Oczywiście w oficjalnych rozmowach ich przedstawiciele będą temu głośno zaprzeczali i przekonywali, że to ich model wyznacza standardy i zasługuje na koronę. Ale gdy tylko wypijecie z nimi po butelce wina, a następnie odciągniecie na bok, usłyszycie: „Szczerze? Jest taki sam jak BMW” albo „Taki sam jak Audi”.

Tak naprawdę obecnie żadna marka premium nie sprzedaje samochodów. W rzeczywistości handlują one stylem życia i emocjami. BMW od lat dowodzi, że jego auta są dla tych, którzy po prostu lubią jeździć i sprawia im to radość. Audi z kolei wabi technologicznymi wodotryskami, których w większości przypadków nie potrzebujecie, ale odczuwacie dziwną potrzebę zamówienia ich do swojego samochodu, bo wydają się wam fajne. Volvo to wozy dla dojrzałych tatusiów z własną praktyką ortopedyczną. Lexus jest dla tych, którzy chcą zakomunikować światu: „Spójrzcie! Odniosłem w życiu sukces, ale mi nie odbiło”. Z kolei Mercedes... Hm. Szczerze mówiąc, przez lata nie wiedziałem, dla kogo jest Mercedes. Co więcej, nie wiedział tego nawet on sam.

W latach 90., gdy kończyła się produkcja słynnego W124, ktoś w firmie głośno klasnął w dłonie i powiedział: „No dobra! Nasza grupa docelowa jest na wymarciu, wszyscy mają po 100 lat. Czas odmłodzić nasze produkty”. W ten oto sposób gwiazda zaczęła się staczać. Zamiast robić to, co potrafi najlepiej, czyli produkować solidne i porządne wozy dla ludzi, którzy potrzebują solidnych i porządnych wozów, postanowiła poeksperymentować ze stylistyką, techniką, elektroniką. A to trochę tak, jakby królowa Elżbieta postanowiła poeksperymentować ze swoją garderobą i w roli nadwornego stylisty zatrudniła Karla Lagerfelda. Skończyło się tym, że Mercedes przez lata produkował auta dla wszystkich. Czyli dla nikogo. Skupił się tak bardzo na rywalizowaniu z BMW i Audi, że zgubił własną tożsamość. I – co gorsza – przestał kojarzyć się z wysoką jakością. Owszem, w tamtych czasach wiele nowych modeli ze Stuttgartu zaczęło się całkiem nieźle prowadzić, ale wyłącznie pod warunkiem, że akurat miały dobry dzień i zechciały odpalić.

Możecie zatem wyobrazić sobie moje zaskoczenie, gdy w ubiegły piątek wsiadłem do najnowszej klasy E i... poczułem się w niej jak w poczciwym W124. Wiem, że brzmi to niedorzecznie, szczególnie gdy weźmie się pod uwagę stylistykę zdominowaną przez dwa ekrany ciekłokrystaliczne w rozmiarze stołów do ping-ponga. Mnie jednak chodzi o coś zupełnie innego. O to, że klasa E jest pierwszym od wielu lat (o ile nie dekad) Mercedesem, w którym czuć dawnego ducha marki. Pierwszym Mercedesem, który nie próbuje udawać kogoś, kim nie jest. Klasa E odzyskała tożsamość ultrakomfortowego wozu i umiejętność przewożenia ludzi z punktu A do B w taki sposób, że nie ma ochoty się wysiadać. Ma fenomenalne zawieszenie, genialne fotele, jest rewelacyjnie wyciszony, a materiały użyte do wykończenia wnętrza nie pozostawiają nic do życzenia (niestety ich zmontowanie już tak; konkurenci nadal robią to lepiej). Co jednak najlepsze, okraszono to wszystko jednym z najlepszych układów kierowniczych na rynku – sprawia wrażenie spontanicznego, naturalnego i mechanicznego, co w dzisiejszych czasach jest prawdziwą rzadkością (niestety nawet w nowych BMW).

Do tego wszystkiego dochodzi 9-biegowy automat, dzięki któremu dwulitrowy 190-konny diesel przy 140 km/h ma zaledwie 1,6 tys. obrotów i spala średnio dwie łyżeczki stołowe ropy. Dynamika? 7,3 sekundy do setki i 240 km/h większość uzna za wystarczające. Niestety motor ten ma mankament: brakuje mu kultury. Owszem, na biegu jałowym i podczas jazdy ze stałą prędkością na najwyższym biegu nie słychać go wcale, ale mocniej dociśnięty wywoła grymas rozczarowania na waszej twarzy. Nie chodzi o to, że jest wtedy głośno. To raczej kwestia niespełnionych oczekiwań. To tak, jakbyście podeszli na ulicy do zjawiskowo pięknej dziewczyny, wyznali jej miłość od pierwszego wejrzenia, zaprosili ją na kolację, a ona odpowiedziałaby wam „zgadzam się” głosem Himilsbacha. Nie jest to jednak w stanie zmienić faktu, że nowa klasa E to pierwsza limuzyna Mercedesa od czasów W124, którą naprawdę chciałbym mieć. Choć wzorem luksusowej limuzyny nadal pozostaje dla mnie Lexus GS.

>>> Polecamy: To nie koniec podwyżek AC i OC. Ceny pójdą w górę o kolejne 20-30 proc.