum Automatycznego Nadzoru nad Ruchem Drogowym Głównego Inspektoratu Transportu Drogowego (CANARD) odnotowali 625 tys. naruszeń. Część zdjęć z fotoradarów trzeba było odrzucić, gdyż nie nadawały się do dalszego procedowania, np. gdy sfotografowano pojazd cudzoziemca, zdjęcie było nieczytelne, lub gdy chodziło o pojazd uprzywilejowany. Po ich weryfikacji wygenerowano 444 tys. wezwań do kierowców i wystawiono 214 tys. mandatów (w tej liczbie mogą się znaleźć mandaty za wykroczenia popełnione jeszcze w 2015 r.).

To oznacza zmianę spadkowego dotychczas trendu. W całym 2014 r. inspektorzy poddali weryfikacji 1,5 mln naruszeń, co skutkowało wysłaniem ponad 835 tys. wezwań do kierowców. W ubiegłym roku wychwycili już tylko 1,1 mln wybryków kierowców, w efekcie czego do właścicieli pojazdów wysłano 688 tys. wezwań. Jeśli w II półroczu liczby z pierwszej części 2016 r. się powtórzą, inspektorzy pobiją rekord wygenerowanych wezwań sprzed dwóch lat.

Przed końcem 2015 r. GITD nie używał jeszcze nowych instalacji, czyli systemu odcinkowego pomiaru prędkości (section control) i urządzeń wyłapujących wjazd na czerwonym świetle (red light). Gdyby nie one, zamiast o wspomnianych 625 tys. naruszeń kierowców mówilibyśmy raczej o 522 tys. Nowe gadżety inspekcji podpompowały statystyki: dodatkowe 59 tys. przypadków dotyczyło niestosowania się do sygnału świetlnego, a 44 tys. to przekroczenia prędkości ujawnione przez system section control.

Najwięcej naruszeń związanych z wjazdem na czerwonym świetle odnotowały systemy typu red light w miejscowościach: Jabłonna (10,1 tys. naruszeń), Mroków (7,4 tys.) oraz Komorniki (7,1 tys.). Z kolei odcinkowy pomiar prędkości jest najskuteczniejszy na odcinkach dróg w Lubinie (13,1 tys. naruszeń), Karniewie (7,4 tys.) i na odcinku między miejscowościami Krościenko Wyżne a Iskrzynia (4,6 tys.). Jeśli zaś chodzi o klasyczne, stacjonarne fotoradary umieszczone na przydrożnych masztach, to kierowców najczęściej uwiecznia ten umieszczony w miejscowości Gaj (19,2 tys.). Za nim są urządzenia w Krzywanicach (14 tys.) i Nowej Bukówce (13,8 tys.).

Tam, gdzie działają urządzenia CANARD, robi się bezpieczniej. Liczba wypadków spadła o niemal 37 proc. w porównaniu z okresem, gdy rejestratorów tam jeszcze nie było. To jeszcze nie wszystko. Policja wskazuje, że na odcinkach dróg, gdzie pojawił się odcinkowy pomiar prędkości, kierowcy zaczęli jeździć… zbyt wolno. – Z naszych obserwacji wynika, że spora grupa kierowców, widząc tablice informujące o odcinkowym pomiarze, zaczyna mocno hamować i poruszać się z prędkością np. 40–50 km/godz., mimo że na niektórych kontrolowanych odcinkach mogą się poruszać np. 90 km/godz. – potwierdza Marek Konkolewski z Komendy Głównej Policji.

Nasz rozmówca podkreśla, że nie namawia nikogo do szybszej jazdy. – Ale jeżeli jest dobra pogoda, wypoczęty i doświadczony kierowca jedzie sprawnym pojazdem, a natężenie ruchu jest niewielkie, to nie ma powodu, by poruszać się z prędkością 40–45 km/godz., skoro z przepisów wynika, że można szybciej – przekonuje Marek Konkolewski. Zdaniem policjantów warto byłoby uzupełnić znaki drogowe ostrzegające przed odcinkowym pomiarem o informację, jaka jest dopuszczalna prędkość na nadzorowanym odcinku drogi. Dziś kierowcy często muszą się tego domyślać (np. pamiętając wcześniej mijane znaki drogowe lub mając świadomość, że są w terenie zabudowanym). Sama inspekcja drogowa dystansuje się od tego problemu. – Za oznakowanie drogi odpowiada jej zarządca. Nasze kompetencje sprowadzają się do instalacji i obsługi urządzeń – zastrzega inspektor Łukasz Majchrzak z CANARD.

>>> Czytaj też: Orban wygrywa batalię. Uber zawiesił działalność na Węgrzech