Gdy po 1989 r. pod wodzą profesora Leszka Balcerowicza przeorano polski krajobraz gospodarczy, wydawało się, że Gliwice znalazły się na bardzo nieurodzajnym gruncie. Wszyscy wiedzieli, że przemysł wydobywczy, na którym opierała się jego pomyślność, pójdzie w odstawkę i w lokalnej kopalni węgla kamiennego sztygar odgwiżdże niebawem ostatnią zmianę.

Minęło 25 lat. Chociaż kopalnię faktycznie zamknięto, Gliwice to jedno z najprężniej rozwijających się polskich miast – ze sporym budżetem, niewielkim zadłużeniem i bezrobociem oscylującym wokół 5 proc. Proroctwo upadku się nie ziściło. Dlaczego?

Włodarze miejscy mają jedno sztandarowe wyjaśnienie: od 1996 r. w Gliwicach działa specjalna strefa ekonomiczna. Firmy (m.in. General Motors), które tam działają, dają ludziom pracę, a lokalnej gospodarce impuls rozwojowy.

Piękna historia do albumu o ekonomicznym sukcesie Polski. Co więcej, jak jesteśmy nieustannie przekonywani, niejedyna. W Polsce od 20 lat działa 14 specjalnych stref ekonomicznych. Są jednym z głównych sposobów ściągania do Polski zagranicznego kapitału. Firmy inwestujące w ich obrębie w budowę nowych zakładów pracy zwolnione są częściowo z płacenia podatku dochodowego.

Według pierwotnych planów SSE miały zostać zlikwidowane w 2016 r. Zakładano, że do tego czasu nasza gospodarka dojrzeje i okrzepnie. Najwyraźniej jeszcze nie okrzepła – dwukrotnie bowiem przedłużano okres funkcjonowania stref. Mają działać do 2026 r.

Czy to dobrze? Dowiesz się, czytając cały artykuł w Magazynie DGP albo tutaj.