Ile to wszystko kosztuje?

O co pani pyta?

O to, kto za to płaci?

Ja. A konkretnie moje zdrowie. I zdrowie mojej rodziny.

Pytam o pana promocję, wybielanie i ocieplanie wizerunku. Ile pan zapłacił agencji PR?

Ma pani złe informacje. Nie zapłaciłem żadnej agencji PR. A jeśli pani pyta o sprawy reklamowe dotyczące mojej książki, to zły adres, bo jestem jej autorem, a o całą resztę dba wydawnictwo.

Przecież pan promuje siebie, a ta książka to dodatek do tej promocji.

Skończył się pewien czas, kiedy moje możliwości występowania w mediach były ograniczone.

Co to znaczy?

Więcej nie mogę powiedzieć, bo to efekt zapisów i sposobu rozstania się z TVN.

TVN zapłacił panu milion złotych, do końca września tego roku miał pan zakaz konkurencji, a teraz ruszył pan z ofensywą – tak mam to rozumieć?

Proszę rozumieć jak pani uważa za właściwe. Przestałem pracować w TVN, przestałem zarabiać i chyba naturalnym jest, że zacząłem organizować sobie życie zawodowe.

Wiem, że wiele osób w Polsacie ma problem z tym, że pan zaczął pracę w tej stacji, nie chcą panu ręki podać.

Dla części środowiska jestem diabłem wcielonym, dla części nie. To ich decyzja. Jestem po kilku spotkaniach z moim małym zespołem w Polsacie i mam nadzieję, że wszyscy robimy fajny projekt.

Kobiety też są w tym zespole?

Oczywiście.

Pana nowi szefowie nie poczekali na decyzję sądu, czy "Wprost" napisał prawdę o tym, że pan molestował i mobbingował podwładnych.

Tak twierdzi Sylwester Latkowski i jego współpracownicy. Z powodu dwóch tekstów we "Wprost" nie pozwolę się zepchnąć do narożnika, w którym będę się musiał tłumaczyć z tego, czy zatrudniam więcej kobiet, czy mężczyzn? Czy ktoś się bał dołączyć do mojego zespołu, czy nie? Czy w sieci wrze, czy nie? Czy internet huczy, czy nie? Poszedłem do sądu, bo nie chciałem, by ludzie przyjęli to, co zostało napisane we "Wprost", za prawdę. Nie pozwolę, by ktoś szargał moje dobre imię. Jak to mówią na Śląsku – fajrant. Tyle.

Ale "Newsweekowi" pan nie wytoczył procesu.

A za co?

Pan żartuje? Mieli okładkę z panem, a w środku tekst z wypowiedziami pana podwładnych o tym, jak pan ich traktował.

Nie pamiętam.

"Biedna dziewczyna od headów nigdy nie mogła być pewna, co tym razem się spodoba Kamilowi. Rzucał kartkami, wyzywał od debili. Robił, co chciał. Był przekonany, że jest lepszy, mądrzejszy, że wszystko mu wolno..." – to o panu w "Newsweeku".

To było w tym samym czasie, w którym ukazały się artykuły we "Wprost"?

Tak.

Oczekuje pani, że będę się odnosił do opisanej przez anonimowe źródło historyjki? Nie będę. Najwyraźniej uznałem, że ten artykuł mnie nie krzywdzi. O ile sobie przypominam, był uczciwy. Wie pani, mam dyskomfort, bo po prostu nie pamiętam tego tekstu, a chętnie bym do niego sięgnął.

TVN-owi też pan procesu nie wytoczył. Bo wypłacili panu grubą kasę i się po prostu panu nie opłacało.

Jak to się ładnie w dyplomacji mówi: ani nie potwierdzam, ani nie zaprzeczam.

Ale zwolnili pana, bo uznali, że pan molestował i mobbingował.

Nie uznali. Zresztą ich proszę pytać. TVN to jest dla mnie rozdział zamknięty, do nikogo w tej firmie nie mam żadnych pretensji.

Bo panu zapłacili.

Nie. Nie mam pretensji, mam żal.

Do Edwarda Miszczaka, Adama Pieczyńskiego i Piotra Waltera?

Tak, do nich trzech. Bo tego Szwajcara, prezesa, nigdy nie uważałem za członka zespołu. To był człowiek wynajęty, biznesmen.

Miszczak próbował zablokować publikację na pana temat we "Wprost".

Choć z Edkiem miałem najmniej zawodowego kontaktu, to znamy się od 1991 r. I tak sobie myślę, że jak na tyle lat, to jasne, że rachunki mamy wyrównane, bo ja co miesiąc dostawałem bardzo wysoką pensję. Ale na jego miejscu, tak po ludzku, wziąłbym telefon i zadzwonił do Durczoka i powiedział: stary, wokół ciebie jest fatalna atmosfera, pół Polski o tym huczy, nie możemy dalej razem pracować, ale dzięki za te 10 lat. I Edward mógł zadzwonić. I Adam też mógł zadzwonić.

Może za dużo o panu wiedzą.

Wiedzą dużo. Zawodowo prawie wszystko. I wie pani, zaprosiłem ich na otwarcie Silesionu, mojego portalu o Śląsku.

I co?

Nie odpowiedzieli.

Gdyby przyjechali, to pokazaliby, że jest pan niewinny. A oni dobrze wiedzą, że proces się nie skończył. Wiedzą, co mówili pana podwładni podczas przesłuchań przed komisją w TVN.

To nie była żadna komisja, to był sąd kapturowy. I tu mnie nie obowiązują żadne ograniczenia. Wziąłem udział w wielogodzinnym spotkaniu, na którego początku zostałem poinformowany, że komisja rozmawiała z wieloma osobami i że teraz będę pytany. I byłem pytany. Przepytywanie się skończyło i koniec, a ja nie dostałem żadnego raportu, nie mogłem się do niczego ustosunkować.

A prosił pan?

Nie, bo dokument powstawał na wyraźne życzenie tego Szwajcara, prezesa TVN. I był raportem wewnętrznym. Nie czytałem go, znam jedynie informacje, które pojawiły się w internecie.

Te, w których jest napisane, że dopuszczał się pan mobbingu i molestowania, że „zarządzał przez strach”. Oprócz pana przesłuchano 36 osób.

Powtarzam – znam tylko to, co pojawiło się w sieci. Nie mam tego dokumentu. Ma go prokuratura. I ona nie dopatrzyła się ani mobbingu, ani molestowania. Umorzyła śledztwo. A co do zachowania firmy i tej całej pożal się Boże komisji... Wydawało mi się, że kiedy będzie już ten raport, to będę mógł się do niego odnieść, bez względu na to, czy firma będzie się chciała ze mną rozstać, czy nie.

Wiem, że zapłacono odszkodowania trzem pana podwładnym.

Gratuluję źródeł, bo ja nie wiem. Nic nie wiem, od czasu kiedy w kilka godzin kazano mi się spakować, oddać laptopa, samochód, komórkę i przepustkę. Po 10 latach harówy. Myślałem, że pozwoli się mi przedstawić moją wersję wydarzeń. Zaproszono mnie do prezesa i on powiedział, że pojawiło się wiele zarzutów pod moim adresem.

Powiedział jakich?

Powiedział, ale ja w tym momencie muszę zrobić pauzę, bo to są już informacje procesowe, a więc tajne.

To wygodne dla pana, że proces jest tajny, prawda?

Nie. Gdyby było wygodne, to nie chciałbym jawności tego procesu. A wnosiłem o to. Jedna z rzeczy, która mnie solidnie wkurzyła w ciągu tego ostatniego roku z okładem, to właśnie tajność procesu. Tego o molestowanie, rzekome molestowanie. Ja chciałem jawności. Druga strona wnioskowała o utajnienie. Kiedy pojawił się pierwszy świadek i zaczął zeznawać... Nie, tego też nie mogę mówić. Więc z tą wygodą nie jest tak, jak pani mówi.

Musiałby się pan odnosić do każdego zeznania świadków, a zakładam, że są tacy, którzy świadczą przeciwko panu, mówią, że pan molestował i mobbingował.

To jest proces o rzekome molestowanie, nie o mobbingowanie. I nie mam problemu z określeniem się w tej sytuacji. Zna pani taką zasadę in dubio pro reo? To zasada prawna, zgodnie z którą wątpliwości niedających się rozstrzygnąć nie można tłumaczyć na niekorzyść oskarżonego.

Czy ci ludzie mówią nieprawdę na pana temat?

A skąd pani wie, że są świadkowie, którzy tak mówią? Strona przeciwna zgłosiła do tej sprawy chyba ze 112 świadków. Połowy nazwisk nie znałem. Tu muszę postawić kropkę. Proces nie jest jawny.

Historia molestowania opisana przez „Wprost” jest zmyślona? Kobieta, która opowiedziała, że była przez pana molestowana, mówiła nieprawdę?

Na procesie padło już wyjaśnienie w tej sprawie. Nie mogę zdradzać tajemnic postępowania, bo pójdę do więzienia. Jeśli kiedyś, daj Bóg, te akta się odtajnią, to się pani bardzo zdziwi, co to za historia. Byłem na każdej rozprawie, za wyjątkiem tej, na którą nie dotarłem, bo miałem wypadek samochodowy, a która koniec końców się nie odbyła. Znam cały materiał i nie mówię, że z nadzieją czekam na wynik procesu ani że jestem pewien wygranej, bo to by była bezczelna próba nacisku, a ja jestem wychowany w innej kulturze, w szacunku do sądu i prawa. Ale wiem, co robiłem, wiem, że nie molestowałem. Tyle. Wiem, jak jest.

I teraz pan mówi jak Maks Kolonko.

To nie jest dobre porównanie. Ale to pani prawo.

Dostał pan program w Polsacie i nawet jak pan przegra ten proces, to wszystko będzie łatwiej wyciszyć, już panu go nie zabiorą.

Nie wiem, jak pani to wykombinowała. Pani cały czas patrzy na to wszystko jak na wielką rozpisaną kilka miesięcy temu strategię. Litości! Wie pani, że po tym, jak ostatnio zareagowałem na to, że na ulicy w Katowicach facet próbował uderzyć dziewczynę, trzasnął ją w twarz, pojawiły się głosy, że to ustawka. Że robię to, by siebie wypromować, postawić się w roli obrońcy kobiety. Świat jest walnięty, ludzie są nienormalni, jeśli mogą pomyśleć, że reaguję z takich nieczystych pobudek, kiedy widzę, że facet okłada kobietę i szarpie się z nią o dziecko. Dorabianie to tego ideologii, że to PR-owska zagrywka, to zwykły bandytyzm.

Celebryci tak działają.

Profesor Godzic napisał, że celebryci są znani z tego, że są znani, a ja mam taką robotę, że co prawda pracuję również twarzą, ale nie jestem celebrytą. Od 26 lat haruję, zaczynałem jako researcher, potem byłem reporterem, w końcu naczelnym. Gwarantuję, że nie rozrysowałem żadnego planu powrotu. Więcej, bardzo mnie zaskoczyła propozycja z Polsatu, bo raczej się nie spodziewałem zainteresowania z dużych mediów. Wcześniej zgłosiła się do mnie inna firma, też duży koncern medialny. Kiedy jeszcze pracowałem w TVN, miałem pomysł, żeby robić portal na Śląsku i o Śląsku. Myśleliśmy o tym z Darkiem Kmiecikiem, bo widzieliśmy, ile powstaje materiałów w katowickim oddziale TVN i ile się marnuje. Niestety, Darek zginął w październiku 2014 r., ja się rozstałem z TVN i pomysł padł. Po tym wszystkim zacząłem się zastanawiać, co chcę w życiu robić, czy mnie jeszcze interesuje dziennikarstwo.

I oczywiście interesuje.

Hm... Wtedy myślałem wyłącznie o Silesionie. Chociaż miałem też propozycje pracy spoza Polski.

Z Ukrainy, jak były minister Nowak?

Ciepło, ciepło... Kierunek dobry. Miałem się zajmować PR.

Widać, że oni lubią tam takich „złych chłopców”.

Bardzo „dziękuję” za taką etykietę, zwłaszcza zanim sąd wyda wyrok w mojej sprawie. Mam dużo dystansu do siebie, dlatego się nie obrażam. Zwłaszcza że jestem dobrym, a nie złym chłopcem. Wiedziałem, że powinienem robić coś swojego, bo tak między Bogiem a prawdą, wydawało mi się, że takie duże silne media jak Polsat to jest dla mnie zamknięty teren.

To prawda, że partnerka prezesa Solorza jest matką chrzestną pomysłu „Durczok w Polsacie”.

Boże, skąd pani ma takie informacje... Nic mi o tym nie wiadomo. Otrzymałem propozycję, spotkałem się z szefem z informacji w Polsat News, powiedziałem, jaki mam pomysł na program, on – że mu się podoba. Po kilku dniach zaprosili mnie na rozmowy.

I ani się obejrzymy, a Durczok zastąpi w „Wydarzeniach” Gawryluk i Gugałę.

Powiem pani tak, że nie ma dobrych stron tego, co się wydarzyło przez ostatnie półtora roku, ale miałem czas na to, by sobie pomyśleć i przemyśleć, jak funkcjonowałem wcześniej. I wejście w te same buty, w takie same obowiązki, obecność w Warszawie, na tym etapie mnie zupełnie nie interesują.

Teraz pan tak mówi.

Tak. Teraz. Wie pani, pod koniec stycznia 2015 r. planowałem, że w marcu pojadę na narty, a zamiast nart był oddział intensywnej terapii w szpitalu kardiologicznym. Jest takie powiedzenie, że jak człowiek planuje, to się Bóg śmieje.

Pan jest religijny?

Umiarkowanie. Wolałbym się w tej kwestii nie wypowiadać.

Ilu pan dziś udzielił wywiadów? (rozmawiamy 19 października)

Dzisiaj kilku. Jeszcze jutro kilka.

Z dziesięć będzie?

Pewnie tak.

Z tych, które czytałam, wyłania się wizerunek Durczoka, wspaniałego faceta, przeciw któremu cały świat się sprzysiągł.

Ma pani wyjątkową łatwość do generalizowania.

Niech będzie, ale odniosłam takie wrażenie po tym, co przeczytałam. Zresztą nie tylko w wywiadach, ale i po fragmentach pańskiej książki. Bo bał się pan przed wywiadem pokazać mi całość.

W tym rozdziale przytaczam finał pewnego procesu, kiedy to Latkowski wycofał pozew na chwilę przed ogłoszeniem wyroku. Mam zbyt dużo złych emocji w stosunku do człowieka, który zniszczył mi kawał życia. Poza tym nie sądzę, żeby zasługiwał na to, bym o nim pisał. Nie wydaje mi się, by facet, który był zamieszany w sprowadzanie kobiet do prostytucji z krajów byłego Związku Radzieckiego, był ścigany listem gończym w sprawie podwójnego zabójstwa, miał prawo na mój temat się wypowiadać.

Wyrok Latkowskiego się zatarł.

I on chętnie się na to powołuje. Ale okoliczności sprawy się nie zatarły i warto je przypominać i dlatego je przypominam.

Michał Majewski, współautor tekstu we „Wprost”, to uznany dziennikarz śledczy.

Nie wciągnie mnie pani w taką rozmowę. Nie będę się o Michale wypowiadał, bo siedzimy po dwóch stronach sali sądowej. A nie dostała pani fragmentów o Latkowskim, bo to wydawnictwo decydowało, które fragmenty upublicznia. Ale chętnie jeszcze raz powiem – ani ja nie jestem wspaniałym facetem, bo mam wiele grzechów na sumieniu, wiele błędów w życiu popełniłem, wielu ludzi skrzywdziłem i jest grupa ludzi, którzy uważają mnie za świnię i łajdaka, ani cały świat nie jest przeciwko mnie, bo znam ludzi, którzy są przy mnie i mnie szanują. Teraz jest okazja, żebym opowiedział, co myślę o tym wszystkim, co się wydarzyło w moim życiu w ostatnim czasie.

I oto powraca król świata.

Nie jestem królem świata. Nigdy nie miałem poczucia, że jestem królem świata, raczej że miałem szczęście, do którego dołożyłem furę pracowitości i może trochę talentu. Przez 26 lat uprawiałem, wydaje mi się, uczciwe dziennikarstwo. Skończył mi się zakaz konkurencji i wracam do dziennikarstwa. Książkę najpierw zacząłem pisać w ramach terapii. Wydrukowałem i położyłem kartki na podłodze i pomyślałem, że ludzie mogą zobaczyć też moją wersję.

Toż to brzmi jak scenariusz telenoweli.

Pani może mieć takie wrażenie. A ja jeszcze raz mówię, że ta książka powstała podczas terapii, za namową lekarki, która taką obrała taktykę w przywracaniu mnie do pionu. Położyłem te kartki na dywanie, złożyłem i pomyślałem, że to się układa w książkę.

Teraz to czytelnicy się wzruszą.

Nic na to nie poradzę, jednych doprowadzam do białej gorączki, drugich wzruszam.

Teraz jest taki trend, żeby wzruszać.

Są w mojej książce długie fragmenty, w których Durczok się nie oszczędza.

Teraz Polsat inwestuje w filmy, również w biografie. Może się pana życiem zainteresują. Festiwal Filmowy w Gdyni, wygłasza pan mowę...

Może i mam ego wielkości katowickiego Spodka, lecz jeszcze resztkę zdrowego rozsądku posiadam. Gdyby ktoś wpadł na pomysł zrobienia filmu o mojej historii, to najpierw siebie bym puknął w czoło, a potem jego.

Co w tym złego? Książkę już pan napisał?

I to jest spisana wersja tego, co mnie przeorało przez ostatnie półtora roku. I podkreślam, że historia Durczoka to nie jest materiał na żaden filmowy melodramat ani dramat. Ani żaden inny film.

Dlaczego mówi pan o sobie w trzeciej osobie?

Często mówię o sobie per Durczok. Pewnie mam ego większe niż wielu innych facetów, pewnie dlatego tak bardzo chciałem pracować w tym zawodzie, tak bardzo się ścigać, zajmować się wielką polityką. Wolałbym to nazywać wielką ambicją. To, co napisałem, to, co mówię, pozwala mi lepiej sobie uświadomić, jakie błędy w życiu zrobiłem i żeby ludzie wiedzieli, że ten facet potrafi się ze swoim życiem rozliczyć.

Jedna ze znanych dziennikarek, pana koleżanka po fachu, powiedziała: teksty we „Wprost” to żadne rewelacje, wszyscy wiedzą, że Kamil to seksoholik, któremu trzeba było pomóc, ale nikt mu nie pomógł i teraz mamy efekt. Jest możliwe, żeby z panem o tym rozmawiać?

Oczywiście, że nie jest możliwe. Po pierwsze dlatego, że nie mam zamiaru komentować bzdurnych opinii na swój temat. Zwłaszcza anonimowych. Po drugie – choć może ważniejsze – bo wkraczamy w sferę absolutnie osobistą i intymną i to, jak wyglądało moje prywatne życie, to jest moja prywatna sprawa.

Zacytowałam tę dziennikarkę dlatego, że według niej pana intymne sprawy mogły rzutować na pana relacje zawodowe.

Przez ponad rok miałem czas, żeby wszystko sobie w głowie ułożyć. To, że raz wpuściłem fotografa do domu i pozwoliłem się sfotografować z psem, nie uprawnia nikogo do mówienia, ile miałem kochanek, czy jestem z żoną w separacji, czy też nie. I nie będę odnosił się do anonimowych wypowiedzi. Poza tym moje życie prywatne nie przekładało się na życie zawodowe. To nie jest tak, że jak ktoś raz uchyli drzwi do swojego prywatnego życia, to wolno do niego wchodzić.

Sam pan opisuje, że wiódł kawalerskie życie, że miał pan depresję, że nie stronił od alkoholu.

I to ja ustalam granice i decyduję, o czym chcę mówić.

Spotkaliśmy się dwa lata temu na Gali Mediatorów.

Byłem, gratulowałem pani nagrody.

A potem przyjęcie, impreza i pan, wielki, naprawdę wielki Kamil Durczok, szef „Faktów” z butelką szampana, pijany...

Proszę uważać na słowa...

OK. Cofam, że pijany. Dziennikarski autorytet...

Pije szampana?

Nie.

Stoi w otoczeniu kobiet?

Nie, czułam po prostu, że taka sytuacja nie przystoi Durczokowi, człowiekowi, który cztery razy w tygodniu kreuje myśli widzów.

Wolę powiedzieć, że dawałem do myślenia. Nie powiem, że pani uwaga jest dla mnie miła... Ale co to w ogóle za dyskusja o tym, co mnie przystoi, a co nie. To ja określam granice, co mi przystoi, a co nie.

Jakie to są granice?

Każdy je ustawia prywatnie.

Ale pan znowu jest publiczną osobą.

I oczywiście nie wydaje mi się np., by taki facet jak ja mógł się upijać i zataczać w miejscu publicznym. Ale widziała mnie pani w takiej sytuacji? Nie. Więc jeśli idę do knajpy i mam ochotę wypić piwo albo dwa, to je wypijam – bo je lubię. Choć teraz akurat mniej, bo chłodno. Ale latem... Pani Magdo, nie ukrywam, że lubiłem imprezować. Widać było mi to potrzebne, żeby się zrelaksować. Mam się tego wstydzić? Nie, nie wstydzę się. Dla mnie życie, zwłaszcza od pewnego epizodu, który w nim nastąpił...

Od choroby?

Nieważne. Jak powiem, że od choroby, to zaraz ktoś dopowie, że ocieplam wizerunek nowotworem. To, co kiedyś i o mnie, i Marcinie Pawłowskim, o naszych „łysych głowach” napisała Alicja Resich-Modlińska, to nie był tylko lapsus, tylko sposób myślenia wielu osób. Od pewnego momentu życie było... Tak było, bo teraz jest inaczej, czymś, co ma wiele fajnych stron. I dobra impreza była jednym z tych fajnych elementów. Ja naprawdę nie muszę się wszystkim podobać, jak chcę się dobrze bawić, to się dobrze bawię, jak nie chcę być aniołem za kierownicą, to nie jestem. Nie jestem specjalnie dumny z akcji z „upierdolonym” stołem, ale wściekły, że to wyciekło, jestem do dzisiaj. Ale z drugiej strony taki jestem, taki mam charakter. Choć pracuję nad sobą. I polecam to każdemu, zwłaszcza dziennikarzom, którzy mówią innym, co jest ważne i jak żyć. Pewnych zachowań się wstydzę i żałuję, niektóre uwierają mnie gdzieś w lędźwiach, jednak mam też swoje życie i będę je urządzał po swojemu. Zresztą, jak pani wie, wiele spraw, o które pani pyta, jest przedmiotem procesu i nawet powieka mi drgnie, żeby powiedzieć coś więcej.

Mruga pan.

Mrugam, bo mam przytkane kanaliki łzowe i suche oczy.

I do tego pokerową twarz. Wie pan, proces trwa, w związku z tym na razie panu nie wierzę. Nie wiem też, co się dzieje w tym, przepraszam, nieco przytytym Durczoku.

Obiecywałem sobie, że zacznę zrzucać.

W telewizji to niedobrze wygląda.

Proszę się nie martwić, wystarczy dobrze skrojony garnitur. A swoją drogą ciekawe, co by było, gdybym ja powiedział coś o tym, że jakaś dziennikarka jest – jak pani to była łaskawa określić – przytyta. Skurwiel, cham i molestator, co...? Niech pani dopuści, pani Magdo, jak się tak szczerze zrobiło, taką prostą myśl, że jestem normalnym facetem, który ma swoje wady. Że piłem za dużo, że pogrzeszyłem, ale też że wiele dobrych rzeczy zrobiłem, wielu ludziom pomogłem.

Ale jeśli wykorzystywał pan swoją kierowniczą pozycję i przekraczał pan granice prawa w relacjach z podwładnymi, to nie ja będę pana rozgrzeszać.

Przypominam, że prokuratura nie stwierdziła, że przekroczyłem granice prawa. Opinie komisji z TVN mnie nie obchodzą. O ile mam sobie wiele do zarzucenia, jeśli chodzi o sposób kontaktu z ludźmi, kierowania zespołem, o tyle nie mam sobie nic do zarzucenia w sprawie rzekomego molestowania. Żeby pani wiedziała, jak teraz w pracy z tym nowym zespołem myślę na kilka słów do przodu, żeby żadne „kurwy” i „chuje” i inne wyrazy nie poleciały. Jeszcze raz mówię: wiem, co robiłem w życiu.