To było prawdziwe zaskoczenie. W środę późnym wieczorem organizacja zrzeszająca eksporterów ropy po raz pierwszy od ośmiu lat poinformowała o osiągnięciu wstępnego porozumienia w sprawie redukcji wydobycia. Dzienny limit ma zostać ograniczony do 32,5 mln baryłek, czyli o prawie 750 tys. baryłek mniej niż sierpniowe wydobycie w krajach OPEC. Porozumienie ma zostać oficjalnie ogłoszone 30 listopada podczas spotkania kartelu w Wiedniu.

Reakcja rynku była natychmiastowa – cena ropy WTI na NYMEX skoczyła do 47,83 dol. za baryłkę. W piątek po porannych spadkach wartość ta znowu zaczęła rosnąć, chwilowo przekraczając nawet poziom 48 dol. Ceny ropy brent utrzymywały się w okolicy 49 dol., ale poniżej czwartkowego zamknięcia. – OPEC osiągnęła pewien efekt psychologiczny. Trudno natomiast wyciągać daleko idące wnioski co do przyszłości – twierdzi analityk firmy e-Petrol Grzegorz Maziak. Przede wszystkim dlatego, że los porozumienia jest niepewny. Dopiero w Wiedniu zapadną decyzje, o ile ograniczą wydobycie poszczególni członkowie OPEC. Może być z tym kłopot ze względu na sprzeczne cele poszczególnych członków OPEC. Dla Arabii Saudyjskiej ograniczenie wydobycia będzie oznaczało niewielki spadek poniżej rekordowych poziomów, dla Iranu, który rozkręca wydobycie po okresie sankcji – zahamowanie rozwoju.

>>> Czytaj też: OPEC obniży wydobycie ropy. Rosja nie ma takiego zamiaru

Drugim czynnikiem niepewności jest rzeczywisty wpływ ewentualnej listopadowej decyzji OPEC na ceny. Kartel odpowiada za 1/3 światowej produkcji. Przy dziennej produkcji ok. 92 mln baryłek redukcja o 700 tys. nie jest imponująca. Wiele będzie zależało od stanowiska nienależącej do OPEC Rosji, jednego z liderów wydobycia. Na razie rosyjski minister energii Aleksandr Nowak zapowiada, że będzie się przyglądał propozycjom OPEC, ale i deklaruje, że zamierza na razie utrzymać poziom produkcji ropy na dotychczasowym, wysokim poziomie ok. 11 mln baryłek dziennie. W piątek w Soczi rosyjski minister finansów Anton Siłuanow potwierdził, że Rosja nie zmienia założeń co do cen ropy, które mają się kształtować na poziomie około 40 dol. za baryłkę.

Są wreszcie wątpliwości co do trwałości porozumienia. – Decyzja kartelu, jakkolwiek historyczna, tak naprawdę niewiele zmienia. W dalszym ciągu będzie się utrzymywać nadpodaż ropy, a widoki na wzrost popytu są mgliste. Co więcej, doświadczenie uczy, że producenci ropy będą wydobywać więcej, niż wynoszą ustalone limity – twierdzi Marcin Kiepas, analityk easyMarkets. Do gry mogą się też aktywniej włączyć nowi gracze. „Perspektywa cięcia wydobycia i utrzymania się wyższych cen ropy doprowadzi do zwiększenia wydobycia w USA. Efekt nie będzie natychmiastowy i na nową ropę trzeba będzie poczekać przynajmniej pół roku, ale jej pojawienie się na rynku osłabi wzrost cen” – twierdzi na swoim blogu główny ekonomista PKN Orlen Adam Czyżewski.

Jak rozgrywki na globalnym rynku wpłyną na portfele polskich kierowców? Jak wynika z danych Polskiej Izby Paliw Płynnych, w piątek ceny hurtowe wzrosły o 9 gr za litr. Analitycy jednak uspokajają. – Możemy mówić o zahamowaniu obserwowanego od kilku tygodni spadku cen, ale nie spodziewam się jakichś szczególnie negatywnych konsekwencji. Możliwe są niewielkie wzrosty cen – ocenia Grzegorz Maziak. „Ze względu na zawirowania na rynku ropy naftowej i wynikający z tego wzrost cen hurtowych w przyszłym tygodniu właściciele przynajmniej części stacji mogą podnieść ceny paliw. W konsekwencji średni poziom cen detalicznych może się ukształtować na poziomie wyższym o 2–3 grosze za litr” – oceniają analitycy BM Reflex. „Szanse na dalsze obniżki cen benzyn i oleju napędowego zmalały praktycznie do zera” – dodają.

>>> Czytaj też: Podwyżki cen paliw przesądzone. Ile zimą zapłacimy za tankowanie?