Po polsku przyjęło się nazywać te przedsięwzięcia „państwowymi funduszami majątkowymi”. Jest to tłumaczenie dalekie od precyzji, więc z braku rozsądniejszej alternatywy wolę używać angielskiej nazwy sovereign wealth funds (swf).

Kolebką państwowych funduszy był spływający od połowy XIX wieku ropą naftową Teksas. W 1854 r. teksański parlament stanowy wyasygnował 2 mln dolarów na fundusz mający finansować tamtejsze szkoły publiczne. Później przekazano na jego rzecz połowę ziemi należącej do stanu, a następnie jeszcze inne aktywa. Źródłem dochodów funduszu były i są wpływy ze sprzedaży ziemi oraz praw do wydobywania ropy i gazu. Dziś majątek Texas Permanent School Fund sięga 37,7 mld dolarów i jest większy od środków z darowizn (endowment) pracujących na rzecz Harvardu. Drogą Teksasu podążył jeszcze w XIX wieku stan Utah, a stosunkowo niedawno kilka innych stanów.

Przezorność i troska o przyszłe pokolenia

Przejrzystość celu teksańskiego przedsięwzięcia jest tak duża, że motywy jego podjęcia nie wymagają dodatkowych wywodów. Za współczesnymi funduszami stoi przezorność i troska o przyszłe pokolenia, a także dbałość o równowagę psychiczną i postawy mieszkańców dotkniętych nagłym bogactwem. Przekornie, ale nie bez podstaw, sugerować można także, że część funduszy narodowego bogactwa, zwłaszcza tych z Półwyspu Arabskiego, została powołana z braku lepszych pomysłów na bieżące wydawanie pieniędzy płynących zbyt szerokim strumieniem. Że jest w takim podejrzeniu jakaś nić przewodnia niech świadczy bardzo świeża wiadomość, że szejkom z Dubaju nie wystarcza już chwały z najwyższej budowli świata nazwanej Burdż Chalifa, więc rozpoczynają wkrótce wznoszenie na pustyni jeszcze wyższego wieżowca, sięgającego wysokością kilometra.

Państwowe fundusze

Państwowe fundusze

źródło: Materiały Prasowe

Lista sovereign wealth funds zaczęła się wydłużać począwszy mniej więcej od lat 70. minionego stulecia, gdy Arabowie powiedzieli taniej ropie stanowcze „dość”. W skali globalnej przeważają zatem fundusze powiązane z przychodami z ropy i gazu. W połowie 2016 r. wszystkie naftowo-gazowe fundusze były warte 4321,3 mld dolarów. Reszta miała łączną wartość 3074,4 miliardów. Tylko część z tych nienaftowych zasilana była wpływami z surowców, np. w Chile jest to miedź, w Kiribati – fosfaty, w Botswanie – diamenty, a w Australii i Mongolii – różne inne kopaliny. Pozostałe fundusze określane są jako non-commodity i zasilane są z odpisów finansowych bez powiązania z surowcami naturalnymi.

Jeśli układać ranking pojedynczych wehikułów inwestycyjnych zasilanych z myślą o dalszej przyszłości danego kraju, to prym wiedzie norweski Government Pension Fund z łącznymi aktywami o wartości 885 mld dolarów. Za Norwegami plasuje się China Investment Corporation, a kolejne miejsca należą już do funduszy arabskich. Pełne ich zestawienie jest autorstwa Sovereign Wealth Funds Institute.

W kilku państwach działa więcej niż jeden taki fundusz. Gdy zsumować wartość funduszy utworzonych w jednym kraju, to największe środki odłożyli Chińczycy – ponad 1,5 biliona dolarów, a następnie szejkowie z Abu Dhabi – ponad 1 bilion.

Istotniejszy dla obrazu zapobiegliwości jest jednak rachunek per capita. Tu bezkonkurencyjne są władze emiratu Abu Dhabi, gdzie 51 proc. PKB pochodzi z sektora naftowego i gdzie na jednego mieszkańca przypada 370 tys. dolarów na lata mniej tłuste lub zupełnie chude. Za taką kwotę można się urządzić gdziekolwiek, np. na Węgrzech, gdzie generalnie nie lubią imigrantów, ale tych zamożnych przyjmują nawet bardziej niż chętnie. Wystarczy wykupić tamtejsze pięcioletnie obligacje państwowe za 300 tys. euro, z gwarancją pełnego wykupu po wygaśnięciu ich terminu, i ma się wizę rezydencką w wersji Schengen.

Z oczywistych powodów, w konkurencji per capita Chińczycy wypadają blado, ale z relatywnie małym bogactwem surowcowym i tak są nieco lepsi niż przepotężni pod tym względem Rosjanie. „Aż” po ponad 4,5 tys. dolarów na każdego mieszkańca odłożyli Irlandczycy i Nowozelandczycy. I to w sytuacji, gdy narodowym bogactwem pierwszych są głównie amerykańskie korporacje szukające na Szmaragdowej Wyspie azylu od podatków, a w przypadku zdolnego ludu postawionego na głowie – jedynie przyroda, od której piękna z wrażenia nic tylko huczy pod czaszką.

Zmysły wszelkie demoluje przypadek Wenezueli, którego studiowanie aż do skutku powinno być obowiązkiem każdej nie pamiętającej PRL mądrali płci obojga, odsądzającej od czci i wiary tzw. neoliberalizm i w ogóle kapitalizm, bez zawracania sobie głowy myśleniem, co byłoby bez niego i czym go ewentualnie zastąpić.

Państwo to zostało dotknięte dwoma klątwami – pierwsza z nich to tzw. klątwa surowcowa, zwana inaczej paradoksem obfitości, a druga to klątwa socjalizmu. Gdyby był to jeszcze socjalizm extra vergine, ale ten wenezuelski jest gdzieś z szóstego tłoczenia, licząc przedtem Marksa, Engelsa, Lenina, Stalina i wreszcie braci Castro. Nic zatem zaskakującego, że wenezuelskie zaskórniaki brutto wynoszą zaledwie 26 dolarów, lecz jeśli uwzględnić wielkie zadłużenie wewnętrzne i zewnętrzne (m.in. pożyczki od Chińczyków w zamian za dostawy ropy, która zostanie wydobyta dopiero w przyszłości), to robi się z nich jeden wielki minus.

Skandynawskie doświadczenie

Z uwagi na rygorystyczne kryteria przejrzystości, skandynawską prostolinijność i najwyższe standardy kultury politycznej, najwięcej do opowiedzenia jest o funduszu skandynawskim. Z nazwy byłby to fundusz gwarantujący przyszłe emerytury teraźniejszych niedorostków znad fiordów, ale nazwa wprowadza w błąd, bo jego cele są szersze i sprowadzają się do utrzymania norweskiego dobrostanu w przyszłości. Widać na jego przykładzie, że zarządzanie takim mastodontem potrafi spędzać sen z oczu.

Na początek warto zdać sobie sprawę, że wkład sektora naftowo-gazowego do PKB Norwegii nie jest niebotyczny, jak nad Zatoką Perską, bo wynosi ok. 20 proc. Bank Światowy podaje, że norweski produkt krajowy ma wartość 388 mld dolarów, co daje temu państwu 28. miejsce w świecie, tj. cztery pozycje za 24. Polską. Gdyby odjąć Norwegom owe naftowo-gazowe 20 proc., to zostałoby im jeszcze 310 miliardów dochodu narodowego rocznie. W rankingu pod względem wielkości bezwzględnej PKB nie spadliby jednak jakoś wyraźnie. Zajęliby po takiej korekcie 32. miejsce, będąc o oczko wyżej niż 33. Hongkong.

W ujęciu per capita i według bieżącej wartości nominalnej PKB Norwegii wynosi w szacunkach MFW niebotyczne 75 tys. dolarów, co daje trzecie miejsce w świecie po Luksemburgu (103 tys.) i Szwajcarii (81 tys.) I znowu: gdyby odjąć 20 proc., to zostałoby 60 tys. dolarów, a to zapewniłoby piąte miejsce w świecie, kilka tysięcy dolarów przed szóstymi na takiej liście Amerykanami. A jednak: mimo tak świetnej pozycji ekonomiczno-finansowej, Norwedzy bardziej martwią się o przyszłość niż mnóstwo innych narodów, w tym szczególnie nam najbliżsi, czyli Polacy.

Wielka przecena ropy naftowej sprzed dwóch lat sprawiła, że norweski fundusz wypracowuje obecnie większe dochody roczne niż przynosi sprzedaż ropy. Jego aktywa obejmują najprzeróżniejsze obligacje oraz akcje ponad 9 tysięcy spółek z 78 państw świata.

Polskie aktywa w tym koszyku to akcje 96 spółek z warszawskiego parkietu dobrane z każdego praktycznie sektora i warte 734 mln dolarów oraz nasze obligacje rządowe za 2,74 mld dolarów. Na liście są też obligacje spółki PGE Sweden AB, ale to drobiażdżek za 6,5 mln dolarów. Inwestycje portfelowe Government Pension Fund Global nad Wisłą mają łącznie niebagatelną wartość prawie 3,5 mld dolarów.

Niezależność funduszu nie została zapisana w konstytucji Norwegii, ale na razie nic nie wskazuje, że był to błąd. Zarządza nim jednostka działająca w strukturze banku centralnego, kontrolowana przez ministerstwo finansów i monitorowana przez parlament.

Oczekiwane dochody funduszu z poczynionych inwestycji określone zostały na 4 proc. rocznie. Jest to jednocześnie ustawowy pułap czerpania środków, co oznacza, że fundusz nie może, a przynajmniej nie powinien się kurczyć. Ostatnie miesiące przyniosły jednak istotne naruszenie tej zasady. W pierwszej połowie 2016 r. norweski rząd wyjął z funduszu więcej niż przekazał doń dochodów ze sprzedaży ropy. Różnica na niekorzyść funduszu wyniosła 45 mld koron, tj. ok. 5,5 mld dolarów, a więc mniej więcej tyle, ile u nas kosztuje rocznie program 500+.

Licząc od stycznia 1998 r. średnioroczny zwrot z inwestycji mierzony koszykiem zawierającym 33 waluty wyniósł 5,5 proc, a po odjęciu kosztów i wpływu inflacji – 3,6 proc. Najgorszy dla przyszłości Norwegów był kryzysowy rok 2008 kiedy „zwrot” wyniósł minus 23,3 proc., ale już następny 2009 r. był najlepszy ze zwrotem w wysokości 25,6 proc. Tajemnica tkwi w „druku” pieniędzy przez Amerykanów.

Wyjaśnienie mechanizmu tego niesamowitego skoku od smuty do bonanzy w 12 miesięcy można znaleźć w niedawnym tekście z Obserwatora Spór nie tylko o sekularną stagnację.

>>> Czytaj też: Norweski fundusz państwowy pozwie VW w związku ze skandalem emisyjnym

Bezpieczeństwo ważniejsze od bieżącej straty

Rok 2015 potwierdził katusze przeżywane przez menedżerów funduszy inwestycyjnych w czasie niskich i ultraniskich lub wręcz ujemnych stóp procentowych. Dzieją się obecnie na rynkach finansowych rzeczy niesłychane i przeczące wielowiekowym doświadczeniom, że pieniądz, przynajmniej ten zarobiony ciężką pracą, musi być drogi. Niektóre banki centralne żądają od banków komercyjnych opłat za utrzymywanie ich depozytów gotówkowych. Rządy (na razie niemiecki) oferują i sprzedają obligacje, za które nabywca-inwestor otrzyma na koniec mniej niż pożyczył. Bezwzględne stają się również korporacje. We wrześniu dwie firmy chemiczne: francuska Sanofi i niemiecki Henkel wypuściły obligacje dające „uzysk” ujemny. Tym samym, ten kto przetrzyma ich papiery do momentu wykupu nie zyska, a straci na tej okazji na opak.

Na pierwszy rzut oka inwestycje takie nie mają sensu, ale w pewnych okolicznościach są uzasadnione. Przykładem może być sektor ubezpieczeniowy, który sprzedając polisy (np. życiowe) obiecując klientom duże wypłaty kiedyś bardzo daleko w przyszłości. Dla swego własnego bezpieczeństwa i dla spełnienia zasady, że po stronie „winien” musi być tyle, ile po stronie „ma” ubezpieczyciel musi te wypłaty zabezpieczyć, najlepiej najbezpieczniejszymi papierami, jakimi są obligacje. Jeśli na rynku oferowane są takie, które przynoszą straty, to i tak bieżąca strata jest dla firmy ubezpieczeniowej mniej ważna od bezpieczniejszej przyszłości.

W takim otoczeniu globalnym zwrot absolutny uzyskany przez Government Pension Fund Global (GPF) wyniósł w 2015 r. bardzo mikre 0,33 proc. Gorzej, że ujemny był tzw. zwrot względny (relative return), który wyniósł w 2015 r. minus 0,24 proc., a to oznacza, że „rynek” był o włos lepszy od zarządzających norweskim funduszem dla przyszłości, ponieważ zwrot absolutny dla rynkowego punktu odniesienia (benchmark) wyniósł 0,57 proc.

Część finansowych zawodowców bardzo kręci na to nosem twierdząc, że polityka funduszu norweskiego jest zbyt konserwatywna. Jeden z nich, szef think-tanku Re-Define Sony Kapoor, twierdzi w pracy „Investing for the Future”, sfinansowanej przez Norwegian Church Aid poświęcającą swój czas i pieniądze sprawie sprawiedliwości globalnej, że GPF mógł nie wkładać 90 proc. aktywów w ospałe gospodarki i podmioty z sytego Zachodu, a zainwestować sporo środków w projekty infrastrukturalne, a zwłaszcza w przedsięwzięcia podejmowane w i przez głodne kapitału kraje rozwijające się.

Demograficzna rezerwa bez rezerwy

W trudnych, a zwłaszcza coraz mniej zrozumiałych czasach, pocieszeniem dla niezamożnych jest więc świadomość z gatunku schadenfreunde, że bogaci też mają nielekko z uciążliwościami pomnażania bogactwa. Nas ten problem nie dotyczy, bo my nie odkładamy na przyszłość, kalkulując, że skoro pożyczanie jest tak tanie, to nic tylko pożyczać.

Jest w Polsce namiastka funduszów sovereign w postaci Funduszu Rezerwy Demograficznej (FRD), ale o jego bardzo pośledniej randze niech świadczy fakt, że poświęcono mu zaledwie jeden artykuł w ustawie z 1998 r. o systemie emerytalnym. Zgodnie z prognozami, największe zapotrzebowanie na środki z FRD wystąpi w okresie 2020-2030. Co z tego, skoro czerpano z niego obficie już od 2010 r.

Rezerwowe fundusze emerytalne (public pension reserve funds) działają jak świat szeroki. Najstarszy i największy, amerykański, Social Security Trust Fund został założony w 1940 r. i miał w 2015 r. aktywa o wartości ponad 2,8 biliona dolarów, co stanowiło 15,5 proc. PKB USA. Co ciekawe wpływy SSTF są nadal wyższe od wypłat, choć są szacunki, że zła demografia zwycięży i za niecałe 20 lat fundusz się wyczerpie. Drugi z takich największy, japoński, zgromadził 1,2 biliona dolarów, natomiast aktywa funduszu szwedzkiego stanowią niemal 30 proc. tamtejszego PKB.

Według planu finansowego, na koniec 2016 r. „na stanie” FRD powinno być prawie 22 mld zł, co da ok. 570 zł na jednego Polaka lub 2500 zł na jednego emeryta i rencistę. To nieco więcej niż zaskórniaki Wenezuelczyków, ale różnica in plus nie jest oszałamiająca. W innym ujęciu, aktywa FRD stanowią zaledwie 1,1 proc. polskiego PKB. To i tak dużo, przynajmniej na papierze, bo gdyby w całościowym rachunku uwzględnić dotacje i pożyczki FUS od budżetu państwa, to ów procencik uległby anihilacji.

Wniosek z naszej obecnej sytuacji jest taki, że dziś w Polsce nie warto sobie zawracać głowy myślami o rodzimym sovereign fund. Przyjdzie na to czas (chociaż całkiem możliwe, że nie przyjdzie), gdy doczekamy się kilku lat z rzędu zrównoważonego lub nawet nadwyżkowego budżetu państwa. Potem można będzie zacząć naśladować Norwegów.

>>> Czytaj też: Zniszczony raj inwestycyjny czy okazja do zakupów? Tak dziś wygląda Polska w oczach zagranicy

Autor: Jan Cipiur