Na nic zdały się obniżki stóp i utyskiwanie na przewartościowanie waluty przez władze monetarne. Dla walut gospodarek oferujących wysokie w przestrzeni G-10 stopy procentowe ważniejsze okazało się, że przestraszony czynnikami globalnymi Fed odłożył podwyżki stóp (jedno podwyższenie zamiast czterech podwyżek). Po wygaśnięciu awersji do ryzyka i ustabilizowaniu nastrojów popchnęło to kapitał w kierunku ryzykownych inwestycji (w tym także świata emerging markets, czego rodzime aktywa niestety nie odczuły ze względu na pojawienie się premii za ryzyko polityczne).

Jeszcze silniej, ponieważ około 18 proc. podrożał jen. To efekt nieudolnego luzowania polityki przez Bank Japonii i redukcji krótkiej pozycji, która rynek budował ją przez lata w oczekiwaniu na kolejną falę deprecjacji. Na drugim biegunie oczywiście funt, który za sprawą decyzji o brexicie jest słabszy o prawie 15 proc. niż przed rokiem.

Euro straciło w tym czasie do dolara 2,5 proc., ale w kategoriach efektywnych (koszyk ważony obrotami handlowymi) jest najmocniejsze w erze ilościowego luzowania przez ECB. Indeks dolarowy jest w rezultacie na poziomach zbliżonych do średniej wartości notowanej od początku 2015 roku, kiedy silny aprecjacyjny trend wytracił impet i dolar wszedł w szeroką konsolidację.

Mimo odkładania podwyżek stóp przez Fed nie doszło zatem do silnego odwrotu od dolara. Trudno oprzeć się wrażeniu, że FOMC może kolejnymi gołębimi zwrotami co najwyżej stopować i oddalać jego aprecjację. W końcu wolniejsze zacieśnianie, to ciągle zacieśnianie i dopóki inne banki centralne (ECB, Bank Japonii) nie zejdą z kursu (choćby nieudolnego) luzowania, to dolar jawi się jako najsensowniejsza średnioterminowa alternatywa. NZD, czy SEK, czyli waluty o mniejszym znaczeniu mogą wprawdzie potencjalnie budować trwalsze aprecjacyjne trendy, ale pozostaną one tendencjami o drugorzędnym znaczeniu i trudno oczekiwać by stawały się motywami przewodnimi notowań na całym rynku.

Oczywiście sytuacji w Chinach nie można bagatelizować. Nierównowagi wewnętrzne wręcz się pogłębiają, ale inwestorzy po kilku miesiącach rynkowych turbulencji (w końcu czkawką próby zapanowania przez władze nad pękająca bańką na szanghajskim parkiecie odbijały się w pierwszym kwartale) uwagę skierowali gdzie indziej.

Ostatnie kilkanaście godzin to umiarkowana aprecjacja dolara przy bardzo niskiej zmienności notowań. Inwestorzy czekają na piątkowe wystąpienie Yellen w Jackson Hole, które pomimo ostatnich ruchów nadal niesie dla USD więcej szans niż zagrożeń. Eurodolar cofa się pod 1,13, ale dopiero przebicie 1,1240 mogłoby dać impuls do mocniejszego ruchu. Złoty nadal pozostaje dość słaby, wczoraj EUR/PLN wychodził ponad 4,31. Spodziewamy się stabilizacji wokół obecnych poziomów, przy czym zwyżki nie powinny wykroczyć poza 4,35.

Nadal sporą przestrzeń do spadków ma przed sobą EUR/SEK. Dolar czeka na impuls z rynku długu, który pogrążony jest w letnim marazmie. Rentowność dziesięciolatek USA jest nadal pod 1,60 proc. Wybicie tego pułapu pozwoli na aprecjację, a najsilniejszy ruch powinien mieć miejsce na USD/JPY. Tyle tylko, że taki scenariusz w najbliższych godzinach wydaje się bardzo mało realny. Przed nami kolejny spokojny dzień na froncie danych makro. Po gigantycznym przyroście zapasów ropy wykazanym przez API (4,5 mln baryłek, najwięcej od kwietnia), uwaga skupi się na publikacji danych przez Departament Energii.

Bartosz Sawicki