Spotkanie w biurowcu, w recepcji ochrona jak zawsze żąda: „Proszę o dowód”. Siłownia i karnet na ćwiczenia: „Proszę o dowód”. Bilet PKP kupiony przez internet. Konduktor: „Proszę o dowód”. – Ale po co? – Ja wiem, że to dziwny wymóg, ale takie są przepisy, że musimy sprawdzać, czy biletem posługuje się osoba na którą jest wykupiony przejazd. Operator komórkowy i obowiązkowa już rejestracja karty prepaid: „dowodzik”. Brak biletu w komunikacji miejskiej. Kanar: „Dowód, proszę”. Nie to, że jakoś często, ale i przy zakupie alkoholu zdarza się wciąż czasem komenda: „Poproszę o dowód”.

I tak w kółko. Kontakt z urzędnikiem czy policjantem niekoniecznie jest potrzebny, by co chwilę wyciągać plastik potwierdzający, kim się jest. Teoretycznie obowiązek posiadania dowodu osobistego przez pełnoletnich Polaków nie oznacza konieczności posiadania go przy sobie. Ale w praktyce oznacza noszenie go ze sobą ciągle i wszędzie. Nic dziwnego więc, że hołubiony przez minister cyfryzacji Annę Streżyńską plan wprowadzenia dowodów osobistych na komórki został przyjęty tak ciepło. Wreszcie ma być nowocześnie, mobilnie. Będziemy gonić cyfryzujacy się świat.

Minister w swojej koncepcji chciałaby być trochę jak Steve Jobs. – Niektórzy mówią: „Dajmy klientowi, czego chce”. Ale to nie jest moje podejście. Naszym zadaniem jest ustalić, czego klient będzie chciał, zanim tego zapragnie. To chyba Henry Ford powiedział: „Gdybym pytał klientów, czego chcą, powiedzieliby, że szybszego konia!”. Ludzie nie wiedzą, czego chcą, dopóki im się tego nie pokaże. Dlatego właśnie nigdy nie opieram się na badaniach rynku. Naszym zadaniem jest odczytać to, co nie zostało jeszcze zapisane – twierdził twórca Apple’a. Ministerstwo Cyfryzacji też ma ambicję wyprzedzenia oczekiwań obywateli. I super! Tyle że mDokumenty, których pierwszy etap ma się pojawić już w maju (na 50. urodziny Streżyńskiej), rewolucji nie oznaczają.

Rozumiem zachwyty Streżyńskiej nad mobilnością i jej wykorzystaniem dla e-administracji. Gdy kilka miesięcy temu profesor Linnar Viik, doradca estońskiego rządu ds. informatyzacji, pokazywał mi, jak wygląda jego mobilny, komórkowy dowód, mogłam tylko westchnąć. W jednej aplikacji wszelkie niezbędne narzędzia do komunikacji z państwem i jego urzędnikami. Szybko, sprawnie, z każdego miejsca, gdzie tylko jest internet. Ale ten estoński mDowód jest rozwiązaniem zgoła odmiennym od polskiego. Jak mają więc wyglądać mDokumenty w praktyce? Wystarczy, że obywatel poda swój PESEL lub numer telefonu. Urzędnik czy policjant wprowadzi te dane do aplikacji, a ta zweryfikuje numer i wyśle SMS z jednorazowym kodem na telefon obywatela. Kod trzeba będzie podać urzędnikowi lub mundurowemu, który dzięki temu wyświetli sobie nasze dane (wraz ze zdjęciem) dostępne w państwowych rejestrach.

Czyli do kontaktów z urzędnikami czy policjantami plastik ma już nie być niezbędny. Ale co z tego, gdy i tak większość miejsc i osób wymagających dowodu nie będzie upoważnionych do użycia mDokumentów. I na to ministerstwo niewiele może poradzić, bo scyfryzować trzeba by było polską mentalność. Bo to na niej w ogromnej części opierają się wszystkie dowodowe żądania. Nie wierzą państwo? Proszę zerknąć na Wielką Brytanię. Dowody osobiste funkcjonowały tam dwa razy. Po raz pierwszy w czasie II wojny światowej, gdy były niezbędne do zapewnienia bezpieczeństwa wewnętrznego. Gdy tylko wojna się skończyła, obywatele wymogli likwidację „opresyjnego” obowiązku.

Wróciły w 2006 r. w odpowiedzi na zagrożenie terrorystyczne. Jednak po zwycięstwie torysów system dowodów został znów zlikwidowany. Posługiwanie się tymi wydanymi w latach 2006–2010 dokumentami nie jest oczywiście zabronione. Ale nie mają one mocy urzędowej, są trochę jak karty stałego klienta w sklepie. Wielką Brytanię i Polskę różni właśnie podejście do idei dowodów. Brytyjski system opiera się na wzajemnym zaufaniu. Do potwierdzania tożsamości wystarczy okazanie opłacanych rachunków wystawionych na swoje nazwisko. A w Polsce? Bez dowodu jak bez ręki. Bo jak tu dopuścić założenie konta w banku na podstawie rachunku za prąd?

Dlatego plan wprowadzenia smartfonowych mDokumentów może być co najwyżej fajnym gadżetem, a nie realną alternatywą. Widzą to już inne resorty. MSWiA skrytykował w przedstawionej przez MC koncepcji brak konkretnych, użytecznych dla obywateli przypadków użycia nowej usługi. Co więcej, MSWiA odpowiedzialne za policję niespecjalnie zgadza się z MC co do tego, że do mDokumentów nie będą potrzebne zakupy sprzętu dla funkcjonariuszy. Komenda Główna Policji nie wie, ilu spośród 100 tys. policjantów dysponuje służbowymi komórkami. – Na pewno mają je wszyscy dzielnicowi, ale już nie ma obowiązku, by były w nie wyposażone patrole. Tu wszystko zależy od komend wojewódzkich – tłumaczył nam Antoni Rzeczkowski z KGP. Policjanci na patrolach mają co prawda palmtopy łączące się ze specjalną zaszyfrowaną siecią dla służb, ale nie ma pewności, czy to połączenie będzie można wykorzystać na potrzeby mDokumentów.

A gdyby okazało się, że sprzęt jednak trzeba dokupić, resort finansów zasygnalizował, że „wskazane koszty całkowite potrzebne do realizacji zadań związanych z wprowadzeniem nowych rozwiązań w ramach projektu mDokumenty w administracji publicznej w Polsce powinny zostać sfinansowane ze środków budżetu państwa będących w dyspozycji ministra cyfryzacji, w ramach limitu wydatków ustalanego corocznie, bez konieczności jego dodatkowego zwiększania”. Czytaj: jeżeli resort cyfryzacji chce wprowadzać taką usługę, to niech ją sobie sam sfinansuje. Choć Nikola Tesla już przeszło sto lat temu wieszczył, że „wkrótce będzie możliwe bezprzewodowe wysyłanie informacji na cały świat tak, że każdy człowiek będzie mógł to robić przy pomocy małego urządzenia noszonego przy sobie”, z zaadaptowaniem tej techniki dla potrzeb polskiej administracji nie będzie tak łatwo. ⒸⓅ