statystyki

Do wejścia w e-biznes wciąż wystarczy zapał i komputer

19 sierpnia 2016, 06:32
Źródło:obserwatorfinansowy.pl
Facebook, internet

Facebook, internetźródło: ShutterStock

Większość pomysłów start-upowych można sfinansować przez rynek. Problem jest brak pomysłów, a nie brak kapitału - mówi Rafał Agnieszczak, anioł biznesu, twórca portali Fotka.pl i Furgonetka.pl.

Reklama

Reklama

ObserwatorFinansowy.pl: Od jak dawna działa pan w branży internetowej?

Rafał Agnieszczak: 16 lat. Od pierwszej bańki internetowej (śmiech).

Dużo się od tamtej pory zmieniło w e-biznesie? Młodym i pomysłowym jest pewniej trudniej założyć biznes teraz niż kiedyś?

Wielu ludzi tak sądzi. „W starych dobrych czasach…” – mówią. A ja im odpowiadam, że to nie do końca prawda. Każdy moment ma swoje szczególne uwarunkowania. Gdy ja wchodziłem w biznes internetowy, nie było w tej branży niemal żadnego kapitału, nie było aniołów biznesu ani funduszy venture capital. No i infrastruktura była zupełnie inna. Jeśli chciałem rozszerzyć działalność, musiałem kupić nowe serwery. Fizyczne. Kilkanaście tysięcy złotych sztuka. Teraz Amazon może wynająć mi niemal nieskończoną przestrzeń dyskową za kilkanaście dolarów za godzinę.

Ale konkurencja jest obecnie większa.

To prawda. Niemniej na dobre pomysły wciąż jest popyt. W DNA startupów tkwi bycie innowacyjnym, robienie tego, czego wcześniej nikt nie próbował. Jeśli ktoś ma fajny pomysł, komputer, pojęcie o marketingu i umiejętność kodowania, może stworzyć biznes. Kapitał się znajdzie. Nawet spory, jeśli trzeba.

Na Europejskim Kongresie Finansowym w Sopocie wicepremier Mateusz Morawiecki mówił, że wszystkie rokujące polskie start-upy wykupowane są przez gigantów pokroju Facebooka, i to jeszcze zanim zdążą rozwinąć skrzydła. Sugestia: państwo powinno roztaczać nad nimi parasol ochronny. Słuszna?

Przesada. W sumie – licząc Facebooka, Google’a, który jest tu najaktywniejszy, Apple i Microsoft – mamy w globalnej skali pewnie mniej niż sto przejęć rocznie. Tak już mają giganci, że pozwalają kwitnąć konkurencji, bo jej nie dostrzegają.

Banki i operatorzy kart płatniczych nie dostrzegli potencjału kryjącego się w serwisach typu paypal.com, a telekomy mogły stworzyć, ale nie stworzyły własnego AppStore, mimo że miały wszystko: od infrastruktury przez hardware po software. Nie zareagowały jednak na zmiany technologiczne, pojawienie się systemów iOS i Android i przegapiły okazję.

Oczywiście zdarza się, że jakiś gigant kupuje mniejszą rybkę, ale rzadko kupuje ikrę. Na przykład Facebook kupił aplikację WhatsApp do przesyłania wiadomości za 19 mld dolarów, czyli już wtedy, gdy jej potencjał był wyraźny.

Czyli rynkowi potentaci nie wykupują wszystkiego nowego, co pojawi się na rynku?

Nie. Chociaż to pewnie byłaby dobra strategia. Nawiasem mówiąc, cieszyłbym się, gdyby jakąś polską firmę internetową przejął globalny gigant – byłby to znak, że może u nas powstać coś o globalnym potencjale.

Weźmy wspominaną aplikację WhatsApp. Z ekonomicznego i krótkoterminowego punktu widzenia nie była warta 19 mld dolarów, ale już rewolucyjny potencjał na przyszłość, który prezentuje sobą messaging, to zupełnie inna historia. W miarę rozwoju internetowego czatu, okazało się, że może mieć on o wiele bardziej rozbudowane funkcje niż rozmowa ze znajomymi. Dzięki wprowadzeniu botów, możemy rezerwować loty, robić przelewy. Pytasz bota, gdzie i kiedy w sierpniu będzie ładna pogoda, bo chcesz jechać na urlop i prosisz o wskazanie opcji.

Co to oznacza? Że nie używasz Google’a… Jeśli Facebook chce ścigać się z Google, musi być liderem, a messaging to narzędzie z wielkim potencjałem. Przejęcie WhatsApp może być tutaj kluczowe.

Czy jako osoba, która rozwija od lat portale społecznościowe, jest pan w stanie wyobrazić sobie, że Google albo Facebook odchodzą do lamusa? A może ich usługi są jak tory kolejowe: mają charakter nowego typu internetowej infrastruktury, która zostanie z nami na dekady?

Firmy te są stałe w swojej zmienności. Nie przestaną istnieć, ale możliwe, że za kilka lat nie będą tym, czym są obecnie. Google może już nie kojarzyć się przede wszystkim z wyszukiwaniem, a Facebook z serwisem społecznościowym.

Te gałęzie ich działalności nie wyparują, ale mogą być zmarginalizowane przez nowe odnogi biznesowe tych firm, które już teraz są powoli rozwijane. Google robi to w ramach spółki Alphabet Inc. To pod jej parasolem realizuje tak przełomowe projekty jak samojezdne samochody czy budowa infrastruktury internetowej dla najdalszych zakątków świata. Za 15-20 lat to któryś z nich może być podstawową działalnością Google’a.

Ta firma jest wyjątkowa. Ma tyle pieniędzy, że może zatrudnić na Sri Lance cztery tysiące programistów i kazać im realizować surrealistyczne pomysły. Google ewoluuje. Trudno z nimi konkurować.

Może to internetowy Standard Oil, monopol, który prędzej czy później zostanie – jak firma Rockefellera – rozbity i pocięty na kawałki przez regulatora na wniosek mniejszej poirytowanej konkurencji?

Google dobrze wie, że takie zagrożenie istnieje i powołanie Alphabetu to właśnie próba uniknięcia ciosu antytrusowego. Myślę, że dość inteligentna. Struktura koncernu sprawia, że trudno się będzie przyczepić do niego regulatorowi.

W 2005 r. Google zatrudnił kobietę, która napisała książkę o chaosie. Nie pamiętam tytułu, w każdym razie jej teza opierała się na stwierdzeniu: drogi internetu już nie będą przejezdne, za duży ruch, nauczmy się więc żyć z korkami, dostosujmy się do nich.

Google taką właśnie filozofię stosuje. Mimo bycia olbrzymią firmą, umieją ewoluować. Wiedzą tam, że mają do czynienia z nieprzewidywalną materią biznesową. Nie są jak Microsoft sprzed 20 lat – wielki, zwalisty miś wchodzący na kolejne rynki i drenujący je z pieniędzy. Google nie chce tak działać – chce być ciągle zwinny, wchodzić w nowe technologie, rozwijać przełomowe produkty.

Gdy rozmawia się o globalnych trendach w branży nowych technologii, właściwie nie istnieje licząca się polska firma, którą można by w takiej dyskusji wspomnieć choćby półgębkiem. Czy to się kiedyś zmieni?

Trzeba być dobrej myśli. Dawniej, o czym już mówiłem, bardzo trudno było finansować projekty biznesowe w branży internetowej, bo w ogóle niewiele kapitału inwestowano w nią w tej części świata. Wielkie pieniądze szły w tradycyjne biznesy. Obecnie fundusze inwestycyjne rozumieją już, że hi-tech stał się realnym, przynoszącym zyski sektorem, i pompują weń pieniądze holenderskich emerytów.

Druga sprawa to polskie aspiracje biznesowe. My jesteśmy dużym rynkiem. Przez ostatnie lata coraz większa część naszego 40-milionowego narodu uzyskiwała stopniowo dostęp do sieci, stając się klientami firm internetowych. Firmy te skupiały się więc na zaspokajaniu lokalnych potrzeb i nie myślały globalnie. Teraz okazuje się, że myślenie kategoriami polskiego rynku już nie wystarczy. To kwestia czasu, gdy pojawią się u nas firmy myślące wyłącznie o ekspansji zagranicznej.

To zresztą już się dzieje. W Rzeszowie działa np. firma G2A, która może 3 proc. swojej działalności koncentruje w Polsce. Zatrudnia 300 pracowników i zajmuje się pośrednictwem w odsprzedaży kodów do gier komputerowych. Znudziła ci się dana gra? Sprzedaj komuś kod. Prosty biznes i globalny rynek.

Jedna jaskółka wiosny nie czyni. Niektórzy twierdzą, że w Polsce po prostu nie ma zbyt wielu dobrych pomysłów.

Jest ich za mało. Zgoda. Zdarza się nawet, że jako inwestor masz wolną gotówkę do zainwestowania – i to nawet nie swoją, bo np. z UE – ale czujesz, że nie warto jej wydawać, bo przedstawiane ci pomysły są po prostu słabe. Nie zawalczysz z nimi na rynku.

Druga rzecz to brak wśród polskich start-upowców umiejętności atrakcyjnego prezentowania pomysłów biznesowych. Jest duży kontrast pomiędzy tym, jak robią to firmy z Francji czy Izraela, a tym jak robią to Polacy. Nie dlatego, że są z natury gorsi, ale dlatego, że mają znacznie mniej doświadczenia. W Polsce startu-py walczą o uwagę inwestorów od 2-3 lat, tam od 15 lat. Nasze firmy muszą więc przejść etap odmów i pukania od drzwi do drzwi. Nie, nie, nie i nagle: tak.

Jeśli oczywiście to „nie” zmotywuje je do pracy i nauki, a nie zniechęci.

Jasne. A nauczyć się musimy dużo. Bo oprócz deficytu dobrych pomysłów mamy też deficyt umiejętności biznesowych. Mamy talenty, ale nie kształcimy w nich rynkowego myślenia. Najlepszy symbol tego stanu rzeczy to fakt, że od lat utrzymujemy się razem z Rosjanami w pierwszej piątce zwycięzców wszelakich olimpiad informatycznych, ale biznesowo daleko nam w tej dziedzinie do pierwszej piątki. Nie ma takich firm, które by się w niej mieściły.

Ja to składam także na karby ogólnie niskiej jakości polskiej edukacji. W Szwecji kierowca autobusu porozmawia z tobą dobrym angielskim na tematy dotyczące różnych problemów. W Polsce coś takiego jest mało prawdopodobne. Wcale nie chodzi o to, żeby wysyłać ludzi na studia biznesowe, chodzi o to, żeby tworzyć w nich odpowiednią mentalność, głód wyzwań, wiedzy, umiejętności…

Pan najpierw rozwinął własny biznes, a teraz inwestuje w start-upy zakładane przez innych. Czy jest pan bardziej inwestorem, czy biznesmenem?

Mam teorię, że w biznesie jest jak w piłce. Gdy masz 20 lat, dużo biegasz. Gdy masz 25 lat, biegasz i strzelasz gole. 30 lat – już mniej biegasz, ale ponieważ wiesz, gdzie się ustawić, wciąż strzelasz gole. Gdy masz 35 lat, jesteś wolny, nie strzelasz goli i nawet koledzy nie chcą ci podawać.

Gdy miałem 20 lat biegałem, teraz wolę posadę trenera. Jestem praktykiem, który wspólnie z innymi rozwija czyjeś biznesy – inwestuję i doradzam im strategicznie, ale nie angażuję się w codzienną działalność tych firm. Raczej staram się tylko ją usprawniać i kierować na właściwe tory. Jeśli jesteś start-upem, możesz podjąć dziesięć decyzji dotyczących swojego rozwoju, z czego dziewięć jest złych…

A jak ma się biznes, z którego jest pan najbardziej znany, czyli serwis społecznościowy Fotka.pl? Facebook i Tinder go nie zmiotły?

Nie. O dziwo to wciąż wysokorentowna firma. Mamy milion zł rocznie zysku i rentowność na poziomie 30-40 proc.

To oznacza niskie koszty…

Tak. Ale obecnie koncentruję się na rozwoju innych serwisów. Między innymi na portalu Furgonetka.pl, który sprawia, że usługi kurierskie są dostępne dla indywidualnych klientów w rozsądnych cenach. Firmy kurierskie zawsze wolały klientów biznesowych, a od indywidualnych za wysyłkę żądały po 30-40 zł. W ostatnich latach dzięki zmianom, które w logistyce umożliwił internet, okazało się, że można zejść z ceny do 15 zł.

Na razie Furgonetka to przede wszystkim aplikacja dostępna z poziomu www, ale oczywiście w przyszłości będzie bardziej mobilna. Pewne funkcjonalności, np. śledzenie kuriera w trybie rzeczywistym czy zmiana adresu dostawy, będą miały sens dopiero w wersji mobilnej.

Z innych ciekawych biznesów, w które jestem zaangażowany, warto wspomnieć o pomyśle na sprzedaż e-wejściówek do teatrów. Dotąd można było nabyć bilet taniej pół godziny przed spektaklem, ale tylko bezpośrednio w teatrze. Kto nie chce wychodzić z domu albo ryzykować, że nie zdąży upolować wejściówki, może wziąć udział w aukcji wejściówek w sieci. Namówiliśmy już 1/4 polskich teatrów na udział w tym przedsięwzięciu.

Teraz myślimy o wdrożeniu transmisji live przedstawień teatralnych. Załóżmy, że we wtorek w warszawskim Teatrze Dramatycznym o 19 jest sztuka…Mógłbyś ją obejrzeć na żywo o tej samej porze w Poznaniu.

Sieć coraz mocniej miesza się z rzeczywistością. Jesteśmy świadkami narodzin „internetu rzeczy”. Czy czeka nas rewolucja polegająca na wymieceniu z rynku biznesmenów starego typu? Może za dziesięć lat na liście 100 najbogatszych Polaków w pierwszej dziesiątce nie będzie żadnego reprezentanta tradycyjnych branż?

Sądzę, że ogólnie rzecz biorąc, sieć nie zagraża tradycyjnemu biznesowi, bo start-upy internetowe polegają na wymyślaniu nowych rzeczy. Oczywiście są branże, w których nowe technologie wywołują rewolucję, jak Uber w branży taksówkarskiej, ale to wyjątki.

Niektórym wydaje się, ze internet rzeczy to samoczynnie ustawiająca się klimatyzacja. Tak to obrazowano w filmach sprzed dekady. To zbytnie uproszczenie. Nie ma sensu wprowadzać internetu rzeczy tam, gdzie równie tanio opłaca się działać „analogowo”.

Na pewno jednak dużo się dzieje. Zwłaszcza w kwestii samojezdnych aut. Wielkie możliwości otworzą się, gdy auta będą mieć własne IP. Poczekamy, zobaczymy.

Rozmawiał Sebastian Stodolak

Rafał Agnieszczak jest nazywany Markiem Zuckerbergiem polskiej sieci. Od 16 lat inwestor i twórca portali Fotka.pl, Furgonetka.pl, Społeczności.pl, Szafa.pl, Fotka.pl i Finansowo.pl

Rozmowa odbyła się na Europejskim Kongresie Finansowym w Sopocie.

Autor: Sebastian Stodolak,
Dziennikarz, filozof, muzyk, pracuje w Dzienniku Gazecie Prawnej.

Reklama

Reklama

  • ed(2016-08-19 07:35) Odpowiedz 03

    Pierwsza bariera na początek: trzeba mieć 500zł miesięcznie na płacenie haraczu dla ZUS-u, chyba że ktoś już prowadził DG to 1100zł.

    Pokaż odpowiedzi (1)
  • jacezar(2016-08-19 15:40) Odpowiedz 01

    Przez pierwsze dwa lata realny koszt małego ZUSu to nawet 170 pln. Potem realny koszt to 670 pln. W tym jest ubezpieczenie NFZ i jakaś tam kiedyś najniższa emerytura. Generalnie pieniądze w większości wrócą do przedsiębiorcy. Jak ci tak źle to poczekaj na podatek jednolity od Pisu, gdzie zapłacisz 40% ale Zusu oficjalnie nie bedzie ^^

  • Kasa, Kasa , kasa(2016-08-21 22:08) Odpowiedz 00

    Bez kasy na reklamę w Google , na Facebooku itd się nikt nie przebije. Pięć lat do tyłu tak było ale nie teraz gdy rynek się zapycha.

Twój komentarz

Zanim dodasz komentarz - zapoznaj się z zasadami komentowania artykułów.

Widzisz naruszenie regulaminu? Zgłoś je!

Polecamy

Wiadomości branżowe

Tylko na Forsal.pl

Infografiki, wykresy, mapy

Opinie

Najnowsze galerie>>

wszystkie »

Finansopedia forsal.pl

popularnenajnowsze