Zjawisko podsycania konfliktów w naszym kraju można opisać jednym zdaniem: to szczegółowo (choć nie zawsze przesadnie) zaplanowane prowadzenie działań komunikacyjnych promujących określone postawy oraz radykalnie piętnujących odmienne – tak w kwestiach sensu stricte politycznych, jak i ekonomicznych, społecznych, kulturalnych, obyczajowych – postawy. Czyli kto nie z nami, ten nie tylko przeciw nam – takiego trzeba poniżyć, zniszczyć, wyszydzić i wyśmiać, obedrzeć z godności, wdeptać w ziemię, tak, by ślad po nim nie został.
W polskiej polityce dzisiaj tylko tak prowadzone działania komunikacyjne się sprawdzają – niestety także na nasze własne, publiczności-wyborców, życzenie, bo naszą uwagę przyciąga jedynie ostro zarysowany, wyrazisty spór. Okraszony pikanterią epitetów kierowanych w stronę politycznych adwersarzy.

"Nasz kodeks moralny jest absolutnie nowy. Nam wszystko wolno, ponieważ jako pierwsi na świecie wyciągamy miecz nie w celu zniewolenia, lecz w imię wolności i wyzwolenia spod ucisku"

Bo czy nie sprawdził się, czyli nie przebił do publicznej świadomości i nie zaczął żyć własnym życiem, pełen absurdów bełkot posłanki PiS Beaty Mateusiak-Pieluchy? Zacytujmy go: „Powinniśmy wymagać od ateistów, prawosławnych czy muzułmanów oświadczeń, że znają i zobowiązują się w pełni respektować polską Konstytucję i wartości uznawane w Polsce za ważne. Niespełnianie tych wymogów powinno być jednoznacznym powodem do deportacji”.
Reklama
Ponieważ internet nie wybacza takich głupot, szybko zaroił się od akcji typu Deportacja+, do której chciały przystąpić dla żartu tysiące internautów, prosząc np. o umieszczenie gdzieś w malowniczych górach, oczywiście razem z całą niewierzącą rodziną. Posłanka tłumaczyła się, że jej wpis dotyczył wyłącznie imigrantów i potencjalnych imigrantów, ale nie zmienia to faktu, że propozycję formalnego narzucenia wolnym ludziom w wolnym kraju jakiegokolwiek stylu życia lub tego, by deklarowali formalnie przywiązanie do jakichkolwiek wartości przed urzędnikiem państwa, jest pomysłem typowo bolszewickim.
Przecież to w ZSRR wymagano udowodnienia swojego pochodzenia, statusu klasowego i majątkowego oraz deklaracji wiernopoddańczości w stosunku do państwa. Odstępstwa, czyli życie niezgodne z jedynymi słusznymi zasadami i wartościami, np. kułactwo lub burżuazyjność, piętnowano dość radykalnie. Czy deportacja innowierców z Polski proponowana przez posłankę Mateusiak-Pieluchę takim napiętnowaniem właśnie by nie była?

"Każdy co dziesiąty winny pasożytnictwa zostanie rozstrzelany na miejscu. Musimy wzmóc siłę terroru. Rozstrzeliwać i wywozić"

No dobrze, może by była, ktoś powie, ale dlaczego jedna głupia wypowiedź od razu ma narażać całą klasę polityczną na łatkę posługiwania się werbalnym bolszewizmem?
Przecież bolszewicy politycznych przeciwników eksterminowali fizycznie: głodzili, wieszali, strzelali, topili i żywcem palili w piecach. Byli drapieżnymi zwierzętami w ludzkich skórach. Kiedy poczuli słabość, krew lała się litrami. W Polsce nigdy, no może prawie nigdy do siebie nie strzelaliśmy, do radykalnych zdarzeń doszło może pięć razy, a dzisiaj w ogóle nikt takich reakcji nawet nie rozważa, nie przechodzą mu one przez myśl.
Bolszewizm zakładał, że kapitalizm może zostać obalony tylko w drodze rewolucji – był to jeden z pomnikowych dogmatów tej ideologii. Każdy inny sposób zmiany jest skazany na niepowodzenie. Tylko że w Polsce nikt o obalaniu kapitalizmu nie myśli – ktoś, kto stawiałby rządzącym dzisiaj takie zarzuty, zostałby, i słusznie, posądzony o umysłowe ograniczenie.
Głównym celem partii leninowskiej było skasowanie istniejącego, legalnego rządu i zastąpienie go własnym, sprawowanym w imieniu proletariatu, następnie zaś wprowadzenie dyktatury tej klasy. W Polsce od wielu lat panuje realny porządek demokratyczny i nikt, nawet PiS, któremu od dawna zarzuca się ciągoty autorytarne, nie zakłada jakichkolwiek zmian w tym zakresie.
W bolszewizmie wreszcie religia była opium dla mas, w zależności od nasilenia aktywności państwa była piętnowana pokazowo lub po cichu, kościoły i związki wyznaniowe zawsze traktowano jako konkurencję w zdobywaniu rządów dusz i systemowo niszczono. Dzisiaj w naszym kraju mamy pełną wolność religijną, a nawet sympatię struktur państwa dla postaw chrześcijańskich do tego stopnia, że kilka dni temu Jezus Chrystus został królem Polski, ale nie ma państwowego obowiązku uznania tego faktu przez każdego obywatela – kto nie wierzy albo wątpi, nie musi.
Nie chodzi jednak o to, by przykładać dokładną miarę historycznych wzorców do dzisiejszych polityków. To przecież jasne, że siłą rzeczy nie wolno im wysłać plutonów egzekucyjnych, by rozstrzeliwały adwersarzy. Muszą być w jakimś stopniu demokratami, bo działają w kraju demokratycznym i na kontynencie, który wolność stawia (przynajmniej deklaratywnie) na pierwszym miejscu. Muszą tym samym w działaniach ograniczać się do ram prawa i dobrego obyczaju. Ale tylko w działaniach. W tym, co myślą, a potem mówią, już bolszewikom ustępować nie muszą, bo ze słów, w tym agresji, nikt ich nie rozlicza.
Tym samym w kwestiach publiczno-werbalnych, jeśli tak je możemy na potrzeby tego tekstu określić, jesteśmy dzisiaj w Polsce znacznie bliżej wzorców totalitarnych niż promowanych i realizowanych przez rozwinięte zachodnie demokracje, te, które są ikoną dla całego łacińskiego świata – jak Wielka Brytania, Niemcy czy Stany Zjednoczone, gdzie w ostatnich tygodniach ton debaty się zaostrzył, ale w dużym stopniu było to spowodowane finiszem kampanii prezydenckiej.
Nowy bolszewizm polskich polityków polega na absolutnym przeświadczeniu o własnej racji. Opiera się w dużym stopniu na kulcie liderów partyjnych – i wcale nie dotyczy to jedynie PiS. Również Nowoczesnej, gdzie półbogiem jest Ryszard Petru czy PO zdziesiątkowanej ostatnimi wyborami i wciąż liczonej, niczym znokautowany bokser w narożniku. Jej nowy lider Grzegorz Schetyna rozdał już razy przeciwnikom, np. Michałowi Kamińskiemu, marginalizując jego rolę w polskiej polityce, zmuszając do odejścia z PO, dzięki czemu teraz ma w partii tylko wiernych. Polega wreszcie na deprecjonowaniu postulatów obywatelskich albo udawaniu, że są nieistotne, niewarte uwagi, komiczne lub przypadkowe. I ostatecznie na szukaniu wyimaginowanych winnych niepowodzeń: podejrzanych układów, zakłamanych mediów, łże-elit, leniwych, lecz również przebiegłych organizacji pozarządowych i najogólniej nieuczciwych ludzi bez honoru.
Wszystkie te mechanizmy nie tylko obserwujemy od dawna w polskim życiu politycznym, ale odkąd rządzi PiS, mamy do czynienia z ich sporym nasileniem. W dużym stopniu z uwagi na deklaratywną bezkompromisowość Jarosława Kaczyńskiego, który jednoznacznie nadaje dzisiaj ton debacie publicznej, choć wcale zbyt często nie zabiera głosu.

"Musimy łamać wszelki opór z taką brutalnością, żeby nie zapomniano o niej przez kilka dziesięcioleci"

Pewnie dlatego, próbując nawiązać do „złotego” standardu forsowanego przez swojego lidera, w systemowym obrzucaniu błotem przeciwników celuje dzisiaj PiS, siłą rzeczy najczęściej też cytowany w mediach, słynący z prowadzenia czasem inteligentnej, choć zwykle nie, narracji społecznej pod hasłem „my i oni”. Na zasadzie przeciwności – dobrych nas i złych onych – jego przedstawicielom zdarza się manipulować argumentami, posługiwać półprawdami, które akurat z punktu widzenia rządzących są w danej chwili wygodne i nazywać „czarne białym, a białe czarnym” nie tylko w chwilach przejęzyczeń, lecz w sposób planowy i merkantylny.
Trend na dobre wyznaczył 10 lat temu w Stoczni Gdańskiej sam Jarosław Kaczyński, gdy posłużył się odarciem z godności krytykantów i sprowadzeniem ich do roli potępionych przez historię brutalnych pałkarzy: „My jesteśmy tu, gdzie wtedy, oni tam, gdzie stało ZOMO”. I tak to elektryczne nastawienie do dzisiaj twórczo rozwijają jego naśladowcy, których nie brakuje ani w PiS – co logiczne, ale także w PO i w innych partiach opozycyjnych, co już powinno zastanawiać, gdyż – jak wiemy nie od dziś – naśladownictwo jest najwyższą formą uwielbienia.
Przykładów są dziesiątki, gdyby dłużej poszukać – setki. Bolszewizują nas dzisiaj również przedstawiciele lewicy, którzy teoretycznie powinni być szczególnie wyczuleni na tzw. mowę nienawiści. Tymczasem sami jej ulegają. Janusz Palikot (dziś mniej aktywny z uwagi na nieobecność w Sejmie: „Bronisław Komorowski pójdzie na polowanie na wilki, zastrzelimy Jarosława Kaczyńskiego, wypatroszymy i skórę wystawimy na sprzedaż”, „Wśród bliźniaków jednojajowych często jedno z nich jest homoseksualistą. Tak przynajmniej twierdzą medycy. Jarosław, w przeciwieństwie do Lecha, nie ma żony, dzieci, z kobietami trudno go spotkać, a mieszka z mamą i kotem”). Ale także uchodzący za bardziej stonowanych: Włodzimierz Cimoszewicz („W takiej sytuacji każdy przyzwoity człowiek chwyta za miecz, by pogonić to towarzystwo”, „Mam nadzieję, że Kaczyński będzie ponosił kolejne porażki. Jego język to język głupiego kaznodziei, a nie mądrego polityka”) i Robert Biedroń („Kaczyński nie kończy. Podobno jest już seksualnym impotentem”).
Aktywni są i politycy centrum, od lat postrzegani jako kontrowersyjni, np. Radosław Sikorski („Ale jeśli chodzi o kolejne wystąpienia prezesa Jarosława Kaczyńskiego to, wybaczą państwo, ale ja zadaję sobie zawsze pytanie, czy tym razem pan prezes jest na proszkach, czy nie”) oraz ci spokojniejsi, jak Donald Tusk („Bolszewicki temperament Kaczyńskiego i socjalistyczne poglądy na rolę państwa i na gospodarkę upodabniają go nawet nie do Kwaśniewskiego, lecz do starszych kolegów byłego prezydenta, tych, których nazywano kiedyś betonem PZPR”). Jak widać po ostatnim cytacie bolszewizować werbalnie można również, powołując się na sam bolszewizm, co już jest szczytem umiejętności budowania konfliktu .
Doktor Alina Balczyńska-Kosman z Wydziału Nauk Politycznych Uniwersytetu im. Adama Mickiewicza w Poznaniu w eseju „Język dyskursu publicznego w polskim systemie politycznym” pisze, że język ten „cechuje duża potoczność, negatywna ekspresja, brutalizacja i lekceważenie przeciwnika. Zamiast rzeczowych argumentów często padają wyrażenia niosące skrajne oceny i silne emocje. Jest on instrumentem bezpardonowej walki, dyskredytacji, a nawet poniżenia przeciwnika. Model komunikacji aktorów politycznych opiera się przede wszystkim na tak zwanym schemacie adwersarzy, który akceptuje konfrontację stron, wzajemne ataki, krytykę, a nawet otwartą, niehamowaną wrogość. W odróżnieniu od modelu wymiany (który spotykamy w rozwiniętych demokracjach zachodnich – red.) nie jest on nastawiony na porozumienie”. Jego celem jest jedynie wywoływanie kryzysu i zarządzanie nim dla intensyfikacji własnych korzyści. W innym miejscu dodaje, że „aktorzy polityczni coraz częściej posługują się językiem polityki nie jako środkiem komunikacji, lecz narzędziem rywalizacji, mając przy tym świadomość, że muszą ukazać się społeczeństwu jako osoby wiarygodne i kompetentne. Polityka staje się takim obszarem aktywności społecznej, który w dużej mierze konstytuują słowa, a język, którym posługują się uczestnicy procesu komunikacji, w szczególności politycy, jest ważnym elementem wpływającym na ich wizerunek”.
Szkoda, że dzisiaj na wizerunek polskich polityków wpływa głównie język rewolucji. Innej niż sto lat temu, ale w wielu aspektach równie szkodliwej. Czasy rewolucji dawno za nami. Widzą to Polacy zwykli, ale ci niezwykli mają wciąż w rękach chorągwie radykalnych bojów. Machanie nimi prowadzi nas wszystkich nad przepaść. ⒸⓅ