W zasadzie słyszą to państwo na okrągło: Polacy to konserwatywny naród. Publicyści rozpoczynają tak co drugi tekst, politycy rządzący przyjęli to za oczywistą oczywistość. Nawet opozycja się poddała i odmienia to słowo przez wszystkie przypadki, a Grzegorz Schetyna ogłasza, że Platforma pod jego kierownictwem będzie uśmiechać się prawym półgębkiem. Ludzie KOD denerwują się, że w takim narodzie trudno rozpalić ogień świętego oburzenia na dyktatorskie zapędy PiS (więc cieszą się, że choćby iskry widać), a ludzie kultury – że sztuka cierpi, bo nie może mówić pełnym głosem (ach, ta przeklęta konserwa). Obywateli usytuowanych światopoglądowo po prawej stronie rzeczywistości wprowadza to w szampański nastrój, bo według nich konserwatywne wahadło wychyliło się tak bardzo, że zaraz szorować będzie po ziemi. Ale ile w tym prawdy? Ile faktów? Sam, przyznam, byłem skłonny zgodzić się z taką opinią, bo jak tu dyskutować z sądem tak powszechnym, ale im więcej się nad tą naszą konserwatywną twarzą zastanawiam, tym mniej mi się tu zgadza.

Konserwatyzm? Ale jaki?

Niby argumenty są mocne.

Pierwszy: w ostatnich wyborach Polacy oddali władzę Prawu i Sprawiedliwości, który wprost odwołuje się do konserwatyzmu. Po roku rządów poparcie dla partii oscyluje wokół 30–38 proc., dwa razy więcej, niż ma najsilniejszy z konkurentów. Jest jeszcze Kukiz’15, odwołujący się do podobnych poglądów, którego popiera ok. 8–10 proc., i prawicowy plankton, który również zgarnia kilka punktów. Dużo. Co po drugiej stronie? Niewiele. Nowoczesna balansująca między liberalizmem gospodarczym a konserwatyzmem obyczajowym, wspomniana już Platforma. Jakieś szczątki SDL, PSL, walcząca o swoje miejsce Partia Razem. Jeśli wyniki wyborów odzwierciedlają poglądy większości, tośmy konserwatywni do szpiku.

Argument drugi: poglądy. Rośnie, i to bardzo dynamicznie, odsetek tych, którzy mają negatywny stosunek do obcych i nie akceptują praw mniejszości, nie tylko seksualnych. Pomysł, by nad Wisłę sprowadzić imigrantów, doprowadza Polaków do furii, a o gejach i feministkach mówimy dziś głośno językiem, który jeszcze 10 lat temu byłby nie do pomyślenia. Do tego wzmożenie patriotyczne, objawiające się wzrostem zainteresowania historią, kult żołnierzy wyklętych, dziesiątki tysięcy obywateli uczestniczących w Marszu Niepodległości i podobnych imprezach. Odwołania do tradycji i religii są wszechobecne, a prawo naturalne (cokolwiek oznacza) uznawane jest w tej perspektywie za jedyną sensowną podstawę kodeksów.

Argument trzeci: silne państwo. Neoliberalizm III RP wielu dał w kość. Kolejni rządzący, podpierając się autorytetem Leszka Balcerowicza, przyjęli za oczywiste, że im mniej państwa, tym lepiej. Więc obcinali je po kawałku. Wymyślili, że służba zdrowia podlegać będzie rynkowym mechanizmom, ale preferowali lecznice prywatne, niepaństwowe. Zderegulowali szkolnictwo wyższe, więc jak grzyby po deszczu powstawały „wyższe szkoły pobierania czesnego”, nastawione na produkcję magistrów i licencjatów, a nie na kształcenie. Transport miał podlegać tym samym prawom rynku, więc tysiące mniejszych i większych miejscowości zostały odcięte od świata. Państwo przez lata kurczyło się i nikło w oczach, więc w końcu zatęskniliśmy za jego silniejszą wersją. To bardzo konserwatywna postawa. Państwo trzymające w ryzach kapitał, wpływające na procesy gospodarcze, narodowe w planowaniu i skuteczne w egzekwowaniu. Takie, jakie oferuje nam PiS.

Po takiej wyliczance w zasadzie wypadałoby skończyć ten tekst, zapisać się do PiS-u i uderzyć do braci Karnowskich lub Tomasza Sakiewicza o pracę, w końcu wychodzi, że to oni w swoich mediach najtrafniej Polskę dzisiejszą opisują. Szkopuł jest jeden. Przedstawiony wyżej opis to tylko część prawdy, malutki i zdeformowany całkowicie. Bo nie obejmuje faktów niewygodnych.

Co mówią liczby

Zacznijmy od podstaw, czyli od tego, jak rozumiemy konserwatyzm. Bez sięgania po ścisłe definicje, bo tych tyle, ilu konserwatywnych myślicieli, przyjmijmy, że to ideologia, która staje w obronie porządku społeczno-gospodarczego opartego na tradycji, obyczaju, rodzinie, autorytecie, własności prywatnej i religii. Konserwatyści odwołują się do sprawdzonych norm i wartości i protestują przeciw naruszaniu tego ładu.

Czy ten opis dobrze oddaje postawy społeczne? Odłóżmy na chwilę nasze przekonania i wyobrażenia, tu każdy zna odpowiedź przed zadaniem pytania. Jeśli coś możemy o społeczeństwie powiedzieć, to w oparciu o twarde dane. Zdaję sobie sprawę, że niejeden się w tym miejscu obruszy, sam pamiętam wyniki ostatniej „Diagnozy Społecznej”, największego badania dotyczącego postaw Polaków, które chwilę przed wybuchem dobrej zmiany pokazywało, że 80 proc. Polaków pozytywnie ocenia swoje życie i uznaje miniony rok za udany. Rok udany, życie udane, a Platformę wystrzeliliśmy w kosmos. Czegoś tu zabrakło. Jednak jeden błąd nie podważa całej metody.

Cóż więc owe dane mówią o naszym stosunku do tradycyjnych norm i wartości? Czyli tego, co stanowi sedno konserwatyzmu? Weźmy antykoncepcję, stosunki pozamałżeńskie, rozwody, aborcję i homoseksualizm. Amerykański think tank Pew Research przebadał w 2014 r. 40 krajów świata, w tym dziewięć z Europy: Czechy, Francję, Grecję, Hiszpanię, Niemcy, Polskę, Rosję, Wielką Brytanię i Włochy. Niby wynikło z badania, że jesteśmy jednym z trzech najbardziej konserwatywnych krajów w Europie, ale kluczowy jest poziom tego konserwatyzmu.

Antykoncepcję za niemoralną uważało 17 proc. Polaków, dla 44 proc. była ona akceptowalna moralnie, a dla 22 proc. obojętna.

Stosunków pozamałżeńskich nie akceptowało moralnie 22 proc. Polaków, 44 proc. akceptowało, a dla 21 proc. to sprawa obojętna moralnie.

Rozwód za niemoralny uważało 22 proc. Polaków, dla 35 proc. był akceptowalny, dla 24 proc. – neutralny.

Aborcję za nieakceptowalną moralnie uznało 47 proc., 22 proc. ją akceptuje, a 26 proc. uznaje za neutralną.

Podobnie z homoseksualizmem – 44 proc. sądzi, że jest niegodziwy moralnie, 22 proc. go akceptuje,a 26 proc. uznaje za moralnie neutralny.

Daleko do większości.

W innym badaniu, CBOS z końca 2015 r., sprawdzano postawy młodych Polaków. Pierwszy wniosek: rośnie odsetek młodych w wieku 18–24 lat, którzy deklarują poglądy prawicowe. Ale gdy się wgryźć w badanie głębiej, okaże się, że rośnie, ale z 31 do 33 proc. To nie jest grupa społecznie nieistotna, ale też nie dominująca. Drugi wniosek z badania: zwolennicy prawicy się radykalizują. Jako skrajnie prawicowe swoje poglądy określa 37 proc. zwolenników prawicy. I znów: to niby dużo, ale w puli całej młodzieży tylko 12 proc.

Kolejne istotne dane. Rośnie z roku na rok wskaźnik rozwodów, rozstaje się średnio co trzecia para. Najczęściej robią to bezdzietni 40-latkowie z miasta, ze średnim i zawodowym wykształceniem. Czyli wcale nie lemingi. Spada liczba urodzeń, z 700 tys. w 1990 r. do 369 tys. w 2015 r. Na niedzielne msze uczęszcza tylko 40 proc. wiernych, a liczba deklarujących się jako ateiści wzrosła w ostatnich 10 latach z czterech do ośmiu procent. Przy czym w grupie 18–24 lata wynosi ona 15 proc. I na koniec – tylko 1 proc. (jeden!) oczekuje od państwa, że będzie szanowało własność prywatną.

Słabo jak na ostoję konserwatyzmu. Co niby z nas za konserwatyści, jeśli umiłowanie ojczyzny wyrażamy nogami, emigrując w oszałamiającej liczbie 2,5 miliona. Nasz stosunek do rodziny w deklaracjach może i wygląda wspaniale, ale w praktyce więcej o nim mówi liczba rozwodów, potomstwa czy singli z wyboru. W dodatku autorytety mamy gdzieś, własność prywatną cenimy tylko, jeśli nasza, a religię traktujemy całkowicie wybiórczo.

Więc gdzie ta konserwatywna fala, która kraj ma przeorać na wszelkie możliwe sposoby, gdzie owa większość, co ze sztandarami konserwatywnej kontrrewolucji w dłoniach wyznaczać będzie standardy, prawa i przyszłość? A może jest inaczej: konserwatyści nie są w większości, ale jedynie wrzeszczą najgłośniej, by innych nie dopuścić do głosu?

Robimy po swojemu, mówimy, co wypada

Daliśmy się nabrać. Prawica wkłada nam do głów, jaka to z nas konserwa, bo w ten sposób buduje swoją polityczną siłę. W końcu jeśli tacy już jesteśmy, to nic w tym dziwnego, że ona rządzi. Jakie społeczeństwo, taka władza.

To była prosta sztuczka – zabrać przeciwnikom język. Albo mówisz po naszemu, albo w ogóle. Dziś w polskiej debacie publicznej rozmawiamy o aborcji, renacjonalizacji, wstawaniu z kolan, dyskutujemy o odwróceniu reformy edukacji i powrocie do starych, dobrych ośmiolatek, analizujemy stanowisko Kościoła (czyli jego brak) w sprawie ekshumacji ofiar katastrofy smoleńskiej. Kto chce w debacie uczestniczyć, musi się do tego odnosić. Choćby to było kompletnie nieistotne dla przyszłości kraju, choćby wiedział, że to ma taki wpływ na przyszłość i teraźniejszość, jak – nie przymierzając – wygrana Bayernu Monachium w kolejnej edycji Ligi Mistrzów.

Podobnie jest z kluczowymi pojęciami debaty. Dziś to nie ekonomia, infrastruktura czy zmiany na rynku pracy, ale gender, aborcja i patriotyzm. I to jeszcze rozumiany „po naszemu”, bo albo jesteś patriotą PiS-owskim, albo nie jesteś wcale. Podobnie jak po naszemu rozumiemy termin „gospodarka narodowa”. To paradoks, że lewicowy program gospodarczy realizuje partia ubrana w konserwatywne szaty, ale przecież nikt przeciwko temu zagarnięciu nie protestował.

Nasze proste codzienne wybory wcale nie świadczą o umiłowaniu tradycji i starego porządku. Niedziele spędzamy na zakupach, bo przykazanie „dzień święty święcić” niewiele już dla Polaków znaczy. Jeszcze dwadzieścia lat temu panna z dzieckiem albo życie bez ślubu wzbudzało społeczny opór, dziś wzruszamy na taką wieść ramionami. Można się oburzać, że to lewicowość nas zepsuła, że gdyby nie „Gazeta Wyborcza”, homoseksualna propaganda, feministki i inny element obcy kulturowo, żylibyśmy spokojnie i tradycyjnie, ale to nieprawda. To są nasze wybory, których dokonaliśmy. Na pewno nie konserwatywne.

Ale co innego robić, co innego mówić. Robimy po swojemu, mówimy, co wypada. Ten dysonans mocno nas denerwuje, dlatego bronimy się, że zostaliśmy do takich wyborów zmuszeni. Nie mamy dzieci, bo nie dość, że słabo zarabiamy, to jeszcze na śmieciówkach (choć nasi rodzice zarabiali mniej, a na mieszkanie czekali 15 lat). Utrzymujemy słaby kontakt z rodzicami, bo jesteśmy zapracowani, a nie dlatego, że wolimy inny sposób spędzania wolnego czasu. Nasze dzieci siedzą godzinami zamknięte w pokojach przez ten głupi internet i komputery, a nie dlatego, że nie mamy dla nich czasu. Ideał nie zgadza się z rzeczywistością, więc szukamy winnych. Poza nami. Konserwatyści podsuwają nam prostą odpowiedź: lewactwo. Choć kupy się nie trzyma, w dodatku nie z naszej bajki, przyjmujemy ją do wiadomości, bo innej nie ma. Konserwatyści nam powtarzają: gdyby nie lewackie fanaberie, adopcje dla gejów, związki partnerskie i potwór gender, byłoby inaczej. Lepiej. My dla świętego spokoju potakujemy.

W dodatku to nie jest odpowiedź podawana ot tak, mimochodem. To ryk potężny, trąby jerychońskie podkręcone do granic możliwości. Trudno nie ogłuchnąć. Płynie z każdej strony, bo w tym jej siła: nieważne, czy prawdziwa, ważne, że głośna i jedyna.

Bo i co jest po drugiej stronie? Liberałowie spod szyldów wszelakich milczą, bo nie potrafią niczego sensownego o świecie powiedzieć. Językiem, który byśmy zrozumieli. Mamroczą coś o zamachu na demokrację, zawłaszczaniu państwa i arogancji władzy, rękami i nogami broniąc się przed łatką lewaka, zamiast zacząć krzyczeć przeciw malowanej konserwie.

To jest walka polityczna, nie obyczajowa. Konserwatyzm jest w niej emblematem, którym znaczymy swoich. Rzeczywistość społeczna jest kompletnie nieistotna, bo tu walka o władzę idzie, nie duszę. Ta wolno sobie poczyna, tradycję i świat przeszłości traktując sobie lekce. Będziemy konserwatystami, póki PiS nie zdecyduje inaczej. Póki ta karta mu się nie zgra. Nie wierzycie? Już w kręgach okołopisowskich słychać, że oni to tak naprawdę spadkobiercy przedwojennego PPS-u. Kto nie pamięta – Polskiej Partii Socjalistycznej. ⒸⓅ