Diagnoza taka byłaby jednak kosztowna, ponadpartyjna, niezbyt efektowna i z trudem dająca się przekuć na proste rozwiązania. Z tych właśnie powodów dobra zmiana w edukacji nie nadejdzie. Od lat edukacja nie jest zarządzana przez nieupartyjnionych polityków. Owszem, było tak za czasów Katarzyny Hall. Wprowadziła merytorycznie poprawną zmianę w sprawie sześciolatków w szkołach i PO przegrała wybory.

Piszę te słowa w kolejnym tygodniu gorączkowych protestów, wypowiedzi i deklaracji w sprawie reformy minister Anny Zalewskiej. Ciągle mam wrażenie, że walka na całego rozgorzała wokół spraw ważnych, ale drugorzędnych. Gimnazjum nie jest panaceum na bolączki szkolne, chociaż jego likwidacja nie jest uzasadniona. Czteroletnie liceum mogłoby rozumność polskich uczniów wzmóc, ale w tej sprawie żadnej pewności ani chwalcy, ani krytycy mieć nie mogą. To, co naprawdę ekipa MEN przegapia, leży gdzie indziej – nie w tym, jakich przedmiotów, w jakich szkołach i w jakim wymiarze będziemy uczyć, lecz jak.

Szkoła, w której pacholę skręci z części rowerek i przejedzie się nim po boisku i dostanie „6”, będzie szkołą wielką. Szkoła, w której podstawę oceny stanowić będzie sprawdzian z budowy rowerka, będzie szkołą kiepską. Jednak, psia krew, do prowadzenia zajęć ze skręcania rowerka potrzeba mniejszych klas, rowerków, światłych nauczycieli umiejących także jeździć na rowerze. Pieniądze potrzebne? A jakże. Długofalowa strategia? Bezwględnie. Stabilizacja systemu, który od pierwszej klasy do matury docenia twórczość, a nie odtwórczość? Pożądana. Mniej pieniędzy, długofalowości i ponadpartyjnej stabilizacji, a składanie rowerów pozostanie teorią.