Czy Wall Street boi się Trumpa?

Dziewięć kolejnych sesji spadkowych to na Wall Street rzadka konfiguracja, ale jeżeli ma to miejsce bezpośrednio przed wyborami prezydenckimi roku 2016, to nic nie wydaje się dziwne. Bo tegoroczna elekcja, bez względu na wynik, przejdzie do historii. Hillary Clinton ma szansę być pierwszą w historii kobietą na fotelu prezydenckim. Po prezydenturze Baracka Obamy wybór kobiety na prezydenta USA nie powinien rozpalać wielkich emocji, a jednak takowe są.

Dlaczego?

Napięta atmosfera utrzymuje się po obu stronach, ale publiczne emocje pochodzą przede wszystkim od Donalda Trumpa. Bo on nie jest zwyczajnym biznesmenem, ale biznesmenem z wielkimi ambicjami. Problem polega tylko na tym, że te ambicje są przede wszystkim na pokaz i bardziej oparte na frustracji niż na realnych możliwościach. I przed tą kombinacją drży zarówno Wall Street (choć zazwyczaj jest prorepublikańska), jak i gospodarka Stanów Zjednoczonych, czego wyrazem niech będzie apel podpisany przez 370 amerykańskich ekonomistów ostrzegający przed wyborem Trumpa.

Czy Donald Trump może zaszkodzić amerykańskiej gospodarce?

Niewątpliwie. Jego pomysły na odgrzewanie skrajnie neoliberalnych koncepcji skompromitowanych ostatecznie w czasie kryzysu roku 2007 mogą w jakimś stopniu cofnąć kraj gospodarczo, o ile zostaną zrealizowane.

Czy to realna perspektywa?

Oczywiście. Nawet GOP, Partia Republikańska, której jest kandydatem, przeżywa obecnie kryzys wewnętrzny właśnie z powodu jego kandydatury. Po pierwszej publicznej debacie, kiedy do części republikanów najwyraźniej dotarło, kim naprawdę jest ich kandydat, wielu spisało już obecne wybory na straty, ale jednocześnie zaczęło się poważnie obawiać o utratę z trudem wywalczonej większości w Izbie Reprezentantów. Dzięki tej sytuacji nie ma dnia, aby media nie donosiły o następnych członkach GOP odwracających się od jej kandydata.

A jeśli chodzi o plany wycofania się Stanów Zjednoczonych z porozumienia NAFTA?

Wypowiedzi Trumpa o renegocjacji umów międzynarodowych wydają się mniejszym zagrożeniem. Donald Trump nie ma doświadczenia w polityce – startował już co prawda kilka razy w wyborach prezydenckich, ale były to zawsze próby krótkie i nieudane – najbardziej znana z nich odbyła się pod hasłem negacji miejsca urodzenia Baracka Obamy. A ponieważ do czołowego nurtu biznesowego establishmentu również nie należy, dlatego jego wiedza na ten temat jest bardzo ograniczona. Te deklaracje przyciągają uwagę jako hasło wyborcze (skierowane głównie do słabo wykształconych obywateli), ale w praktyce są dużo trudniejsze do zrealizowania.

Czy w takim razie jego potencjalne zwycięstwo może wywołać bessę na Wall Street?

Na pewno nie. Długoterminowy trend spadkowy nigdy nie powstaje z powodu wyboru nawet najbardziej nieprzewidywalnego kandydata, tylko z powodu masowego sentymentu rynku. Wszelkie zdarzenia, włącznie z atakiem na Pearl Harbor lub zamachy z 11 września 2001 r., mogą taki trend przyśpieszyć albo dokonać w nim korekty (tymczasowej wyprzedaży), ale nie mogą go wywołać. Tego, czy Wall Street, pozostająca w stagnacji od pół roku, jest właśnie na początku takiej bessy, dowiemy się niebawem. Bez względu na wybór, jakiego dokona Ameryka 8 listopada, giełda nie zmieni obecnego stanu. Ten stan po prostu stanie się bardziej widoczny, kiedy emocje wyborcze opadną. ⒸⓅ