Nasuwam to jądro rozkoszy delikatnie na widelec, ostrożnie wykładam na język i delikatnie, bez odrobiny pośpiechu, rozgniatam o podniebienie. Smak przyprawionego szczyptą soli atłasowego, ciepłego nektaru wypełnia całe usta, a umieszczone w nich receptory wysyłają do rdzenia kręgowego sygnał, że nadszedł właściwy moment, by uwolnić hektolitry endorfin...

Możecie zatem tylko spróbować sobie wyobrazić, co poczułem w ubiegły piątek, gdy wszystkie sklepy były zamknięte, a ja wyjąłem z lodówki dwa ostatnie jajka i – jak zwykle – idealnie je sobie przygotowałem. Oraz gdy przy przekładaniu ich na talerz żółtka się wylały. Oczywiście zlizałem je natychmiast, ale bądźmy szczerzy – nie było to to samo. Różnica jest w tym wypadku mniej więcej taka, jak zlizywanie bitej śmietany z brzucha Mili Kunis i Gerarda Depardieu. Smak niby ten sam, ale...

Takich frustrujących rzeczy jest więcej. Na przykład zawsze gdy jestem zmuszony spędzić nieco więcej czasu w toalecie, okazuje się, że w uchwycie na papier toaletowy spoczywa już tylko pusta szara rolka, a w promieniu dziesięciu kilometrów nie ma akurat nikogo, kto mógłby przynieść nową. Jeśli mam szczęście, to pozostaje mi ulotka z Biedronki. Jeśli nie mam – kawałek kartonu wygrzebanego z kosza na śmieci. A jeśli akurat jest poniedziałek, czyli dzień, w którym przyjeżdża do nas śmieciarka, to... Nigdy nie kupujcie dzieciom „Baśni” braci Grimm...

Wkurza mnie, gdy umieram z pragnienia, a przypominam sobie, że w lodówce mam butelkę coca-coli, po czym okazuje się, że w rzeczywistości jest to butelka po coca-coli. Na dnie ktoś zostawił dosłownie trzy krople i pozwolił, by nadal się chłodziły. Zapewne na wypadek, gdyby wpadły do nas z wizytą spragnione krasnoludki. A internet? Mam podejrzenie graniczące z pewnością, że T-Mobile wspólnie z producentem routera zmawiają się, by zwolnić mi łącze milionkrotnie zawsze w chwili, gdy film na wieczór ściągnął się w 99 proc. Chcecie więcej? Brak czystych łyżeczek do herbaty, bo wszystkie są od zeszłej niedzieli w zmywarce. Ostatnia łyżka do zupy, która cała wpada do garnka z krupnikiem. Tankowanie za 50 zł, gdy przy dystrybutorze jesteście skupieni jak lampart na polowaniu, a mimo to kończycie na 50,03 zł.

Od tankowania wypada płynnie przejść do irytujących rzeczy w samochodach. Automatyczne wycieraczki w żadnym modelu nie działają z taką częstotliwością, jak bym sobie życzył. Przycisk otwierania wlewu paliwa bywa ukryty tak, jakby producent zamierzał udowodnić wam, że łatwiej i szybciej będzie kupić nowe auto z pełnym bakiem. I jeszcze uchwyty do napojów, które działają tak, że tuż po ruszeniu autem cała zawartość kubka z kawą ląduje na konsoli środkowej, fotelu, kierownicy, przedniej szybie albo na waszym kroczu. A najczęściej we wszystkich tych miejscach jednocześnie.

Za mało miejsca nad głową w koreańskich wozach, to, że nigdy nie widzę całych zegarów w bmw, dźwięk migacza w peugeotach, nawigacja w citroenie, toyota prius, wszystkie fiaty – mógłbym tak wymieniać w nieskończoność. Ale nie ma to sensu. Bo prawda jest taka, że z tym wszystkim da się żyć. W gruncie rzeczy to tak samo nieistotne niuanse jak to, że nie wyszło wam sadzone. Te wkurzające drobnostki są jak mały pryszcz na czole Charlize Theron – zwrócicie na niego uwagę tylko raz, a całą pozostałą uwagę skupicie na tym, jak wspaniała jest reszta.

Obawiam się jednak, że w przypadku motoryzacji jest jedna rzecz frustrująca tak bardzo, że nie da wam spać po nocach – to świadomość, że zapłaciliście w cholerę pieniędzy za samochód, który okazał się rozczarowujący. Przykro mi to pisać, ale właśnie tak bym się czuł, gdybym kupił mercedesa C250 coupe. Szczerze mówiąc, przez cztery dni jeździłem nim zupełnie za darmo, a i tak cierpiałem na bezsenność. Gdy tylko opadała mi powieka, widziałem rachunek opiewający na mniej więcej 250 tys. zł za samochód, który jest piękny. I zupełnie nic poza tym.

C250 coupe obezwładnia urodą. Łapałem się na tym, że szedłem do garażu z kieliszkiem wina w ręku tylko po to, aby sobie na niego popatrzeć. Ale gdy tylko sobie przypominałem, że za ćwierć miliona dostajecie silnik brzmiący jak jednostka w najtańszym hyundaiu oraz pozostawiającą sporo do życzenia jakość wykonania, to wylewałem wino i nalewałem sobie czystej wódki. Co ciekawe, testowany przeze mnie egzemplarz miał np. wentylowane fotele, szklany dach, skórzaną tapicerkę, lecz zabrakło regulacji pochylenia siedziska fotela, przez co przy każdym mocniejszym hamowaniu lądowałem pod kierownicą. Opcjonalne audio Burmester brzmiało fantastycznie, ale tylko na postoju, bo podczas jazdy zagłuszał je silnik drący się przy wyższych obrotach tak, jakby każdy z 211 jego koni był na żywca zamieniany w wałacha.

Choć we wnętrzu królowała skóra, szczotkowane aluminium i naturalne, naprawdę piękne matowe drewno, to... na gorszej jakości drogach wszystko to skrzypiało i trzeszczało tak bardzo, że zacząłem zastanawiać się, czego użyto tu w roli środka montażowego. Śliny? Dla odmiany układ kierowniczy, zawieszenie i skrzynia biegów okazały się dobre. Choć w tym kontekście brzmi to mniej więcej równie optymistycznie jak stwierdzenie: „Całe państwa mieszkanie jest zagrzybione, ale wazon w przedpokoju macie naprawdę ładny”.

Nie mam wątpliwości co do tego, że Mercedes potrafi zrobić porządne, ciekawe auto. CLS pozostaje jednym z niewielu moich motoryzacyjnym marzeń. Wersja cabrio poprzedniej klasy E to prawdopodobnie najlepsze auto bez dachu na świecie, a AMG GT S to maszyna tak wspaniała w swojej nieobliczalności, że moczę się na samo wspomnienie o niej. Ale C250 coupe jest po prostu beznadziejne. To – przynajmniej w tej wersji – jajko sadzone, którego żółtko w całości wypłynęło wprost na waszą śnieżnobiałą, dopiero co uprasowaną koszulę. Innymi słowy, to zmaterializowany synonim słowa „frustracja”.