I wycofywałem się rakiem. Jednak któregoś wieczoru wypiłem za dużo, omsknął mi się palec na klawiaturze i doprowadziłem sprawę do końca.

Od tamtej pory co rusz kupuję coś za Wielkim Murem: słuchawki, kable, buty, ciuchy, naklejki, ładowarki, baterie, elektroniczne gadżety, okulary, uchwyty do telefonów, statywy, zabawki i inne pierdoły, włączając w nie magiczne gąbki (szybko i dokładnie usuwają ze ścian i innych powierzchni ślady po kredkach, farbach i wymiocinach moich dzieci). Jedne z tych rzeczy okazały się potrzebne bardziej (gąbki najbardziej), inne mniej, jeszcze inne wcale. Ale wszystkie dotarły, były dobrej jakości (poza ciuchami) i oczywiście dużo tańsze. Jednak najbardziej do zakupów za Wielkim Murem przekonała mnie tamtejsza obsługa. Sprzedawcy odpisują w pięć minut od wysłania im e-maila, dopytują, czy przesyłka dotarła, czy jestem zadowolony z jakości i dają rabaty na kolejne zamówienia. Gdy raz wycofałem się z transakcji, pieniądze w pięć dni wróciły z powrotem na moje konto. Bez pytań, narzekań i konieczności wypełniania jakichkolwiek papierów. Kiedy jeden produkt nie dotarł przez sześć tygodni, jego sprzedawca natychmiast nadał drugi i przepraszał mnie tak, jakby co najmniej przejechał mojego psa.

Łukasz Bąk szef sekretariatu redakcji

Łukasz Bąk szef sekretariatu redakcji

źródło: Dziennik Gazeta Prawna

Dla porównania, spróbujcie zwrócić się z najdrobniejszą reklamacją do jakiegoś polskiego sklepu internetowego. Najpierw poproszą, żebyście odesłali im produkt, później wypełnili milion dokumentów potwierdzonych notarialnie, następnie zwalą winę na kuriera lub producenta, a na koniec uznają, że to wszystko wasza wina i zagrożą, że jak się od nich nie odczepicie, to przejadą wam psa.

Azjaci dobierają się Europejczykom do tyłka i – jeśli szybko się nie ockniemy – zaraz będą w środku. Koreańczycy w zasadzie już się u nas rozgościli. Odpowiadają za chłodzenie i mrożenie żywności w moim domu, za projekcje bajek dla moich dzieci, za dostęp do internetu, moje rozmowy telefoniczne, a także odkurzanie naszych dywanów. Jakby tego było mało, na rynku pojawił się właśnie pierwszy koreański samochód, który mógłbym mieć. Szczerze mówiąc – choć jeszcze z trudem przechodzi mi to przez gardło – to nawet chciałbym go mieć.

No więc Kia Optima GT w wersji kombi – bo o niej mówię – ma absolutnie wszystko to, czego oczekuję od rodzinnego, eleganckiego kombi. Bardzo dobrze wykończone, przestronne wnętrze, ogromny bagażnik, wygodne fotele, porządne wyposażenie, czytelne zegary, przyjemnie grający sprzęt audio, dobrą nawigację, a wszystko to obsługuje się prosto i intuicyjnie jak łyżkę do zupy. Do tego jest ładna, ale w klasyczny, nienarzucający się sposób. Renault Talisman to kwiecista koszula od Ralpha Laurena, Ford Mondeo – dżinsy i bluza, Toyota Avensis – sztruksy w kolorze ziemi i wełniany sweter w romby. A Optima to idealnie skrojona marynarka założona na białą dopasowaną koszulę. W wersji GT ma tylko tenisówki na nogach. Jest dobra na każdą okazję i za kilka lat będzie wyglądała równie dobrze jak dzisiaj. To samo tyczy się wnętrza – nie ma tu niczego, co można by uznać za ekstrawaganckie. Jest prosto i elegancko. Czyli dokładnie tak, jak powinno być w rodzinnym kombi – samochodzie, za kierownicą którego dajecie do zrozumienia światu, że wasze życie seksualne całkowicie zamarło, a największą rozrywką jest grabienie liści i sprzątanie kup po labradorze. „Rodzinne kombi” to synonim wyrażenia „Oglądam »Klan« ” albo „Jestem nudny jak suszenie grzybów”.

Sęk w tym, że Optima w wersji GT wcale nie jest nudna. Ma 245 koni, rozpędza się do setki w około siedem sekund i maksymalnie może jechać 230 km/h. A w rzeczywistości sprawia wrażenie jeszcze żwawszej niż na papierze! To zasługa dźwięków wydobywających się spod maski. Żaden samochód w tej klasie nie brzmi tak dobrze – to coś pomiędzy płuczącym gardło Tomem Jonesem a nadlatującym messerschmittem. Jednocześnie jednak nie musicie obawiać się, że waszym pociechom zaczną krwawić uszy. Podobnie jak o to, że złamiecie im kręgosłup na pierwszej napotkanej nierówności, bo zawieszenie Optimy... Zacznijmy od tego, że razem z układem kierowniczym dostrajał je człowiek, który wcześniej pracował dla BMW. Nie wiem, ile złota, wielbłądów i dziewic ofiarowali mu Koreańczycy, ale wiem jedno – opłaciło się. Optima GT nie jest ani trochę za twarda i ani trochę za miękka. Jest po prostu idealnie zestrojona. Pewnie, przewidywalnie i precyzyjnie się prowadzi. Do tego dochodzi bardzo dobry sześciobiegowy automat, który odczytuje wasze intencje lepiej niż żona w chwili, gdy przynosicie do domu kwiaty, a akurat nie wypadają jej imieniny ani żadna rocznica.

Wady? Tak, są. Jeśli macie więcej niż 185 cm wzrostu, w żadnym wypadku nie zamawiajcie szklanego dachu, bo będziecie cały czas walili głową w podsufitkę. A jeśli nie macie rąk szympansa, to dobrze by było, abyście uzbroili się w jakieś patyki do obsługi dotykowego ekranu – bo palcami go nie dosięgniecie bez odrywania pleców od fotela. Ale to już naprawdę wszystko. Jeśli mam być szczery, to w kategorii „najbardziej emocjonujący normalny rodzinny samochód” Optima GT dostaje ode mnie 11 punktów na 10 możliwych. Także dlatego, że kosztuje 150 tys. zł, podczas gdy podobnie wyposażony Passat z porównywalnym motorem zaczyna się ocierać o 200 tys. zł. A skoro już jesteśmy przy Volkswagenie, to myślę, że Niemcy powinni czuć się poważnie zaniepokojeni. Szczerze mówiąc, Optima jest jedynym godnym konkurentem Passata. Koreańczycy osiągnęli to, o czym wiele innych marek od lat tylko marzy – zbliżyli się do ideału.

PS: Właśnie przeczytałem to, co napisałem raz jeszcze i dotarło do mnie, że za chwilę pojawi się mnóstwo pytań o to, ile zapłaciła mi Kia za zrobienie jej takiej reklamy. Uprzejmie informuję, że jeszcze nic. Na razie czekam na kontrpropozycję Volkswagena...

>>> Czytaj też: General Motors zwolni 2 tys. pracowników. Sprzedaż firmy mocno spada