Proszę mi wyjaśnić, panie mecenasie, co powinienem zrobić. Ale tak krok po kroku” – właśnie tymi słowami zwrócił się sędzia przewodniczący rozprawie do adwokata, który w imieniu klienta walczył o odszkodowanie za nieruchomość. Prawnik wyjaśnił. Krok po kroku. Sędzia wysłuchał. Efekt? Odszkodowanie w wysokości prawie 2 mln zł.

Historię opowiedział nam adwokat, który instruował sędziego. Podkreśla, że jego zdaniem roszczenie spadkobierców po właścicielu nieruchomości było jak najbardziej zasadne. I dodaje, że wielokrotnie na sali sądowej spotkał się z prośbą sądu o wyjaśnienie pewnych zagadnień reprywatyzacyjnych. W tym przypadku jednak po raz pierwszy odniósł wrażenie, że sąd nie tyle chce poznać stanowisko strony, ile chce się dowiedzieć, jak ma orzec. – Nic dziwnego. To był młody sędzia, a ja od 15 lat zajmuję się sprawami reprywatyzacyjnymi. Ktoś sędziego musi nauczyć dobrego orzekania. Traf chciał, że uczyniłem to ja – mówi adwokat.

Karać za lenistwo

Resort sprawiedliwości i przedstawiciele grup lokatorskich mówią już wprost: mamy do czynienia z reprywatyzacyjną mafią ludzi w białych kołnierzykach. Kiedyś wymuszało się haracze i dokonywało uprowadzeń dla okupu, a teraz – a przynajmniej do niedawna – reprywatyzuje się nieruchomości. Co więcej, politycy i aktywiści nie mają już oporów przed mówieniem, że bez udziału sędziów nie byłoby mowy o aferze reprywatyzacyjnej.

Dowód? Nieoceniony w zasługach w walce z dziką reprywatyzacją Jan Śpiewak z działającej w stolicy organizacji Miasto Jest Nasze na antenie RMF, wyjaśniając, czym jest mafia reprywatyzacyjna, mówił: „Z jednej strony to są urzędnicy warszawskiego ratusza, z drugiej – to notariusze, to prawnicy. Niestety również niektórzy sędziowie, którzy np. ustanawiali kuratorów dla osób, które miały 120 czy 130 lat. To są ludzie pracujący w sądach wieczystoksięgowych, którzy wyrywają czy fabrykują dokumenty. Tak więc jest to typowa mafia w białych kołnierzykach”. Minister sprawiedliwości Zbigniew Ziobro mówi w podobny tonie. I nie ukrywa, że wielu sędziów powinno stracić możliwość wykonywania zawodu za to, co robili w ostatnich latach przy orzekaniu w sprawach reprywatyzacyjnych.

Rzeczywiście – wielu sędziów powinno stracić możliwość wydawania wyroków w imieniu Rzeczypospolitej Polskiej. Ale wcale nie dlatego, że byli członkami zorganizowanej grupy przestępczej bądź oszustami, którzy przyjęli kopertę z pieniędzmi. Prawda jest o wiele gorsza. Na pytania o powód ustanawiania przez sądy kuratorów dla 120-letnich osób, których nikt od pół wieku nie widział na oczy (ustanowienie kuratora było potrzebne do uzyskania pieniędzy przez nabywców roszczeń lub fałszerzy dokumentów), trudno jest znaleźć odpowiedź. Jedyną nasuwającą się jest właśnie ta o mafii w białych kołnierzykach. Jak jednak wskazywaliśmy jeszcze przed wybuchem afery reprywatyzacyjnej („Prawo w służbie złego”, DGP nr 63/2016), powód jest inny, wręcz banalny: lenistwo.

Zacytujmy fragment naszego tekstu z początku kwietnia 2016 r.: „Sala sądowa. Kilka osób, bo proces, jakich wiele. Jeden z prawników przekonuje sędziego, że w sprawie reprywatyzacyjnej reprezentuje 117-letniego staruszka. Miejsce pobytu wiekowego klienta? Nieznane. Dlatego musi zostać wyznaczony kurator, który zadba o jego interesy. Młody sędzia patrzy z niedowierzaniem na przemawiającego, w końcu się odzywa: – Ale czy ja dobrze zrozumiałem? Czy pański klient liczy sobie 117 lat? Prawnik bez zająknięcia odpowiada: – Tak, proszę wysokiego sądu. A co w tym dziwnego? Niektórzy ludzie tyle żyją”. Dalszego przebiegu sprawy możemy się domyślać. Najprawdopodobniej sędzia zarządził przerwę, by móc poradzić się bardziej doświadczonych kolegów. Ale od nich dowiedział się, że to kolejny przypadek, gdy o ustanowienie kuratora wnosi klient mający ponad setkę lat. Jeżeli sędzia uznał taką argumentację za nieprawdopodobną, to swoją odmowę musiał uzasadnić na piśmie. A to nie jest proste zadanie, bo argumenty typu „przecież ludzie tak długo nie żyją” w wyższej instancji nie znajdują uznania. Na dodatek prawnik dysponuje oświadczeniem długowiecznego staruszka. I jest to dokument w zasadzie nie do sprawdzenia, bo nawet gdyby sędziego podkusiło, by zlecić analizę pisma, to zadania nie podejmie się żaden biegły ze względu na brak materiału porównawczego – brak drugiego podpisu.

Efekt? W wielu sprawach kuratorzy dla 120–130-latków byli ustanawiani wcale nie z powodu przyjęcia łapówki (takie przypadki zapewne też się zdarzały, lecz należy na tę chwilę uznać, że były one pojedyncze), ale z lenistwa i obawy o to, że decyzja sądu zostanie uchylona przez wyższą instancję, która wskaże, że sąd powinien znacznie lepiej uargumentować odmowę ustanowienia kuratora. A dla wielu sędziów, którzy chcą awansować, statystyka to świętość.

Jest jednak jeszcze jedna świętość: święte prawo własności. Profesor Ewa Łętowska uważa, że niektórym – także sędziom – przesłania ona wszystko inne. Z hasłem świętej własności na sztandarach są w stanie zrobić każdą głupotę. Łętowska mówiła o tym w lutym na konferencji zorganizowanej przez Sąd Najwyższy (pełna treść referatu dostępna jest w trzecim tomie Studiów i Analiz SN). Wskazywała, że metafora o świętej własności jest używana jako rodzaj triku psychologicznego. – Wspiera, legitymizuje i uszlachetnia nie tylko roszczenia, ale wręcz aspiracje reprywatyzacyjne – podkreślała sędzia TK w stanie spoczynku. I dodawała, że zabieg psychologiczny polega na kamuflażu i sakralizacji zjawisk, za którymi nie zawsze i nie w takim rozmiarze kryją się interesy zasługujące na ochronę prawną. – Metafora o świętej własności nie ma wsparcia ani konstytucyjnego, ani w aktach prawa międzynarodowego. Bywa natomiast akceptowana w orzecznictwie jako podłoże interpretacji rozszerzającej”.

Wielu sędziów, głównie młodych, którzy wychowywali się w kapitalistycznym duchu wyrywania przez obywateli od państwa tego, co się da, ulega pokusie orzekania przez pryzmat owej świętej własności. Analiza prawna i ocena wiarygodności dokumentów schodzi na dalszy plan, gdy pojawia się człowiek przekonujący, że „ta kamienica kiedyś należała do mojej rodziny”. Sędzia woli oddać albo kamienicę, albo zasądzić wysokie odszkodowanie, „bo państwo ograbiło z własności”. Nie pojawia się myśl, że wypłacone ubiegającemu się o zwrot pieniądze pochodzą z ogólnej puli, na którą składają się wszyscy obywatele.

Czy to oznacza, że w imię ochrony budżetu państwa sądy nie powinny ani zwracać nieruchomości, ani wypłacać odszkodowań? Oczywiście powinny. Ale z większym rozmysłem. To, że rozum przegrywał ze świętą własnością, doskonale przedstawiła na tej samej konferencji prof. Beata Janiszewska z Uniwersytetu Warszawskiego, sędzia Sądu Okręgowego Warszawa-Praga w Warszawie. – Najpierw była jakaś fala entuzjazmu, że prawo własności jest prawie prawem świętym. I widać to było nie tylko w sprawach reprywatyzacyjnych, lecz również np. w sprawach o usunięcie urządzeń w postaci słupów elektrycznych. Jeszcze na początku XXI w. zapadały podobne wyroki, nieliczące się z tym, że osiedle nie będzie miało prądu albo że ktoś nie będzie miał wody, bo akurat trzeba usunąć rury pod ziemią – opowiadała. – Teraz jest to nie do pomyślenia. Nawet nie wpływają tego rodzaju sprawy, bo z góry wiadomo, że sąd oddali powództwo. Mamy do czynienia ze zmianą wykładni tego, jak wyznaczane są przez sądy granice ochrony prawa własności”.

Zerwać z mitem

Rzecz w tym, że tak jak już kilkanaście lat temu sędziowie dostrzegli, że nie można pozwalać każdemu właścicielowi nieruchomości na likwidowanie rur czy słupów mieszczących się na ich działkach, które potrzebne są ogółowi społeczeństwa, tak dochodzenie do wniosku, że nie można lekką ręką oddawać kamienic z lokatorami czy wypłacać wielomilionowych odszkodowań osobom, które nie poniosły żadnej straty wskutek PRL-owskiego wywłaszczenia, zajęło znacznie więcej czasu.

W efekcie sakralizacji własności sądy popełniały wiele błędów, przy czym dwa należy uznać za najpoważniejsze. Po pierwsze, w stosunku do ubiegających się o odszkodowania stosowany był model odszkodowań, a nie tzw. słusznej rekompensaty. To oznacza, że zwracano pełną wartość nieruchomości, której nie można było wydać w naturze, a nie określony procent jej wartości. Eksperci są zgodni, że stosowany powinien być właśnie model słusznej rekompensaty, ograniczający wartość roszczeń do, powiedzmy, 20–30 proc. – Trzeba pamiętać o orzecznictwie Europejskiego Trybunału Praw Człowieka. Ten wskazuje, że państwo, rozliczając się ze starych krzywd wyrządzonych obywatelom, nie może jednocześnie wygenerować nowych krzywd społeczeństwu. To oznacza, że rzeczywiście dzisiaj łatwiej sobie wyobrazić wypłacanie określonego procentu wartości nieruchomości jako słusznej rekompensaty niż pełnego odszkodowania – twierdzi radca prawny dr Łukasz Bernatowicz. Tak też uważa sędzia WSA delegowany do Naczelnego Sądu Administracyjnego dr Mirosław Gdesz: – Absolutnie nie powinniśmy mówić o odszkodowaniu. Tym bardziej odwołując się do dekretu Bieruta, który był przecież aktem planistycznym. Stosowanie go dzisiaj w kontekście odszkodowań to nieporozumienie.

W podobnym tonie wypowiadał się – i to jeszcze zanim wybuchła afera – także prof. Stanisław Sołtysiński. Jego zdaniem postulaty zwrotu lub pełnej rekompensaty za mienie przejęte przez państwo po II wojnie światowej nie uwzględniają skutków społeczno-gospodarczych. – Konsekwentna realizacja roszczeń w oczekiwanej przez ubiegających się wysokości znacznie przekracza i przekraczałaby możliwości finansowe państwa, a co za tym idzie utrudniałaby prowadzenie aktywnej polityki inwestycji krajowych i zagranicznych. Rodzi to też konflikty społeczne – uważa prof. Sołtysiński.

Inną rzeczą jest to, że określenie ram rekompensaty powinno należeć do ustawodawcy, a nie do sędziów. Zdaniem sędziego Gdesza można by to uczynić w prosty sposób. – Przyjęty model powinien ustalać średnią wartość metra kwadratowego dla konkretnego przeznaczenia nieruchomości przed wojną. Rekompensata powinna być powiększana np. o 50 proc., jeżeli w trybie dekretu przejęto niezniszczony budynek. Tak by nie było już kłótni przez wiele lat o wycenę nieruchomości. Mamy określony w ustawie poziom rekompensaty, komputer ją wylicza – i za chwilę każdy wie, ile się należy. Proste prawo, które – gdyby tylko była wola polityczna – da się zapisać w kilku artykułach – zaznacza.

Drugie zaniechanie sędziów związane jest z tym, że skrupulatnie liczyli oni, ile należy się obywatelowi od państwa, zupełnie zaś pomijali wątek, ile się należy państwu od obywatela. Zwraca na to uwagę prof. Ewa Łętowska. Podkreśla, że praktycznie niewykorzystywanym instrumentem są rozliczenia nakładów na zwracaną nieruchomość, co jest możliwe wprost z przepisów kodeksu cywilnego. Mówiąc prosto: jeśli zabrano kiedyś komuś ruderę, a przez dziesięciolecia państwo zrobiło z niej pałacyk, nie ma powodu, by oddawać teraz tenże pałacyk. Częścią kosztów napraw i przebudowy jak najbardziej można obciążyć ubiegającego się o zwrot nieruchomości lub odszkodowanie. Nie ma żadnego powodu, aby ktoś otrzymał więcej, niż mu (a w zasadzie jego przodkom lub w ogóle obcym osobom w przypadku handlu roszczeniami) zabrano.

O takie podejście do spraw reprywatyzacyjnych pokusiło się zaledwie kilku sędziów. Podsumowując – tu znów warto posłużyć się słowami prof. Ewy Łętowskiej – „mit świętej własności stanowił paliatyw ogólnego prawa do restytucji/indemnizacji reprywatyzacyjnej. Był przy tym wspierany działaniami energicznych, dobrze zorganizowanych pełnomocników, używających atrakcyjnego języka (...) i tym sposobem forsujących wygodne mikrorozwiązania (...) w pismach procesowych. Przyjęcie ich przez sąd (»przepisanie«) w wyrokach ułatwia orzekanie”. Łętowska konkluduje, że istnienie dobrze zorganizowanego, prawniczego lobby proreprywatyzacyjnego dostrzeżone zostało i przez Sąd Najwyższy, i przez media. Szkoda jedynie, że nie zostało dostrzeżone przez orzekających, którzy byli przez prawników wykorzystywani.

Zaniechania polityków

Uczciwość wymaga jednak, aby wziąć przeciętnego sędziego orzekającego w sprawach reprywatyzacyjnych w częściową obronę. Tak jak bowiem nic nie usprawiedliwia ustanawiania kuratorów dla 120-latków, tak przyznawanie przez lata wysokich odszkodowań można usprawiedliwić. Po pierwsze – główny grzech popełnili politycy. Sądy i sędziowie obrywają wskutek ujawnienia wielu nieprawidłowości, ale pamiętać należy, że w istotnej mierze wynikają one z tego, iż Polska jest skansenem Europy: gdy przytłaczająca większość krajów postkomunistycznych szybko przyjęła ustawy reprywatyzacyjne, tak u nas kończyło się tylko na dyskusjach i przerzucaniu się przez polityków poszczególnych opcji odpowiedzialnością za brak szczegółowych przepisów dotyczących reprywatyzacji.

– Pamiętajmy, że wobec zaniechania ustawodawczego to właśnie na barki sądownictwa położono ciężar rewindykacji nieruchomości. I czy nie zdarzały się błędy, gorsze orzeczenia? Oczywiście, że się zdarzały. Należy sobie jednak w tej sytuacji postawić pytanie, jaka wobec orzecznictwa sądowego była alternatywa. Odpowiedź jest prosta: nie było – twierdzi sędzia Mirosław Gdesz. Jego zdaniem z perspektywy czasu oczywiście łatwo jest obwiniać sądy o zamieszanie wokół kwestii reprywatyzacyjnych. Zawsze bowiem uda się znaleźć wyrok, który po latach, bez znajomości okoliczności sprawy, wydaje się nie najlepszy. – Szukanie winnych w sędziach uważam jednak za niezasadne – podkreśla.

Druga rzecz to brak współpracy między sądownictwem, za który trudno obwiniać przeciętnego sędziego. Sprawy reprywatyzacyjne mają to do siebie, że w stosownym zakresie orzekają i sądy powszechne, i administracyjne. Tym samym orzeka także i Sąd Najwyższy, i Naczelny Sąd Administracyjny. Kilka razy kwestią reprywatyzacji zajmował się Trybunał Konstytucyjny, a patrzeć także trzeba na wyroki Europejskiego Trybunału Praw Człowieka.

Niestety często poszczególne orzeczenia najwyższych instancji są ze sobą nie do pogodzenia. Ba, często niezgodność poglądów występuje nie tylko na linii np. SN – NSA, lecz w jednym sądzie z powodu dwóch różnych składów orzekających.

Gdy w toku analizowania poszczególnych wątków afery reprywatyzacyjnej rozmawialiśmy z sędziami, wielu z nich niczym mantrę powtarzało, że łatwo jest ich obwiniać, ale warto spojrzeć na orzecznictwo, które proreprywatyzacyjną linię orzeczniczą ukształtowało. – Nie jestem bohaterem. Jeśli Sąd Najwyższy otworzył drogę do zasądzania wysokich odszkodowań, to zasądzam wysokie odszkodowania. Jestem jak żołnierz na polu bitwy. Wykonuję rozkaz, a jeśli coś pójdzie nie tak, jestem pierwszy do odstrzału – mówił nam raptem kilkanaście dni temu jeden ze stołecznych sędziów. ⒸⓅ

Nie jestem bohaterem. Jeśli SN otworzył drogę do zasądzania wysokich odszkodowań, to zasądzam wysokie odszkodowania. Jestem jak żołnierz na polu bitwy. Wykonuję rozkaz, a jeśli coś pójdzie nie tak, jestem pierwszy do odstrzału – mówił nam raptem kilkanaście dni temu jeden ze stołecznych sędziów