Argumentacja osób, które nabrały wody w usta albo które tak recenzują film, aby nie skrytykować dzieła, lecz napisać o czymś innym (np. że lewacy krytykują „Smoleńsk”, wiadomo), jest zrozumiała. „Oni” tylko czekają na „nasze” wybrzydzanie, aby zacytować je w swoich rubrykach z gatunku „prawica plecie” i napuszczać jednych prawicowców na drugich. Antoni Krauze jest porządnym i odważnym człowiekiem, podobnie jak aktorzy, którzy ryzykują zawodowy prestiż, biorąc udział w pisowskiej narracji. I tak dalej. Mają prawo oczekiwać, że przynajmniej my nie dołączymy teraz do chóru krytyków. I tak dalej.

Prawica dziennikarska zbyt długo przedstawiała się jako drużyna niepokornych, aby prowadzić grę z czytelnikiem: kiedy prawda bije w PO i Nowoczesną, jesteśmy jej nieustraszonymi piewcami, lecz chowamy prawdę na pawlaczu, kiedy jest odwrotnie. Odwaga i kunktatorstwo nie stanowią pary. Ucieczka w wygodne schematy – „film prowokuje do dyskusji”, „film ma wzruszające momenty”, „skłania do refleksji nad kondycją mediów”, „film wywołał wściekłość Tomasza Raczka” – jest ganianiem po mieście bez spodni. Bardzo dobry film również prowokowałby do dyskusji, wzruszał, skłaniał i wywoływał wściekłość (może nawet także Raczka).

Podobne kunktatorstwo poprowadziło polityków w stronę klęski w znacznie poważniejszej sprawie – ochrony życia. Ogół posłów PiS zalicza się do tych 89 proc. Polaków, którzy nie życzą sobie uszczelniania prawa aborcyjnego. Niemal pewni, że z projektu nic nie będzie, reprezentanci partii zagłosowali za odrzuceniem jednego, a przyjęciem drugiego projektu społecznego tylko po to, aby móc bezboleśnie przedstawiać się jako ci świętsi od papieża i świętsi od miękkich kolegów. Rezultat wiadomy. Chcieli mieć chwałę, ugotowali smętną porażkę.

Nie jest łatwo bronić prawdy niewygodnej. Ani politykom, ani publicystom. Konformizm łatwiej jednak wybaczać tym pierwszym – ich zawód akurat nie polega na pryncypialnej obronie prawdy.

>>> Polecamy: Krauze: "Zamach był. Bez dwóch zdań". Reżyser o filmie "Smoleńsk"