Dominowały obawy przed zmianami politycznymi. Donald Trump w USA, Marine Le Pen we Francji, AfD w Niemczech, Ruch Pięciu Gwiazd we Włoszech, Podemos w Hiszpanii, ryzyko rozpadu strefy euro i Unii Europejskiej, ryzyko ograniczenia wolnego handlu – to wszystko są objawy szerokiego trendu narastającej niechęci do globalizacji. MFW twierdzi, że nasilające się ruchy antyestablishmentowe to jedno z głównych zagrożeń dla światowej gospodarki. Gdzie nas ten trend zaprowadzi?

Żeby odpowiedzieć na to pytanie, trzeba dociec źródeł wstrząsów politycznych. Część z nich ma charakter fundamentalnych zmian, których konsekwencje mogą być długofalowe, ale część to przejściowe wstrząsy, które musimy przeczekać. Innymi słowy, niektóre zmiany mają charakter ruchów tektonicznych, zmieniających krajobraz, ale inne to huragany, które zasieją chaos, ale przejdą. To moja próba odróżnienia, co jest czym.

źródło: Dziennik Gazeta Prawna

Powszechnie dominująca interpretacja jest taka, że głównym powodem rosnącej siły ruchów populistycznych jest rozczarowanie globalizacją wśród klasy średniej krajów rozwiniętych. I to może być rzeczywiście zmiana tektoniczna. Ekonomista Branko Milanović doskonale wytłumaczył źródła tego rozczarowania, pokazując – na podstawie zebranych przez siebie danych – że w ostatnich 30 latach klasa średnia (jej dolne warstwy) krajów rozwiniętych była jedyną grupą, której dochody nie wzrosły. Ludzie ci czują się opuszczeni przez dotychczasowe elity i stawiają na nowych liderów, reprezentujących inne wartości polityczne niż liberalno-demokratyczne. Choć problem może być dużo głębszy niż tylko rozczarowanie niskimi dochodami. Prorokiem dzisiejszych czasów jest tak naprawdę Dani Rodrik, który jeszcze przed kryzysem finansowym pisał, że świat może utkwić w nierozwiązywalnym trylemacie (trylemat to analogia dylematu, tyle że zamiast dwóch opcji są trzy) – nie można, sugerował turecko-amerykański ekonomista z Harvardu, promować i posiadać jednocześnie demokracji, suwerenności państw i głębokiej integracji gospodarczej. Reformułując nieco Rodrikowski trylemat i dostosowując go do dzisiejszych wyzwań, należałoby powiedzieć, że nie można mieć jednocześnie demokracji, stabilnego ładu międzynarodowego i głębokiej integracji finansowej.

Możliwe, że obserwujemy dziś rozpad trójkąta złożonego z trzech niemożliwych do połączenia celów. Ponieważ demokracja i ład międzynarodowy będą zapewne uznane za priorytet, ograniczona zostanie globalizacja finansowa i gospodarcza. Od zdolności liderów politycznych będzie zależało, czy będzie to proces bardzo bolesny, może nawet rewolucyjny, czy też łagodny. Nam w Polsce powinno zależeć, by jak najwięcej dobrodziejstw globalizacji zostało utrzymanych, ponieważ na otwarciu zachodnich gospodarek na handel z nami wydatnie zyskaliśmy.

Ale w moim przekonaniu wyjaśnienie turbulencji politycznych jedynie globalizacją jest niewystarczające. Jest kilka innych procesów, które wedle mojego przekonania mają charakter mniej fundamentalny i będą wymagały przeczekania i dostosowania.

Po pierwsze, gwałtowne zmiany w mediach sprawiają, że do ludzi zaczynają docierać zupełnie inne treści polityczne niż jeszcze dekadę lub dwie temu. Rośnie rola mediów społecznościowych, gdzie rolę liderów opinii przyjmują często przypadkowi ludzie, a spada rola mediów tradycyjnych, które były swojego rodzaju filtrem oddzielającym najbardziej radykalne komunikaty. Ten proces był tak szybki, że mainstreamowe partie nie zdążyły się do niego dostosować, ani się obejrzały, jak zostały zalane setkami ton komunikacyjnego szamba. „Time” napisał ostatnio na okładce, że tracimy internet dla kultury hejtu. Tyle że to może być moda, która przeminie. Media społecznościowe to na tyle nowa rzecz, że system polityczny jeszcze nie zdążył jej oswoić. Ale system się przyzwyczai, a ludzie skierują uwagę na nowe mody, jak wirtualna rzeczywistość.

Po drugie, utrzymywanie się u władzy tych samych polityków przez długi okres sprawia, że w ludziach narastają naturalny bunt i chęć zmian. Motorem tego buntu są często ludzie młodzi, którzy mają tendencje do podważania istniejących zasad w celu dostosowania systemu do swoich potrzeb. Nieprzypadkowo silne wstrząsy w systemach politycznych występują w interwałach 20–30-letnich, czyli co pokolenie. „Każde pokolenie ma własny czas, każde pokolenie chce zmienić świat” – śpiewał zespół Kombii. Co jakiś czas muszą pojawić się politycy, którzy podważą część fundamentów dotychczasowego systemu, jest to bardziej zjawisko cykliczne (mowa o długich cyklach) niż jakaś specyficznie współczesna zmiana tektoniczna. To nie jest bunt ludzi głodnych, pozbawionych praw, godności i nadziei, jak to bywało w czasach rewolucji. To bunt ludzi, którzy chcą, żeby było inaczej, niż jest.

Po trzecie wreszcie, długotrwały kryzys gospodarczy w krajach rozwiniętych, połączony z sukcesem takich państw jak Chiny, sprawił, że w głowach wyborców podważona została unikalność liberalnej demokracji jako systemu najlepszego z możliwych. Nawet wśród intelektualistów zachodnich zaczęły pojawiać się opinie, że chiński system polityczny może być bardziej stabilny i trwały oraz lepiej odpowiadać na potrzeby obywateli niż zachodnie demokracje. Tyle że ogromna przewaga w tempie rozwoju Chin nad światem zachodnim była najprawdopodobniej przejściowa. Jeszcze dziś udaje się Chinom utrzymać niemal 7-procentowy wzrost gospodarczy, ale słabnące inwestycje prywatne oraz gigantyczne zadłużenie korporacji sprawiają, że wkrótce kraj ten może zejść na ścieżkę 3–4-procentowego wzrostu. Jednocześnie kraje zachodnie powoli będą zrzucały z siebie ciężar pozostawiony przez kryzys finansowy, w miarę jak spadać będą bezrobocie i zadłużenie. Relatywna atrakcyjność modelu chińskiego będzie się obniżać.

Współczesne ruchy populistyczne to są w jakiejś mierze siły, które mogą znacząco odmienić świat, w niewiadomym dziś kierunku. Ale są to przejawy przejściowych wstrząsów, naturalnych dla każdego złożonego systemu, który co jakiś czas przechodzi dostosowania. Ja bym więc przed nimi nie panikował. 

>>> Czytaj też: Czy leci z nami pilot? Deklaracje Macierewicza kontra realne działania wojska