"Myślę, że Putin jest człowiekiem trzeźwo myślącym i świetnie rozumie, że albo odejdzie, albo wszystko skończy się źle i dla niego, i dla kraju. Przypuszczam, że bardzo jasno postanowił, podejmując decyzję o dwóch sześcioletnich kadencjach (...), że odejdzie w roku 2024. Chociaż mogę dopuścić również wariant, w którym zmieni on swoją decyzję" - powiedział Chodorkowski w wywiadzie opublikowanym we wtorek.

W 2018 roku powinny odbyć się wybory prezydenckie. Gdyby Putin wziął w nich udział, jego druga kadencja (od powrotu na Kreml w 2012 roku) zakończyłaby się w 2024 roku.

Zdaniem byłego szefa Jukosu rosyjska elita "zawsze jest gotowa wbić nóż w plecy". Obecnie korzyść, jaką ludzie należący do tej elity mogliby odnieść, "buntując się przeciw reżimowi", nie jest zbyt znaczna, a ryzyko jest ogromne - uważa Chodorkowski. Prognozuje on, że między 2017 i 2024 rokiem dojdzie do "kryzysu podwójnej lojalności", kiedy ludzie będą rozumieć, że Putin ze względu na wiek nie jest już gwarantem ich dostatku i będą szukać alternatywy dla niego. "Najrozsądniejsze, co Putin może zrobić, to dać im tę alternatywę" - ocenia Chodorkowski.

"Sądzę, że znakomicie obaj rozumiemy, że jeśli on będzie odchodzić bez (przelewu) krwi, to ja będę wśród tych, którzy także nie będą dążyć do jakiegoś +hardcoru+" - mówi były szef Jukosu. Kontynuując wątek hipotetycznego odejścia Putina, tłumaczy: "Będą dyskusje, będą jakieś komisje śledcze, będą pytania - oczywiście, pod warunkiem, że nie nastąpi zamiana jednego dyktatora na drugiego. Cały problem polega na tym, czy zapewni się człowiekowi relatywnie spokojne odejście, czy nie".

Zdaniem Chodorkowskiego, "jeśli chodzi o część opozycyjną spektrum (politycznego), to niezbędne jest zapewnienie, by jego (Putina) odejście było spokojne". Chodorkowski w wywiadzie tłumaczy, że "nie lubi" Putina i że "nie zapomniał 10 lat w więzieniu". Ale "jeśli chodzi o prezydenta Rosji, który może odejść spokojnie, a może odejść niespokojnie, to oczywiście, chcę, by odszedł spokojnie" - mówi.

Pytany o to, czy Rosjanie mogą zmienić nastawienie do prezydenta pod wpływem trudności gospodarczych, Chodorkowski ocenia, że jako "taktyk rewolucji" rację miał Włodzimierz Lenin, uważając, że "same trudności gospodarcze nigdy nie są bezpośrednią przyczyną zmiany władzy". Ocenia, że 40 proc. Rosjan byłoby zainteresowanych tym, by "na górnym szczeblu piramidy zaszła zmiana". Trudno ocenić, ilu z pozostałych 60 proc. gotowych byłoby zmienić swoje preferencje, ale jeśli będzie alternatywa, która im się spodoba, to zmienią je "bardzo szybko".

Chodorkowski poruszył też kwestię relacji między Putinem a prezydentem elektem USA Donaldem Trumpem. Jego zdaniem "władze rosyjskie uczyniły wszystko, by zademonstrować Rosjanom fakt, że Trump jakoby został wybrany przez Kreml".

"Oczywiście, to nie jest tak i każdy, kto wie, jak zbudowany jest system wyborczy w USA, rozumie, że jest to działanie propagandowe. I najprawdopodobniej nie będzie ono korzystne dla Kremla, dlatego że poprzednie doświadczenia pokazują, że z Republikanami relacje zawsze zaczynały się dobrze, a kończyły źle" - prognozuje byłyszef Jukosu.

Chodorkowski mieszka poza Rosją; w 2013 roku został ułaskawiony przez Putina i wyjechał za granicę. W 2005 roku został skazany na 10 lat i 10 miesięcy łagru za domniemane przestępstwa gospodarcze, w tym pranie brudnych pieniędzy. Zarzuty postawiono mu, gdy popadł w konflikt z Putinem, oskarżył jego otoczenie o korupcję i zaczął finansowo wspierać partie opozycyjne. Po aresztowaniu Chodorkowskiego jego koncern doprowadzono do bankructwa. Warta niegdyś 40 mld dolarów spółka została znacjonalizowana, a większość aktywów przekazano Rosnieftowi, koncernowi naftowemu kierowanemu przez Igora Sieczyna, jednego z najbliższych współpracowników Putina. Chodorkowski nie przyznał się do zarzucanych mu czynów i twierdził, że aresztowanie i proces były karą za jego ambicje polityczne.

>>> Czytaj też: Amerykańskie raporty: Rosyjska propaganda przeniknęła do kampanii wyborczej