Według sądu nieudzielenie absolutorium bez powodu może stanowić naruszenie dóbr osobistych menedżera. I LOT kilka dni temu przepraszał w prasie swojego byłego prezesa Marcina Piróga za to, że w 2013 r. akcjonariusze (głównie Skarb Państwa) naruszyli jego dobra osobiste w postaci dobrego imienia w wyniku bezpodstawnego podjęcia przez zwyczajne walne zgromadzenie uchwały o nieudzieleniu absolutorium z wykonywania obowiązków.

Z naszych informacji wynika, że co najmniej kilku menedżerów, którzy zostali zwolnieni po przejęciu władzy przez Prawo i Sprawiedliwość i też nie dostało skwitowania, rozważa pójście w ślady Piróga. Nie chcą jednak komentować sprawy, zanim nie złożą pozwów.

Absolutoriów nie dostali w tym roku m.in. byli prezesi: PZU, Tauronu, Energi, PKP, PGNiG czy KGHM. W większości przypadków uchwały nie były merytorycznie uzasadniane.

– Akt absolutoryjny powinien znaczyć bardzo wiele. Niestety w polskiej praktyce stał się aktem politycznym – wskazuje prof. dr hab. Andrzej Kidyba, kierownik Katedry Prawa Gospodarczego i Handlowego na UMCS w Lublinie. I dodaje, że dla osoby o ugruntowanej pozycji zawodowej nieuzyskanie absolutorium jest formą podważenia jej dorobku. Dla początkującego menedżera z kolei utrudnieniem w kariery zawodowej.

– Nie dziwi mnie więc, że doświadczony menedżer idzie do sądu. Nieuzyskanie absolutorium stanowi dla niego określoną dolegliwość. Jeśli zaś stało się to z przyczyn pozamerytorycznych, moim zdaniem można mówić o naruszeniu dóbr osobistych – wyjaśnia prof. Kidyba.

Podobnie twierdzi Wiesław Rozłucki, prezes Giełdy Papierów Wartościowych w latach 1991–2006. Zwraca on uwagę, że brak absolutorium może utrudnić przyszłą karierę. – Na przykład potrafię sobie wyobrazić sytuację, że Komisja Nadzoru Finansowego nie zgadza się na powołanie danej osoby na stanowisko tylko dlatego, że w przeszłości nie otrzymała ona absolutorium – wskazuje Rozłucki. Jednocześnie zaznacza, że trzeba odróżnić sytuację samego odwołania danej osoby z zajmowanego stanowiska od sytuacji nieudzielenia absolutorium. W pierwszym przypadku wystarczy utrata zaufania do zarządzającego. Ale w drugim należy już wykazać błędy zarządzających.

– Jeśli więc komuś nie udzielono absolutorium, powinno to być starannie uzasadnione – mówi były prezes GPW.

Postępowania sądowe jednak nie będą proste. Przypadek byłego prezesa PLL LOT nie rozwiewa bowiem wszystkich wątpliwości.

Po pierwsze, w stosunku do Marcina Piróga walne zgromadzenie podjęło uchwałę o nieprzyznaniu absolutorium. W wielu sytuacjach zaś akcjonariusze po prostu nie przyjmują uchwały o jego udzieleniu. Innymi słowy, nie chcą podjąć decyzji negatywnej, równocześnie nie podejmują pozytywnej. Skutek jest jednak taki sam.

Po drugie, z naszych informacji wynika, że Piróg nie wnioskował o zadośćuczynienie finansowe. Celem pozwu przeciwko LOT było oczyszczenie dobrego imienia i zmazania skazy w CV. Trudno więc powiedzieć, czy w przypadku gdyby byli menedżerowie chcieli uzyskać także pieniądze, pójdzie im równie dobrze jak Pirógowi.

Sprawa byłego prezesa LOT-u była też dość specyficzna. Do nieprzyznania absolutorium doszło pół roku po tym, jak Marcin Piróg został w burzliwych okolicznościach przez radę nadzorczą LOT odwołany na wniosek ministra skarbu w rządzie PO–PSL Mikołaja Budzanowskiego. Powodem utraty zaufania był wniosek zarządu LOT o pomoc publiczną, bez której ten przewoźnik miałby zbankrutować.

Szok był tym większy, że stało się to miesiąc po triumfalnym lądowaniu na Lotnisku Chopina pierwszego z ośmiu zamówionych dreamlinerów i deklaracjach decydentów o świetlanej przyszłości LOT. Potem wyszło na jaw, że strata za 2012 r. sięgnie 220 mln zł. Minister Budzanowski publicznie mówił o zdziwieniu i o błędach prezesa Piróga.

– Wyniki firmy były znane, niczego nie ukrywaliśmy. Rzeczywistość, w której firma poprosiła o pomoc państwa, nie była nowa. Nagonka na mnie była nieuczciwa – mówił Marcin Piróg w wywiadzie dla RMF tuż po swoim odwołaniu.

Ostatecznie LOT otrzymał od rządu 530 mln zł. Ale w zamian za zgodę na pomoc publiczną KE wymusiła na LOT cięcie połączeń. ⒸⓅ