Amerykański komik Stephen Colbert powiedział, że millenialsi to ci, którzy nie używają terminu „millenials”. W tym żarcie jest wiele prawdy, szczególnie w odniesieniu do naszego kraju, bo proste przełożenie amerykańskiej socjologii i marketingu niekoniecznie dobrze definiuje dzisiejszych młodych Polaków.

Na Zachodzie za millenialsów uważa się osoby urodzone po 1982 r. Tak zostali opisani pierwszy raz przez amerykańskich socjologów Williama Straussa i Neila Howe’a ci, którzy weszli w dorosłość na przełomie milleniów, czyli wtedy, kiedy rozpowszechniły się technologie. Przez część naukowców i publicystów bywali też nazywani pokoleniem Y. Badaczom chodziło o wyodrębnienie szczególnego rodzaju młodzieży, która urodziła się w latach, gdy komputery osobiste stawały się podstawowym wyposażeniem amerykańskich domów. Pierwsza próba zidentyfikowania tego pokolenia pochodzi z 1987 r. Dzisiaj myśląc o tych osobach, mamy na myśli kwestie dorastania w dobrobycie lat 90. XX wieku oraz w świecie, w którym wszystko można znaleźć w internecie.

Nieco inaczej jest w Polsce. Tu pierwsze wzmianki o nowym pokoleniu zaczęły się pojawiać w prasie dopiero około 2008 r., bo właśnie wtedy zaczęły się ujawniać cechy młodych różniące ich od starszych kolegów. Wszystko przez to, że technologicznie byliśmy (jesteśmy?) nieco zapóźnieni w stosunku do Zachodu. W Polsce w 2000 r. zaledwie około jednej dziesiątej gospodarstw domowych miało dostęp do internetu. W krajach rozwiniętych było to kilka razy więcej, np. w starej Piętnastce ponad 30 proc.

Stereotyp millenialsa

Millenialsi różnią się od swoich starszych kolegów i koleżanek w obszarze oczekiwań płacowych, jakości miejsc pracy i warunków zatrudnienia. Dzięki wybiórczym badaniom marketingowym i kalkom z amerykańskiego rynku wykreował się wizerunek młodego pracownika i konsumenta. Według tego stereotypu millenials:

  • ma poczucie, że mu się coś należy, jest roszczeniowy i chce szybciej awansować;
  • jest leniwy i chce pracować krócej niż 40 godzin tygodniowo;
  • pracuje, by żyć, a nie żyje, by pracować; praca nie jest dla niego najważniejsza, powinna pozwalać się realizować i pełnić jakiś rodzaj misji społecznej poza samym zarabianiem;
  • często zmienia pracę, szczególnie gdy coś mu się nie podoba;
  • uważa się za mądrzejszego (zwłaszcza w obszarze nowych technologii) od starszych współpracowników.

Stereotyp ten może być prawdziwy, ale jest reprezentatywny tylko dla części młodego społeczeństwa w Polsce, ponieważ ze względu na etap rozwoju gospodarczego różnimy się od krajów Zachodu. Polacy w okresie transformacji mieli inny start w życie niż ich europejscy czy amerykańscy koledzy.

Wartości młodego pokolenia

Młodzi Polacy nie tylko kierują się innymi wartościami niż starsi rodacy, ale również różnią się od rówieśników w innych krajach Europy.

60 proc. polskich millenialsów uważa, że ważne w życiu jest osiągnięcie sukcesu i uzyskanie szacunku od innych ludzi. W Europie myśli tak 48 proc. przedstawicieli tego pokolenia i tylko 34 proc. dorosłych Europejczyków.

Młodych Polaków od młodych Europejczyków odróżnia również to, że 40 proc. z nich regularnie uczęszcza do Kościoła (w Europie – średnio 9 proc.), a tylko 8 proc. deklaruje, że ma lewicowe poglądy (w Europie – przeciętnie 21 proc.).

Millenialsi chcą być bogaci. Osiągnięcie bogactwa i możliwość kupowania luksusowych przedmiotów są istotne w życiu 25 proc. polskich przedstawicieli tego pokolenia.

To o 7 pkt. proc. więcej niż przeciętna w Europie. To także znacznie więcej niż przeciętna w Polsce, w której do materialistycznego podejścia do życia przyznaje się zaledwie 11 proc. mieszkańców.

Polscy millenialsi bardziej niż europejscy chcą mieć silne państwo. Dla 50 proc. młodych Polaków istotne jest, by przestrzegać zasad (średnia to 31 proc.), ale jednocześnie aż dla 79 proc. kluczowe jest bycie wolnym i mogącym samodzielnie podejmować decyzje (przeciętnie to 71 proc.).

Młodzi Polacy różnią się także między sobą. Dla tych, którzy mieszkają na terenach wiejskich, ważniejsze niż dla osób z miasta są równość i sprawiedliwość (różnica 8,4 pkt. proc.), bezpieczeństwo (różnica 13,4 pkt. proc.) oraz tradycja (8 pkt. proc.). Dla tych z miast ważniejszy jest sukces, kreatywność, podziw (różnica aż 6,2 pkt. proc.). Dla młodych ze wsi istotniejsza jest za to skromność (różnica 5,1 pkt. proc.), mniej ważne jest szukanie przygód (choć przyjemności akurat nie) oraz bogactwo i dobra zabawa.

>>> Polecamy: Niemcy za mało inwestują. Rząd oszczędza pieniądze na wybory

Millenialsi na rynku pracy

Medialny obraz millenialsów w Polsce jest uproszczony, ale częściowo prawdziwy. Sytuację na rynku pracy dodatkowo komplikuje to, że weszliśmy w rynek pracownika (mieliśmy już z tym do czynienia już w 2008 r., ale na mniejszą skale). Mamy za mało rąk do pracy. Tylko w 2015 r. do pracy do Polski przyjechało 33 tys. informatyków z Ukrainy, a wszystkich pracowników z tego kraju było około miliona.

Z każdym kwartałem rośnie liczba wakatów w gospodarce. Według badania Aktywności Ekonomicznej Ludności GUS w I kwartale tego roku mieliśmy niemal 360 tys. wolnych miejsc pracy w gospodarce, w II kwartale już 413 tys. Z powodu trudności w obsadzeniu stanowisk od początku roku powstało 800 nowych agencji pracy (za PRNews.pl).

Wskaźniki zatrudnienia rosną w każdej grupie wiekowej. Stopa bezrobocia wśród młodych w 2015 r. wynosiła 20 proc., a w tym roku będzie jeszcze niższa, bo bezrobocie jest najniższe w historii. Wszystko dzięki relatywnie dobrej koniunkturze gospodarczej i starzeniu się społeczeństwa.

Dlatego dzisiaj w relacje pracodawca – pracownik wpisany jest konflikt. Pracownicy chcą wyższych wynagrodzeń, lepszych miejsc pracy i atrakcyjnych warunków pracy. Młodzi ludzie – szczególnie ci, którzy pochodzą z rodzin o wyższym statusie i mają lepsze wykształcenie – oczekują znacznie więcej niż ich starsi koledzy. Być może dlatego, że często młody dobrze wykształcony człowiek ma unikatowe umiejętności – Europa jest dziś mniejsza, więc zagraniczne staże w prestiżowych instytucjach nikogo nie dziwią już w resume. Niestety, nie zawsze pracodawca umie w pełni wykorzystać umiejętności pracowników, a czasem po prostu nie potrzebuje aż tak wykształconej osoby.

Problemem jest też to, że wielu pracodawców nie wie, kogo szuka. Czym innym jest bowiem znalezienie najlepszego kandydata wśród przesłanych ofert, a czym innym znalezienie najlepszego pracownika. Do niektórych prac nie potrzebujemy przecież osób z jak najlepszym wykształceniem. Zrozumiała to już firma konsultingowa E&Y, która przestała prosić o transkrypt ocen ze studiów. Według ich własnych wewnętrznych badań kujoni wcale nie mieli lepszych wyników w pracy zawodowej.

Rozwiązania dla pracodawców

Co ma więc zrobić pracodawca poszukujący pracownika? Przede wszystkim wyobrazić sobie miejsce pracy, które tworzy. Zdecydować, czym ma się zajmować ta osoba i jakie czynności wykonywać. Dopiero potem trzeba się zastanowić, jakie powinna spełniać wymagania formalne i jakie ma mieć doświadczenie. Może się okazać, że potrzebujemy osoby gorzej wykształconej (na przykład tylko po maturze) lub że nie ma znaczenia kierunek ukończonych przez kandydata studiów.

Z działów HR wiem, że młodzi ludzie coraz częściej nie przychodzą na rozmowy kwalifikacyjne np. na staż. Rozwiązaniem może być szukanie pracowników w mniejszych miejscowościach. Choć Polacy są mało mobilni wewnątrz kraju, często taniej jest ściągnąć kogoś np. ze ściany wschodniej niż szukać na wielkomiejskim rynku.

A może skoro millenialsi zawodzą, warto zatrudniać starszych pracowników? Szczyt naszych karier zawodowych przypada na lata między 30. a 45. rokiem życia, wtedy mamy najwyższe zarobki i zajmujemy najbardziej eksponowane stanowiska. Pracownicy mający więcej niż 50 lat, mogą zgodzić się pracować za niższe wynagrodzenie, a są bardziej lojalnymi pracownikami i nie chcą często zmieniać firmy. W pewnej z dyskusji padła propozycja, by nazwać coś takiego „senioratem pracowniczym i tak jak w filmie „Praktykant” z Robertem De Niro organizować staże dla osób, które wyszły lub wychodzą z rynku pracy.

Wreszcie ostatnia propozycja (którą zresztą rząd zamierza wprowadzić w życie) to obniżenie kosztów po stronie pracodawcy, czyli zmniejszenie tzw. klina podatkowego – sumy danin, które płacimy od pracy. Klin podatkowy w Polsce nie jest wysoki, ale utrzymuje się na tym samym poziomie niezależnie od dochodów. W innych krajach OECD ci, którzy zarabiają mniej, płacą podatki wynoszące około 20 proc. kosztów pracodawcy (w Polsce to 36 proc.). Naprzeciw temu problemowi wychodzi rządowa reforma wprowadzająca jednolity podatek.