W poniedziałek tygodnik „Focus” poinformował, że Angela Merkel nie zamierza ratować Deutsche Banku z pieniędzy podatników. Departament Sprawiedliwości USA żąda od banku zapłaty 14 mld dol. odszkodowania za to, że w latach 2005-2007 bank handlował papierami wartościowymi zabezpieczonymi kredytami hipotecznymi, które zostały uznane przez amerykańskie władze za "toksyczne". Choć Deutsche Bank zapewnia, że nie ubiega się o państwowe wsparcie, doniesienia o braku pomocy ze strony rządu Niemiec wywołały giełdową wyprzedaż akcji giganta. Walory Deutsche Banku zanurkowały o ponad 7,5 proc. do rekordowo niskiego poziomu 10,55 euro za akcję. Od początku roku wartość akcji banku stopniała już o ponad połowę, a od 2008 roku o 90 proc. W 2015 roku bank zanotował najwyższą w historii stratę w wysokości 6,7 mld euro.

Jak pisze Bloomberg, opór niemieckich władz wobec pomocy Deutsche Bankowi to przede wszystkim zabezpieczenie przed zbliżającymi się wyborami oraz jasny sygnał dla USA: jeśli kara będzie zbyt duża, niemieccy podatnicy nie będą jej ponosić.

Obawy inwestorów dotyczące kondycji największego niemieckiego banku mogą jednak szybko wymknąć się spod kontroli i skupić się na samym Berlinie. I choć z politycznego punktu widzenia dla Angeli Merkel jest to bardzo niewygodne, rynek postrzega Deutsche Bank i Niemcy jako jedną całość. Widać to chociażby na wykresie przedstawiającym wycenę CDS-ów Niemiec i Deutsche Banku. W ostatnich tygodniach ceny 5-letnich kontraktów zabezpieczających przez ryzykiem bankructwa jednego i drugiego podmiotu wyraźnie pną się w górę.

Deutsche Bank to bank systemowy. Wartość jego aktywów przekracza 2 bln dol. To prawie dwie trzecie rocznego PKB Niemiec. Im słabszy będzie bank, tym bardziej podejrzliwie inwestorzy patrzeć będą na całą niemiecką gospodarkę.

Deutsche Bank zapewnia, że jest w stanie poradzić sobie bez pomocy rządu, a zwiększanie kapitału nie jest teraz przedmiotem dyskusji. W podobnym tonie wypowiedział się w poniedziałek rzecznik prasowy Angeli Merkel, który podkreślił, że w tej chwili „nie ma podstaw do spekulowania na temat pomocy państwowej dla banku”. Taka postawa jest zrozumiała z politycznego punktu widzenia: ostatnią rzeczą, jakiej potrzebuje teraz Merkel, jest przyznanie, że największy krajowy bank potrzebuje pomocy podatników.

Stany Zjednoczone doskonale zdają sobie sprawę, że Deutsche Bank nie będzie w stanie samodzielnie spłacić 14 mld dol., ale niemiecki rząd może to zrobić z łatwością. To też tłumaczy, dlaczego rzecznik niemieckiego rządu Steffen Seibert powiedział, że liczy na "uczciwy wynik" prowadzonego w USA postępowania wobec banku.

Ta gra jest jednak bardzo ryzykowna i szybko może przerodzić się w prawdziwą katastrofę. Jeśli Deutsche Bank zostanie przyparty do muru i zmuszony do zapłacenia jeszcze większej kary, może przestać wypłacać kupony od niektórych obligacji.

Jak na razie nie mówi się jeszcze o tak bolesnych konsekwencjach kryzysu wokół Deutsche Banku, jak obniżki ratingów, ale Niemcy nie mogą wykluczać nawet takiego scenariusza. Im więcej dokapitalizowania będzie potrzebował bank, tym większe prawdopodobieństwo, że Berlin będzie musiał wkroczyć do akcji i wesprzeć giganta.

Ten polityczny impas ma polityczne rozwiązanie, jednak piętrzące się niepewności sprawiają, że rynek staje się coraz bardziej nerwowy. Trudno sobie wyobrazić, że obawy związane z Deutsche Bankiem przestaną nagle rzutować na nastawienie do całej gospodarki Niemiec, dlatego władze w Berlinie powinny mieć do na uwadze wybierając pozycję negocjacyjną.

Agencja Fitch utrzymała w zeszłym tygodniu rating Niemiec na najwyższym poziomie AAA. Jednym z argumentów cytowanych przez agencję był stabilny system bankowy w kraju i mocna pozycja kapitałowa tutejszych instytucji finansowych. Wśród wymienionych zagrożeń znalazł się jednak Deutsche Bank i konsekwencje zapłaty ewentualnych odszkodowań.

>>> Czytaj też: Co dalej z polską bankowością? Repolonizacja - tak, nacjonalizacja - nie