Kilka dni temu ciekawy wykład na jej temat dała Lael Brainard, amerykańska ekonomistka i członkini władz Fed. Do niedawna typowana jako potencjalna kandydatka do sukcesji po Janet Yellen w roli szefowej amerykańskiego banku centralnego. I choć po wzięciu Białego Domu przez republikanów te plany się na razie zdezaktualizowały, to i tak Brainard pozostaje jednym z ciekawszych głosów średniego pokolenia liberalnych elit w USA.

Ekonomistka zaczyna od trzeźwego spostrzeżenia, że jeśli rynek oraz postęp technologiczny chcą pchać gospodarkę w kierunku świata „fuszki” (ang. gig economy), to ten proces będzie postępował. Ale właśnie od tego mamy polityków, żeby próbowali analizować skutki tego procesu, a potem wpychali go w takie ramy, żeby korzyści, które ten postęp przyniesie, były w miarę sprawiedliwie rozdzielone pomiędzy całe społeczeństwo.

Gdy się patrzy na przemówienie Brainard z polskiej perspektywy, to uderza jedno. Rachunek zysków nie sprowadza się do wyliczania profitów, które gig economy przyniesie przedsiębiorcom. To, że oni je osiągną, wydaje się oczywiste (koszty pracy zmniejszą się wszak w sposób znaczący). W Polsce cała dyskusja zamknęłaby się pewnie na tym zdaniu, bo przecież „co dobre dla biznesu, dobre dla całej gospodarki”. Tymczasem dla Brainard to – na szczęście – dopiero początek całej opowieści.

Prawdziwe (a nie tylko partykularne) zyski z ekonomii współdzielenia sprowadzić można do kilku punktów. Po pierwsze taka ekonomia prawdopodobnie zwiększy zatrudnienie. Logiką całego tego procesu jest przecież znacząca obniżka barier wchodzenia na rynek pracy. Te bariery to np. koszt związany z poszukiwaniem pracy oraz koszty dojazdu. Firmy takie jak Uber znalazły (dzięki nowoczesnej technologii) sposób na obejście tego problemu. Dlatego praca dla nich może skłonić do pracy również tych, którzy z różnych powodów nie podejmowali stałego zatrudnienia, bo im się to z różnych przyczyn nie kalkulowało. Nie chcieli na przykład spędzać trzech godzin dziennie w drodze do pracy. Albo nie mogli pogodzić pełnoetatowego zajęcia z innymi obowiązkami rodzinnymi.

Drugi ważny zysk społeczny to stabilizacja cyklu koniunkturalnego. Ekonomia „fuszki” lepiej dopasowuje podaż pracy z jej popytem. Co w sytuacji gospodarczego spowolnienia pozwala uniknąć najgorszego. Czyli wpadnięcia w recesyjną spiralę. Zyski dla produktywności? Tu szału raczej nie będzie. Gig economy obejmuje wszak raczej te obszary rynku pracy (głównie usługi), gdzie wykorzystywana jest praca nisko wykwalifikowana. A więc i tak tańsza. Ogromna jest też na tym zderegulowanym rynku konkurencja kosztowa. Zyski dla całej gospodarki będą więc raczej znikome.

No i wreszcie koszty. Pierwsza konsekwencja, którą dostrzega Brainard, to coś w rodzaju cofnięcia relacji pracodawca – pracownik do XIX w. Do czasów sprzed stworzenia ruchu związkowego, który był jedną z największych innowacji społecznych i bezpieczników, które nie pozwoliły kapitałowi zjeść własnego ogona (ktoś wszak musi kupować samochody produkowane przez robotników. Jeśli robotników nie stać na samochody, to i kapitalista nie zarobi). Z naszej polskiej perspektywy nie trzeba szukać aż tak daleko. Wystarczy spojrzeć na okres po 1989 r., który przyniósł nam rynek pracodawcy. I eksplozję umów śmieciowych. Które w większości przypadków były właśnie odpowiednikiem tego, czym dziś tak bardzo martwią się Amerykanie.

Zdaniem Brainard jest bardzo prawdopodobne, że w zachodnich gospodarkach powstaną w najbliższych dekadach dwa rynki pracy. Stary i jako tako chroniony. Oraz nowy, angażujący pracowników formalnie wolnych. Ale tak naprawdę urzeczowionych. Czyli takich, w których nikt nie będzie inwestował, nie będzie sobie zawracał głowy ich urlopem, a prawo pracy będzie tu stworem przypominającym yeti. Nie można też zapominać o pustoszącym wpływie, jaki „ekonomia współdzielenia” przyniesie systemom chorobowo-emerytalnym. Które są dziś wszak bardzo mocno sprzęgnięte z pracą stałą. I znów wszystko, co znamy z minionych dwóch dekad polskiego kapitalizmu.

Jest jakoś tam pocieszające, że decydenci ekonomiczni w USA sobie tym wszystkim zawracają głowę. To kolejny dowód, jak słabo my i nasza klasa polityczna byliśmy przygotowani do życia w kapitalizmie, gdy podobne trendy testowano na „dzikim zachodzie” III RP. ⒸⓅ

>>> Czytaj też: Doradca Trumpa: Prezydent-elekt będzie jak Reagan. USA staną się najbliższym sojusznikiem Polski