Budowanie nowej siedziby Muzeum Marynarki Wojennej w Gdyni od początku miało pod górkę. Czy raczej, trzymając się nomenklatury wodnej, pod prąd. Choć pierwszą łopatę wbito jeszcze w 2002 r., to na uroczyste otwarcie czekano ponad 10 lat. Udało się pod koniec 2012 r. Jak można przeczytać na stronie internetowej MMW: „całościowy koszt budowy i wyposażenia wyniósł prawie 18 mln złotych, w tym blisko 8 mln zgromadzonych przez Fundację »O dach dla historii Marynarki Wojennej«”.

Jednak otwarcie budynku i liczni zwiedzający wcale nie oznaczają, że epopeja budowlana się zakończyła. Na łamach DGP tak opisywaliśmy perypetie trójmiejskiej firmy Extrabau, która była jedną ze stawiających budynek: „Kontrakt opiewał na 11 mln zł, a prace dodatkowe wyniosły około miliona złotych. – Spóźniliśmy się z oddaniem o trzy tygodnie. Przez to nałożono na nas prawie pół miliona kar umownych. Ale nikt nie wziął pod uwagę, że z winy inwestora straciliśmy tych dni dużo więcej. Muzeum nie ma pieniędzy na roboty dodatkowe i dlatego próbuje odzyskać pieniądze z kar. Jestem przekonany, że w sądzie sprawę wygramy – irytował się Jarosław Karasewicz, członek zarządu Extrabau”.

Zupełnie inaczej sprawę widział ówczesny dyrektor muzeum Andrzej Nowak. – Ostatniej transzy nie mogłem wypłacić, bo musieliśmy naliczyć kary umowne za opóźnienie. To było 23 tys. zł za jeden dzień. To nie jest kwestia tego, czy ja tę karę chcę naliczyć, czy nie – po prostu taki obowiązek nakładają na mnie przepisy – tłumaczył urzędnik.

Ta historia jest jeszcze daleka od zakończenia. Można by wręcz rzec, że dzieje się na naszych oczach. Na początku tego roku sąd okręgowy zasądził na rzecz wykonawcy ok. 800 tys. zł. Do zwrotu naliczonych kar doszły jeszcze ustawowe odsetki i koszty sądowe. Później były negocjacje. – Siedliśmy do stołu i próbowaliśmy zawrzeć umowę z wykonawcą. Nie dogadaliśmy się. W pewnym momencie musiałem powiedzieć „non possumus”. Nie byliśmy od siebie daleko, ale jednak nie spotkaliśmy się – opowiada obecny dyrektor placówki Tomasz Miegoń. – Czekamy na wyznaczenie terminu w sądzie apelacyjnym. Jesteśmy przekonani o tym, że utrzyma ten wyrok w mocy – opowiada mecenas Sebastian Wojdył, który specjalizuje się w kwestiach budowlanych i reprezentuje Extrabau w tym sporze.

W uproszczeniu konflikt można opisać tak: zamawiający wie, że faktycznie doszło do pewnych opóźnień po jego stronie. Wykonawca i tak w sumie zrobił niezłą robotę. Wyrok sądu wydaje się przesądzony jeszcze przed rozprawą. Najbardziej gospodarne byłoby zawarcie ugody, czyli odstąpienie od kar już na tym etapie postępowania. Jednak urzędnik, w tym wypadku dyrektor muzeum, słusznie (o czym poniżej) uważa, że nie może nie dochodzić kar. Jego następca jest odważny, mając już wyrok przesądzający wypłatę pieniędzy, próbuje się z wykonawcą dogadać. Ale na tym etapie wykonawca jest już w bardzo komfortowej sytuacji i tym samym znacznie mniej chętny do negocjacji. Wychodzi więc na to, że zamiast niecałego pół miliona trzy lata temu podatnik zapłaci teraz 800 tys. zł (do niezasadnie zdaniem sądu naliczonych kar sądowych doszły jeszcze odsetki ustawowe i koszty sądowe). Tak więc w tym wypadku prawo – a dokładniej słynny w kręgach urzędników artykuł piąty ustawy o odpowiedzialności za naruszenie dyscypliny finansów publicznych – kosztowało nas wszystkich ok. 300 tys. zł. Warto raz jeszcze podkreślić: urzędnik zachował się zgodnie z prawem. Ba, on wręcz nie mógł zrobić nic innego.

Treść całego artykułu można przeczytać w weekendowym wydaniu DGP albo tutaj.