Panuje błogie przekonanie, że w zasadzie wszystko jest w porządku. A społeczeństwo odziedziczone po PRL jest dość egalitarne. Oczywiście bardzo możliwe, że bogaty kapitalistyczny Zachód wciąż jeszcze odczuwa klasowe antagonizmy mocniej niż my w Polsce. Trzeba jednak przyznać, że oni przynajmniej próbują się z tym tematem na poważnie zmierzyć.

Mam wrażenie, że w Polsce nikt nie traktuje poważnie tego, że społeczeństwo składa się z klas. Jednym kategoria „klasy” śmierdzi PRL-owską oficjałką. Inni żyją w przekonaniu, że społeczeństwo jest bezklasowe, i na dowód mogą nam przytoczyć dziesiątki opowieści swoich znajomych (należących najczęściej oczywiście do tej samej klasy społecznej). Jeszcze innych ta perspektywa nie interesuje zupełnie. Wolą mówić o problemach abstrakcyjnego konsumenta albo statystycznego gospodarstwa domowego. A potem się dziwią, że świat nie chce się dopasować do ich opisu.

Tymczasem klasy istnieją. I są jak duże szklane klatki wyznaczające zakres ludzkich szans, perspektyw oraz aspiracji. Mówiąc krótko. Kto urodził się w ramach klas niższych, ma ogromne szanse, że się z nich nigdy nie wyrwie. A w większości przypadków pewnie nawet nie będzie próbował. Ściany klas są wszak przezroczyste. A to znaczy, że zderzą się z nimi tylko ci, którzy podejmą próbę wejścia na ścieżkę społecznego awansu. Pozostali poprzestaną na dreptaniu w jej wnętrzu. Wśród milionów podobnych istnień. Oczywiście niektórym uda się unieść szklane wieko i przeskoczyć do wyższej klasy. To jednak nigdy nie będzie ich wyłączna zasługa. Za każdym razem takie awanse będą wypadkową prowadzonej w sposób świadomy polityki publicznej: a więc choćby tego, czy w kraju jest publiczny system edukacyjny. I to nie tylko jakikolwiek. Tylko taki, którego absolwenci będą faktycznie zdolni do rywalizacji na rynku pracy z wychowankami bardziej elitarnych szkół prywatnych. Oraz cała masa innych czynników (dostęp do kultury, prawa pracownicze, wzorce odżywiania etc.).

Jest jeszcze jedna rzecz, która w temacie klas odróżnia Polskę od krajów bogatego Zachodu. U nas panuje błogie przekonanie, że w zasadzie wszystko jest w porządku. A społeczeństwo odziedziczone po PRL-u jest dość egalitarne (Gini pod kontrolą, co nie?). Oczywiście bardzo możliwe, że bogaty kapitalistyczny Zachód wciąż jeszcze odczuwa klasowe antagonizmy mocniej niż my w Polsce. Trzeba jednak przyznać, że oni przynajmniej próbują się z tym tematem na poważnie zmierzyć. Ot choćby wydana wiosną książka „Respectable. The Experience of Class” (Szanowani. Doświadczenie klasowości) dziennikarki „Guardiana” Lynsey Hanley. Czy publikacje wyrazistego publicysty i aktywisty Owena Jonesa „Chavs. The Demonisation of the Working Class” (Dresiarnia. O demonizacji klas pracujących).

Ich opowieści są ciekawe również dla polskiego czytelnika. Pokazują bowiem, skąd wziął się problem z klasowością, który mają dziś wyspiarze. I wychodzi im on coraz bardziej w decyzjach politycznych. Takich, jak choćby Brexit, poparty wszak głównie przez klasy niższe. Wspomniana przed chwilą dziennikarka Lynsey Hanley proponuje w swojej książce następujące wytłumaczenie. Jej zdaniem Wielka Brytania przeszła w okresie powojennym wielką bezkrwawą rewolucję: z nowoczesnego społeczeństwa producentów przemieniła się w ponowoczesny kraj konsumentów.

Dla dawnej klasy robotniczej była to zmiana kluczowa. Która zasadniczo wpłynęła na ich status. I nie chodzi tu bynajmniej o sam brak pieniędzy. Bo ten nie był aż tak dotkliwy i nie przyszedł od razu. Zmiana statusu klas niższych nastąpiła na trzech fundamentalnych polach. Po pierwsze, upadek związków zawodowych sprawił, że brytyjski pracownik tracił stopniowo swoją podmiotowość wywalczoną w wielkich bólach w poprzednich 100 latach. Stawał się coraz bardziej przedmiotem swobodnej gry podaży i popytu. Rozgrywanej w coraz to bardziej zglobalizowanej skali. Po drugie, towarzyszył temu zalew negatywnej propagandy wymierzonej w tych, którzy nie chcą się pogodzić z nieuchronnymi zmianami i globalnymi trendami. Ostre moralizatorskie przeciwstawienie tych zaradnych, którym udało się wyrwać z biedy, oraz reszty luzerów sprzęgło się wnet z problemem rasowym (większość migrantów trafiających do Wielkiej Brytanii w okresie powojennym to byli przedstawiciele klas niższych). Po trzecie wreszcie, swoją rolę odegrała polityka publiczna wspierająca podział na zaradnych i roszczeniowych. Faworyzująca np. tych, którzy aspirowali do posiadania mieszkania własnościowego (choćby za cenę dożywotniego kredytu), kosztem lokatorów miejskiego zasobu komunalnego.

Te wszystkie procesy trwały – według Hanley – przez cały okres powojenny. To uderzające, ale czytając pracę Brytyjki, nie mogłem się oprzeć wrażeniu, że wszystkie te procesy pokrywają się z doświadczeniem polskim. Z tą tylko różnicą, że one dokonały się u nas przynajmniej dwa razy szybciej (start to oczywiście 1989 rok). Co może oznaczać, że i u nas problem klasowości wkrótce wybuchnie. A jak się patrzy na rzeczywistość polityczną ostatnich miesięcy, to może już nawet eksplodował. ⒸⓅ

>>> Czytaj też: Bezrobocie w Polsce spadło do 5,9 proc. Niższe ma tylko sześć państw UE